czwartek, 25 maja 2017

Nastoletni Terror: Rozdział 10

Czy ja naprawdę ostatni rozdział tej historii dodałam prawie rok temu? ;-; Przepraszam wszystkich, którzy to czytali T^T Właśnie skończyłam pisać ten nowy rozdział i mam nadzieję, że się wam spodoba. Życzę miłego czytania i czekam na wasze opinie :3

Zburzony spokój


            Mijały dni, a ja w dalszym ciągu mieszkałam z członkami Explosive Rabbits oraz chodziłam do szkoły, jakby nigdy nic. Nastoletni terroryści nawet nie rozmawiali o kolejnej akcji, ale czułam, że coś się zbliżało. Nikt jednak o niczym mi nie mówił, a ja nie próbowałam dociekać. Chciałam nacieszyć się chwilami spokoju. W szkole nadal najwyraźniej nie nabrano żadnych podejrzeń, co do mnie, co musiało oznaczać, że moja matka nigdzie nie zgłosiła mojego zaginięcia. Dlaczego, tak właściwie, myślałam, że będzie inaczej? Ona pewnie wręcz ucieszyła się, że z jej domu zniknęła problemowa gęba do wyżywienia.
            Po części zadowolona z tego, że nikt nie zawracał sobie mną głowy zaczęłam się czuć nietykalna. Myślałam, że wszystko jakoś samo się ułoży. Do czasu. Los bowiem szybko postanowił mi uświadomić, iż byłam w błędzie.
            Miało to miejsce pewnego poranka, tuż  przed rozpoczęciem lekcji. Nasz nauczyciel, wszedłszy do klasy, od razu skupił swoją uwagę na mnie. Poczułam niepokój, gdy podszedł do mojej ławki. Jego twarz była nieco blada, a on sam wydawał się być zatroskany.
            - Panno Shimizu, dyrektor prosi cię do siebie – powiedział cicho.
            - Teraz? – zapytałam, starając się nie okazywać swojego nagłego podenerwowania.
            Czyżby jednak odkryli prawdę?
            - Tak. – Odwrócił się i omiótł wzrokiem resztę uczniów znajdujących się w sali. – Zacznijcie czytać tekst znajdujący się na stronie sto szóstej. Niedługo wrócę.
            Przełknęłam ślinę, zastanawiając się, jak bardzo mogłam mieć przechlapane. Nauczyciel skinął na mnie głową, więc niechętnie podniosłam się ze swojego miejsca. Nie ośmieliłam się nawet spojrzeć w stronę Natsume ani Ryutaro.
            Po wyjściu na korytarz próbowałam dowiedzieć się, w jakiej sprawie dyrektor mnie wzywał, lecz nauczyciel zbył mnie. Oznajmił mi, że dyrektor wszystko sam mi wyjaśni. Wcale to nie załagodziło moich nerwów. Wręcz przeciwnie. Zaczęłam mieć coraz gorsze przeczucia.
            Mężczyzna otworzył drzwi prowadzące do gabinetu dyrektora i pozwolił mnie jako pierwszej wejść do pomieszczenia. Wsunąwszy się do środka za mną, zamknął drzwi. Następnie minął mnie bez słowa i stanął tuż obok siedzącego za biurkiem dyrektora. Starszy mężczyzna uśmiechnął się do mnie lekko, choć byłam przekonana, że uśmiech ten był wymuszony. Dłonią wskazał mi krzesło ustawione przed jego biurkiem.
            - Usiądź, dziecko – powiedział łagodnie. Nie podobało mi się to.
            - O co chodzi? – zapytałam zaraz po tym, jak opadłam na krzesło.
            Mężczyźni wymienili między sobą spojrzenia. Widząc to, wbiłam paznokcie w swoje kolana, starając się opanować w ten sposób drżenie dłoni. Dyrektor tymczasem przeniósł na mnie wzrok, splatając ze sobą dłonie na blacie biurka. Wyglądał na spiętego. Wreszcie przemówił.
            - Przykro mi, że musisz usłyszeć to ode mnie, bo wygląda na to, że jeszcze o niczym nie wiesz, ale… - Mężczyzna zaczerpnął tchu, po czym spojrzał mi w oczy. – W twoim domu był pożar.
            Zamarłam.
            - Resztą my się zajmiemy – rozległ się kolejny męski głos za moimi plecami. Odwróciłam się i dostrzegłam dwóch policjantów stojących w drzwiach. – Możemy?
            - Tak, tak, oczywiście – powiedział dyrektor, prostując się na swoim miejscu. – Proszę bardzo.
            Jeden z mężczyzn zajął miejsce na ostatnim wolnym krześle, a drugi stanął za jego plecami. Czułam narastającą panikę, a moje myśli szalały. Nie wiedziałam, co się dzieje. Z jednej strony chciałam, żeby dłużej tego nie przeciągali i wszystko mi wyjaśnili. Z drugiej natomiast miałam ochotę poderwać się ze swojego miejsca i uciec od nich jak najdalej.
            Ten z policjantów, który siedział, spojrzał na mnie ze współczuciem zanim w końcu się odezwał.
            - Jak już pan dyrektor zdążył cię poinformować, w twoim domu doszło do pożaru. – Zaczął. Mówił powoli i spokojnie, jakby starał się mnie nie wystraszyć. – Przykro mi z powodu twojej straty, ale…
            Po prostu to powiedz!, zawołałam w myślach. Powiedz to, co masz do powiedzenia i dajcie mi spokój!
           
