Ariana | Blogger | X X

czwartek, 10 lipca 2014

Diabolik Lovers: Rozdział 4

Tak więc, tak jak obiecałam dość szybko przezentuję wam następny rozdział. Mam nadzieję, że z powodu krótkiego czasu w jaki go napisałam, nie jest on gorszy od reszty. Muszę się również przyznać, że pisząc ten rozdział słuchałam w kółko "Scarborough Fair" xD Jeśli ktoś chciałby się wczuć, podaję wam tutaj melodię do tej piosenki, która była użyta jako soundtrack w Diabolik Lovers. I już nie przeciągając, zapraszam do czytania :3
https://www.youtube.com/watch?v=jf_vdwkEw5o

Pamiętnik wampirzycy

 Następne kilka godzin spędziłam w łóżku, wpatrując się tępo w sufit i starając się jakoś opanować, kłębiące się w mojej głowie nieprzyjemne myśli. Bezskutecznie. Powracały wciąż do mnie i to ze zdwojoną siłą niczym piłeczka rzucana o ścianę.
 Na krótko, udało mi się zdrzemnąć. Lecz po tym czułam się tylko jeszcze gorzej. Znów miałam ten sam sen. Biegłam nieznanym, niekończącym się korytarzem, uciekając przed tajemniczym prześladowcą, który na koniec mnie zabijał. Lub przynajmniej próbował. Ten koszmar powracał do mnie ostatnimi czasy każdej nocy. Zawsze, gdy tylko zaczynałam odpływać, przed moimi oczami pojawiał się mroczny korytarz. Za każdym razem sen kończył się w tym samym momencie i za każdym razem budziłam się po nim przerażona i zlana potem. Ten raz nie był wyjątkiem.
 Podniosłam się do pozycji siedzącej i spojrzałam na zegar stojący na szafce nocnej. Złote wskazówki ustawiły się na trzynastej siedem. Burczenie w brzuchu przypomniało mi, że od wczorajszej kolacji nie miałam nic w ustach. Przełknęłam ślinę. Obiad dla mnie powinien już być gotowy. Zsunęłam się niechętnie z łóżka. Pocieszała mnie nieco myśl, że jeśli dobrze by poszło, to nie powinnam spotkać na swojej drodze żadnego wampira, gdyż o tej porze przeważnie drzemały w swoich kątach.
 W całym domu panowała niezmącona niczym cisza. W kuchni odetchnęłam z ulgą. Nikt się nie przypałętał. Służby też nigdzie nie było widać, chociaż na kuchennym blacie stała taca z przygotowanym dla mnie posiłkiem. Naprawdę nie rozumiałam tutejszych pracowników. Niby byli, ale tak jakby ich nie było. Posiłki zawsze były przygotowane na czas, dom wysprzątany, ale nigdy nie było kogoś, komu można by było podziękować. Służba pojawiała się dopiero na wezwanie. Chociaż z drugiej strony, może po prostu obawiała się wampirów i wolała im nie podpaść.
 Chwyciłam srebrną tacę i już miałam wyjść z kuchni, gdy przy drzwiach pojawił się Ayato. Zaklęłam w myślach, starając się nie zwracać na niego uwagi i najzwyczajniej go ominąć. Ten jednak najwyraźniej miał gdzieś moje starania.
- Co jest, Naleśniku? – odezwał się, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. – Unikasz mnie?
Żebyś wiedział. Zostaw mnie, nie jestem w humorze.
Ignorując go ponownie spróbowałam wyjść, ale on złapał mnie za ramię. Wciągnęłam ze świstem powietrze.
- Mówię do ciebie. Nie ignoruj mnie.
- Jestem głodna. Chcę w spokoju zjeść obiad – wysyczałam. – No, chyba, że wolisz żebym umarła z głodu?
Uścisk na moim ramieniu zelżał, ale nie zniknął całkowicie. Szarpnęłam się, uważając żeby nic nie pospadało z tacy.
- Zostaw mnie, proszę – szepnęłam, czując, że zaraz znowu mogę się rozpłakać.
Co za mazgaj ze mnie…
Ayato puścił moją rękę, mrucząc pod nosem coś, co zabrzmiało jak „Jeszcze się policzymy”. Nim jednak zdążył powiedzieć lub zrobić cokolwiek więcej, ruszyłam w kierunku schodów. Starałam się iść szybko, ale trzymać głowę wysoko uniesioną.
Nie uciekam. Wycofuję się z godnością.
 W pokoju ponownie opadłam na łóżko, układając tacę na kolanach. Wpatrywałam się beznamiętnie w przygotowany posiłek – grillowaną rybę, sałatkę ze świeżych warzyw i ryż. Danie wyglądało bardzo apetycznie jak żywcem wyjęte z menu drogiej restauracji, ale moja ochota na jedzenie gdzieś przepadła. Mimo to, sięgnęłam po srebrne sztućce. Mój wzrok padł na nóż. Przez głowę przemknęła mi krótka myśl – sztylet z koszmaru.
 Przełknęłam ciężko ślinę i zmusiłam się do jedzenia. Niemalże nie czułam smaku tego co jem. Równie dobrze mogłabym żuć karton. Sięgnęłam po picie, chcąc pozbyć się suchości w ustach. Ręka mi zadrżała, napój zachlupotał w szklance, którą prawie upuściłam.
Krew. Krew. W szklance jest krew.
Potrząsnęłam szybko głową. To nie była krew tylko sok żurawinowy. Powoli zaczynało mi już od tego wszystkiego odbijać.
 Tacę z resztkami odstawiłam na szafkę nocną i wróciłam do tkwienia w łóżku sam na sam ze swoimi myślami. Ruszyłam się dopiero, gdy trzeba było zbierać się na wieczorne zajęcia. Założyłam mundurek i zeszłam na dół. W limuzynie zajęłam swoje miejsce, a gdy tylko szofer odpalił silnik, odwróciłam się do okna.
 Przez całą drogę do i ze szkoły, jak również na lekcjach i przerwach między nimi nie odezwałam się do nikogo ani jednym słowem. Kiedy tylko się dało, unikałam braci i trzymałam się od nich najdalej jak mogłam. Mimo to cały czas czułam na sobie ich uważne spojrzenia. Obserwowali mnie.