- Wewnątrz znajdowała się wówczas twoja mama.
            Wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami, a serce waliło mi coraz mocniej, jakby chciało połamać więżące je żebra, by wydostać się na wolność.
            - Nie przeżyła.
            Otworzyłam usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. W uszach słyszałam jedynie szum, gdy policjant w dalszym ciągu coś mówił. Wpatrywałam się w jego twarz, we wciąż poruszające się usta, z których padły te najmniej spodziewane przeze mnie słowa.
            Nie przeżyła.
            To prawda, że od niej uciekłam. To prawda, że miałam jej dość. To prawda, że znienawidziłam osobę, którą się stała. Ale nigdy nie życzyłam jej śmierci. Nigdy przez myśl mi nie przeszło, że tak to się mogło skończyć. Sądziłam, że po prostu nie przejęło jej moje zniknięcie. Że znowu uległa nałogom. A ona tymczasem… Ona…
            Nie przeżyła.
            Drgnęłam gwałtownie, gdy na moim ramieniu wylądowała czyjaś dłoń. Zamrugałam kilkakrotnie i zdałam sobie sprawę, że nauczyciel pochylał się nade mną z zatroskaną miną.
            - Ja… - urwałam. Powiodłam wzrokiem po twarzach wszystkich zebranych, coraz mocniej wbijając paznokcie w swoje kolana. Miałam pustkę w głowie. – Ja…
            - Czy możemy kontynuować? – zapytał policjant.
            Chciałam odpowiedzieć, ale zaschło mi w ustach. Skinęłam powoli głową.
            - Sądzę, że na dzisiaj wystarczy – odezwał się jednak dyrektor. – Jest w szoku, więc może proszę ją…
            - Jeszcze tyko jedno pytanie – przerwał mu policjant. Ponownie skupił na mnie swój uważny wzrok. – Gdzie byłaś wczoraj wieczorem?
            Przełknęłam ślinę.
            - Ja… Byłam u… - odetchnęłam. – Byłam u przyjaciół.
            - Możesz mi podać jakieś nazwisko?
            Przygryzłam dolą wargę.
            - Yamamura. Natsume Yamamura.
            - Chodzi z tobą do klasy, prawda?
            - Dość. – Dyrektor podniósł głos. – Naprawdę, proszę już przestać. Takie informacje mogę ja panu podać. Panna Shimizu natomiast potrzebuje teraz spokoju.
            Policjant zacisnął usta, ale zrezygnował z dalszego przepytywania mnie. Razem z nauczycielem opuściłam gabinet dyrektora i skierowałam się w drogę powrotną do sali lekcyjnej. Każdy kolejny krok stawiałam coraz bardziej niepewnie. Miałam wrażenie, że podłoże w każdej chwili może usunąć mi się spod stóp. Nauczyciel zatrzymał się przed drzwiami do sali i zmierzył mnie wzrokiem.
            - Jeśli źle się czujesz, nie musisz wracać na lekcje. Możesz iść do gabinetu szkolnej pielęgniarki, jeśli potrzebujesz lub…
            - Wystarczy mi, jeśli posiedzę gdzieś w samotności – odparłam, obejmując się ramionami.
            Mężczyzna wahał się przez chwilę. W końcu jednak skinął głową.
            - W takim razie zaczekaj tu. Przyniosę ci twoją torbę.
            Wszedł do pomieszczenia. Przez pozostawione przez niego otwarte drzwi dostrzegłam Natsume. Wpatrywał się we mnie z niemym pytaniem w oczach. W odpowiedzi pokręciłam jedynie głową i odwróciłam wzrok.

            Pierwszym miejsce, które przyszło mi do głowy po odzyskaniu moich rzeczy był dach szkoły. Tak więc, tam właśnie się udałam. Siedząc na jego powierzchni i wpatrując się w rozciągający się z niego widok na miasto, kompletnie zatraciłam się w myślach. Mój telefon kilkakrotnie wibrował, informując mnie o nowych powiadomieniach oraz przychodzących połączeniach, ale nie zwracałam na to uwagi.
            - Tak myślałem, że cię tutaj znajdę – rozległ się w pewnej chwili głos nad moją głową. Nie spojrzałam w kierunku jego właściciela. Nie zrobiłam tego również wtedy, gdy usiadł obok mnie, wyciągając przed siebie długie nogi.
            Przez pewien czas po prostu milczeliśmy. I byłam mu za to wdzięczna. Potrzebowałam czegoś takiego.
            - Powiesz mi, co się stało? – zapytał po kilku minutach. A może kilkunastu? Albo nawet kilkudziesięciu? Nie wiedziałam. Nie odczuwałam potrzeby, żeby to sprawdzić.
            Odchyliłam głowę, nie odrywając wzroku od horyzontu, w który wpatrywałam się od dłuższego czasu. Bawiłam się rąbkiem swojej spódniczki.
            - Był pożar. – Zająknęłam się, ale odchrząknęłam i kontynuowałam, nie patrząc w jego stronę. Opowiedziałam mu przebieg rozmowy odbytej w gabinecie dyrektora. Słowem nie skomentował mojej wypowiedzi. Jedyną reakcją z jego strony było położenie dłoni na mojej ręce.
            - Mogę cię o coś prosić? – zapytałam.
            - Jasne. O co?
            Odwróciłam głowę i spojrzałam w brązowe oczy Natsume.
            - Zabierz mnie tam.

            Chmury przybrały stalowoszary kolor, kiedy mknęliśmy przez miasto na motocyklu Natsume. Chciałam… Nie. Musiałam zobaczyć to na własne oczy. Przekonać się, że to rzeczywiście się wydarzyło. Nie istniał powód, dla którego policja miałaby mnie okłamywać, ale musiałam się upewnić. Musiałam.
            Natsume zatrzymał swój pojazd w jednej z bocznych uliczek, kilkanaście metrów od budynku, który jeszcze do niedawna był moim domem. Wpatrywałam się w niego przez chwilę, po czym zeskoczyłam z motoru. Przed podejściem bliżej powstrzymała mnie dłoń zaciśnięta na moim ramieniu.
            - Zaczekaj – powiedział cicho chłopak, zdjąwszy swój kask. – To może być niebezpieczne.
            Popatrzyłam na niego bez słowa. Cisnęłam w niego kaskiem i niemal biegiem rzuciłam się w stronę swojego byłego domu.
            - Saori!
            Nie słuchałam go. Jak najszybciej pokonałam ostatnie metry i stanęłam jak wryta. Od strony, od której podeszłam wszystko wydawało się być w porządku. Dopiero patrząc na dom od  frontu dostrzegłam, że jego niegdyś białe ściany stały się osmalone, czarne. Część szyb była wybita, drzwi chwiały się w zawiasach, a dach z jednej strony się zawalił. Całość otoczona była kołysząca się na wietrze taśmą policyjną.
            Oddychałam szybko, płytko. Zrobiło mi się niedobrze. Słowa policjanta ponownie zadźwięczały w moich uszach, niosąc się przeraźliwie głośnym echem. Przypominały wręcz ryk.
            W twoim domu doszło do pożaru.
            Osunęłam się na kolana, przyciskając dłonie do uszu, jakby mogło to pomóc. Jakbym mogła w ten sposób zaprzeczyć rzeczywistości i nie dopuścić jej do siebie. Potrząsnęłam głową, zaciskając powieki.
            - Nie…
            Nie przeżyła.
            Zaczęłam się dusić. Żółć podeszła mi do gardła. Drżałam, starając się nie zwymiotować.
            - Nie! – wykrztusiłam, by w następnej chwili wybuchnął potwornym szlochem. Nawet nie zorientowałam się, kiedy z nieba lunął deszcz. Lodowate krople wsiąkały w moje ubranie i spływały po twarzy, mieszając się ze łzami. Krzyczałam i szlochałam, zdzierając sobie gardło. Nie zwracałam na nic uwagi. Miałam wrażenie, że jakaś część mnie w tej właśnie chwili rozpadła się i zniknęła na dobre.
            Ostatni most spłonął za mną wbrew mojej woli.

sobota, 20 maja 2017

Diabolik Lovers: Rozdział 43

Wróciłam! Już po maturach, więc rozpoczęły się moje wakacje~. A to oznacza więcej czasu na pisanie! Nareszcie! Na dobry początek przygotowałam nowy rozdział DiaLovers. Chcę także powrócić do pisania Nastoletniego Terroru. Nie wiem, jak często będą się teraz pojawiały nowe rozdziały, ale z pewnością będzie to częściej niż do tej pory. Jak zwykle zapraszam także na moje konto na wattpadzie. Natomiast tym, dla których rok szkolny jeszcze się nie skończył, życzę powodzenia~. Miłego czytania i nie zapomnijcie podzielić się swoimi opiniami ^^
~

„Wszystko się ułoży, jestem razem z tobą
Nawet jeśli nasze dłonie
Są dawno splamione…
I tak chcę,
Byś mnie pokochał”
~ EGOIST - All Alone With You
[Tłumaczenie pochodzi ze strony tekstowo.pl]

Wyznania


            W chwili, w której grupka nastolatków zniknęła nam z oczu, Ayato odwrócił się w moją stronę i zgromił mnie wzrokiem.
            - Co to miało być? – wysyczał. Nie wyglądał na zadowolonego. Pokręciłam głową i wzruszyłam bezradnie ramionami.
            - Nie mam pojęcia. Nie wiem, kim są. Nie przypominam sobie nawet, żebym kiedykolwiek ich widziała…
            - To swoją drogą. Ale nie o to mi teraz chodziło.
            - A o co? – zapytałam, przechylając głowę. Mnie właśnie to najbardziej intrygowało. Nie miałam więc pojęcia, o co innego mogło mu chodzić w tym momencie.
            - Puściłaś moją rękę – wytknął mi ze śmiertelną wręcz powagą.
            Zamrugałam.
            - To cię właśnie najbardziej przejęło?!
            - Tak, bo nie wiem, jakim prawem to zrobiłaś.
            Czułam się jakbyśmy grali w jakimś durnym filmie. Oto staliśmy sobie bowiem w nocy na środku chodnika i kłóciliśmy się o to, że ośmieliłam się puścić rękę Ayato. Musieliśmy świetnie wyglądać dla ewentualnych obserwatorów.
            - Normalnym, Ayato, normalnym – prychnęłam. – Nie chciałam, żeby źle to zinterpretowali.
            - Czyli, że niby jak?
            - No… - Moje policzki stały się nieco cieplejsze, a wzrok zaczął błądzić. – Że jesteśmy jakąś parą czy coś…
            - A nie jesteśmy?
            Okay. Zamurowało mnie. Miałam wrażenie, że wpatrywałam się w niego przez dobrych kilka sekund, zanim wreszcie zdołałam z siebie wykrztusić:
            - Słucham?
            Ayato zmarszczył brwi. O ile było to możliwe, to wydawał się jeszcze bardziej zirytowany niż do tej pory.
            - Słyszałaś, co powiedziałem.
            Powoli zaczerpnęłam tchu. Chłodne powietrze wypełniło moje płuca.
            - Nie przypominam sobie, żebyśmy wchodzili ze sobą w jakiś związek.
            Wampir uniósł jedną brew. Teraz to on wydawał się zaskoczony.
            - Jak to? Przecież jesteś moja.
            Przewróciłam oczami.
            - Znowu ta twoja stara śpiewka. Ile razy mam ci mówić, że nie życzę sobie traktowania mnie jak jakiegoś przedmiotu? – Dźgnęłam go palcem wskazującym w klatkę piersiową. Wiedziałam, że stąpałam po kruchym lodzie, ale nie potrafiłam się powstrzymać. – Chyba wiesz, gdzie możesz sobie takie teksty wsadzić.
            Chłopak obnażył kły.
            Czyżbym posunęła się za daleko?
            - Więc czego ty chcesz? – warknął, ale wciąż odważnie na niego patrzyłam, nie cofnąwszy się nawet o krok. Igrałam z ogniem, doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Żołądek mi się ścisnął, a serce było w drodze do gardła. Mimo to nie ustępowałam. Bo tak właściwie, co miałam do stracenia?
            - No wiesz, normalni ludzie… Normalne wampiry zapewne też. – Machnęłam lekceważąco dłonią. – Nieważne. Normalne istoty, gdy chcą się z kimś związać, to raczej oficjalnie o tym mówią temu komuś. I nie, nie w taki sposób, w jaki ty to robisz. O ile w ogóle można to nazwać jakimś sposobem.
            Ayato patrzył na mnie zmrużonymi oczami. Nie zwiastowało to dobrze. Przygryzłam policzek od wewnątrz w oczekiwaniu na jego reakcję.
            Chyba jednak przegięłam.
            - Żartujesz sobie ze mnie? – odezwał się niskim, przyprawiającym o dreszcze głosem. Mimo to zadarłam głowę i odparłam:
            - Nie.
            Mroźny podmuch wiatru poruszył kosmykami moich włosów i uszczypnął mnie w policzki. Ayato milczał, a ja już zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy właśnie całkowicie nie zepsułam naszej relacji.
            - Czy… - zielonooki przerwał ciszę. Krzywił się, jakby wypowiadanie kolejnych słów było dla niego niezwykle trudne. – Jak to mawiają śmiertelnicy? Chcesz zostać… - Odchrząknął. – Moją… ugh, dziewczyną?
            Czas się zatrzymał. Otworzyłam szerzej oczy i wstrzymałam oddech, niedowierzając temu, co właśnie usłyszałam.
            Czy on to naprawdę powiedział? Niemal się przy tym dławiąc, ale powiedział to?
            - Ty tak na poważnie? – upewniłam się.
            Na twarzy Ayato drgnął jakiś mięsień. Już otwierał usta, ale nie dałam mu dojść do słowa.
            - Okay.
           
- Okay? – powtórzył, unosząc brwi.
            Skinęłam głową. Coś zatrzepotało w mojej klatce piersiowej. Nie byłam w stanie ukryć uśmiechu, który wkradł się na moją twarz. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że od pewnego czasu czekałam na ten moment. Nie sądziłam jednak, że rzeczywiście będzie on miał kiedyś miejsce.
            - Tak. Z chęcią pokażę ci na czym polegają normalne związki.
            Serio to powiedziałam?
            - Czy teraz wyjaśnisz mi, o co chodzi? – spytał, gładko zmieniając temat. Taa… Mogłam się domyślić, że tylko na mnie to wszystko zrobi jakieś wrażenie. To było dla niego takie typowe.
            - I wzajemnie.
            Wampir westchnął.
            - Dobra. Chodźmy do tej twojej kawiarni.
            - Przydałoby się. – Przecież w dalszym ciągu staliśmy jak te kołki na środku chodnika. Jak to dobrze, że o tej porze nie kręciło się po mieście zbyt wiele osób…
            - I zapamiętaj sobie, naleśniku – odezwał się Ayato, gdy wreszcie ruszyliśmy w dalszą drogę. Jego palce owinęły się wokół mojego nadgarstka. – Nie próbuj mi się więcej wyrywać.
            Przewróciłam oczami, choć czułam wręcz idiotyczną radość.
            - Jasne.


            Kelnerka postawiła przede mną wysoką szklankę wypełnioną gorącą czekoladą i bitą śmietaną z wiórkami czekoladowymi oraz rurkami i polewą w tym samym smaku. Od razu złapałam za łyżeczkę i nabrałam na nią bitej śmietany. Wsunąwszy ją do ust, uśmiechnęłam się z zadowoleniem.
            O tak, tego było mi trzeba.
           
Ponownie zanurzyłam łyżkę w szklance, a Ayato tymczasem przyglądał mi się z dziwnym wyrazem twarzy. Przenosił wzrok ze mnie na moje zamówienie i z powrotem.
            - Co? Chcesz trochę?
            Skrzywił się.
            - Robi mi się niedobrze od samego patrzenia.
            Wzruszyłam ramionami i wróciłam do jedzenia. W końcu odrobinę odsunęłam od siebie na wpół zjedzony deser.
            - Więc kto zaczyna?
            - Ty.
            - No pewnie – parsknęłam. – Czego innego mogłam się spodziewać?
            Mimo to, opowiedziałam mu wszystko. Opowiedziałam mu o rozmowach z Cordelią i o tym, co mi przekazała. Nie pominęłam także kwestii problemów z moją pamięcią oraz tego, czego dowiedziałam się od Rukiego. Ku swojemu zdziwieniu, poczułam ulgę, gdy to z siebie wreszcie wyrzuciłam. Ayato jednak w miarę, jak mówiłam, coraz mocniej zaciskał dłonie w pięści, a w jego oczach pojawił się niebezpieczny błysk.
            - Dlaczego nic wcześniej nie mówiłaś?
            - Bo… Nie widziałam w tym sensu. – Pogładziłam palcami nagrzane przez czekoladę szkło. – Skoro Reiji robił, co mógł, a i tak nie udało mu się pozbyć trucizny z mojego organizmu, to co więcej moglibyście zrobić?
            - Coś byśmy wymyślili, gdybyś nam tylko powiedziała – zniżył głos, przyprawiając mnie tym samym o ciarki.
            - Chciałabym zauważyć, że wy też nie mówiliście mi o wszystkim.
            Z gardła Ayato wydobyło się niskie warknięcie.
            - Powinnaś była nam powiedzieć.
            - Czyżbyś aż tak się martwił?
            Wampir zacisnął usta w cienką linię.
            - Tak. Tak, na to wychodzi. I co z tego?
            Kolejny już raz tego dnia poczułam to specyficzne trzepotanie w klatce piersiowej. Ukryłam uśmiech, upijając łyk czekolady.
            - Później możesz o tym pomyśleć. Chociaż wątpię, czy uda się tobie lub twoim braciom coś wymyślić. – Przyjrzałam się własnym dłoniom. Zacisnęłam je powoli w pięści. – Wygląda na to, że tej kobiety nie da się pozbyć tak długo, jak ja żyję. Ale teraz mniejsza o to… Twoja kolej na wyznanie prawdy.
            Zielone oczy się zmrużyły. Chłopak westchnął i zawiesił wzrok gdzieś w przestrzeni.
            - Początkowo miałaś być dla nas jedynie ofiarną oblubienicą. Ofiarą, za której pomocą spośród naszej siódemki wybrana zostałaby głowa rodziny.
            Ofiarna oblubienica… Słyszałam już to określenie…
            Przed oczami stanął mi obraz szeregu młodych kobiet w pięknych sukniach ślubnych, o martwych wyrazach twarzy. Do złudzenia przypominały woskowe figury i do tej pory nie miałam pewności, czy rzeczywiście nimi były czy… Wolałam nie myśleć o drugiej opcji ani o tym, że sama miałabym do nich dołączyć. Pokręciłam głową, odpędzając od siebie tę wizję. Co z tą rodziną było nie tak? Jak bardzo bracia Sakamaki mieli wypaczone umysły przez swoich rodziców?
            - Czy to nie dlatego wpadłeś na pomysł związania się ze mną? – przerwałam mu. Nie potrafiłam zdecydować, czy czułam się bardziej ciekawa czy też raczej zawiedziona i rozgniewana. – Żeby stać się głową rodziny? Tym najważniejszym?
            - Na początku, tak.
            - A teraz się to zmieniło?
            - Powiedziałem, że na początku tak było, więc chyba możesz się domyślić, że się to zmieniło? – Wampir prychnął. – Jak na ludzką istotę jesteś strasznie dociekliwa i wygadana, naleśniku.
            Zatknęłam kosmyk włosów za ucho, posyłając mu lekki uśmiech.
            - Taki już mój urok. Dopiero teraz to zauważyłeś?
            - Mam kontynuować czy się rozmyśliłaś?
            Upiłam kolejny łyk czekolady i machnęłam ręką.
            - Kontynuuj.
            - W dniu, w którym miałaś do nas przyjechać, dostaliśmy wiadomość od… ojca. – Niemal wypluł to ostatnie słowo. – Poinformował nas, że nie możemy cię zabić ani poważnie zranić.
            Ach, za to ciągłe żłopanie mojej krwi, grożenie mi i pomiatanie mną było już w porządku?
            Wzdrygnęłam się. Doskonale pamiętałam koszmar pierwszych dni w rezydencji Sakamakich. Nie były one ani trochę przyjemne. Bracia wyżywali się wtedy na mnie i próbowali mnie złamać. Dali sobie spokój dopiero po pewnym czasie, kiedy między nami zdążyła się już wytworzyć nić porozumienia.
            - Tak właściwie, to wciąż nie wiem, co sprawia, że jesteś taka wyjątkowa. – Wbił we mnie tak intensywne spojrzenie swych zielonych oczu, jakby próbował zajrzeć do mojego wnętrza. – Poza twoją krwią i sercem, oczywiście. On nigdy nam tego nie wytłumaczył.
            Przełknęłam ślinę. Moje gardło nagle wydało mi się strasznie suche.
            - A… A mój ojciec? – wykrztusiłam wreszcie nurtujące mnie pytanie. – Jaka jest… bądź była jego rola w tym wszystkim?
            Ayato wzruszył obojętnie ramionami.
            - Nie wiem. Chyba miał się tylko tobą zająć i potem nam przekazać.
            - Och… więc po raz kolejny mnie oszukał… - uśmiechnęłam się gorzko, odruchowo zaciskając dłoń na krzyżyku zawieszonym na mojej szyi.
            Chłopak wskazał na niego ruchem głowy.
            - Wiesz, że to ich sprawka? – Widząc niezrozumienie na mojej twarzy, kontynuował. – To Kościół zajmuje się przysyłaniem oblubienic. – Wisiorek wysunął mi się z dłoni. – A ty pokładałaś w nim taką nadzieję i tak naiwnie w niego wierzyłaś.
            - Dlaczego nie powiedziałeś mi tego wcześniej? Czemu wszyscy zachowywaliście to w tajemnicy?
            - Mieliśmy swoje powody.
            - Czyżby? Obawialiście się czegoś?
            - Po prostu stwierdziliśmy, że tak będzie lepiej.
            - Niby dla kogo?
            - Ty też ukrywałaś przed nami dość istotne informacje – odgryzł się, ignorując moje kolejne pytania.
            - Jesteśmy siebie warci… - westchnęłam, mieszając łyżeczką resztki swojego deseru.
            - I żeby było jasne – dodał nagle chłopak. – Już nieraz ci o tym mówiłem, ale nie chcę żebyś spotykała się z którymkolwiek z Mukamich.
            Z trudem powstrzymałam się przed kolejnym przewróceniem oczami.
            - Już to przerabialiśmy. Oni przynajmniej dzielą się ze mną tym, co wiedzą.
            - Też to właśnie zrobiłem. Bez więzienia cię i poddawania torturom.
            - To nie była ich wina – oznajmiłam cicho. – Oni nie chcą mnie skrzywdzić.
            - Skąd to możesz wiedzieć?
            - Po prostu… wiem to. Mam takie przeczucie i już.
            Mówiłam prawdę. Skądś wiedziałam, że nie muszę się obawiać Rukiego ani jego braci. Jakiś wewnętrzny głos, który tym razem nie należał do Cordelii, podpowiadał mi, że oni wcale nie są tacy źli.
            Twarz Ayato wykrzywił grymas niezadowolenia.
            - Nie podoba mi się to.
            - Och, daj już po prostu spokój.  Chcę skończyć deser i wracać do domu.
            Ayato odchylił się na oparcie swojego krzesła.
            - Jak sobie życzysz – prychnął. – Ale powiem im. Powiem reszcie o tym, co przed nami ukrywałaś. Może uda nam się znaleźć jakieś rozwiązanie.
            - Jeśli chcesz… - mruknęłam, wpatrzona w prawie już pustą szklankę. Po chwili dodałam jeszcze ciszej. – Fajnie by było, gdyby się udało…
            - Uda się.
            Gdy na niego zerknęłam, jego twarz podobnie jak głos, wyrażała pewność siebie oraz determinację. A ja chciałam mu uwierzyć.