 Po powrocie, pierwszym miejscem, do którego się udałam była biblioteka. Tak, to była prawdziwa, ogromna biblioteka, ale taka przeznaczona jedynie dla mieszkańców rezydencji. Wsunąwszy się do pomieszczenia, zamknęłam cicho drzwi, po czym oparłam się o nie i odetchnęłam głęboko. Po dłuższej chwili oderwałam się od drewna i obeszłam cały pokój wzdłuż i wszerz. Gdy upewniłam się, że nikogo nie ma w pobliżu, odetchnęłam z ulgą.
 Podeszłam do jednego z wielu regałów z książkami i zaczęłam przesuwać wzrokiem po kolorowych grzbietach książek. Musiałam znaleźć coś do czytania. Musiałam się jakoś oderwać od tego wszystkiego. Powoli nie wytrzymywałam już natłoku myśli w mojej głowie.
 Nie mając lepszego pomysłu sięgnęłam po tomik „Romea i Julii” w skórzanej oprawie i ze złotymi literami układającymi się w tytuł. Tak naprawdę nie miałam ochoty tego czytać.
- Lepsze to niż nic… - mruknęłam.
Gdy wysunęłam książkę, coś przykuło moją uwagę. Zza następnej książki, przy samej ściance regału coś wystawało. Przesunęłam gruby tom nie zwracając nawet uwagi na jego tytuł, a wtedy na półkę upadł zeszyt. Wyglądał na nieźle wysłużony. Napisy na okładce wyblakły tak, że nie dało się ich odczytać. Kartki w środku były pożółkłe. Nie zdążyłam go przejrzeć, gdyż drzwi otworzyły się i ktoś wszedł do biblioteki.                                                                                                             Spanikowałam zupełnie jakbym została przyłapana na gorącym uczynku. Nie przemyślawszy tego dobrze, wsunęłam zeszyt wraz z tomem „Romea i Julii” do torby i wyjrzałam ostrożnie zza regału. Osobą, która weszła po mnie do biblioteki okazał się być Shu. Gdy ten tylko odwrócił się do mnie plecami, przemknęłam szybko do wyjścia.

 Z przyspieszonym biciem serca, ułożyłam tajemniczy zeszyt na swoich kolanach. Czułam, że nie powinnam go zabierać, a tym bardziej otwierać i czytać. Mimo to, jakiś wewnętrzny głosik w mojej głowie powtarzał „Otwórz go, otwórz, no dalej! Zrób to!”. Przełknęłam ślinę i otarłam spocone dłonie o materiał mundurku. Zerknęłam na drzwi swojego pokoju, obawiając się, że ktoś mnie przyłapie.
- A zresztą… to tylko głupi zeszyt – wzruszyłam ramionami i otworzyłam go na pierwszej stronie.
Pożółkła kartka podpisana była starannym, ozdobnym pismem. Wytężyłam wzrok, próbując rozszyfrować wyblakłe litery. Kiedy mi się to udało, wstrzymałam oddech i otworzyłam szerzej oczy.
- Cordelia… - wyszeptałam niemal niedosłyszalnie. W tej samej chwili zegar wybił północ.

- Niemożliwe, niemożliwe, niemożliwe…cholera jasna, niemożliwe! – szeptałam, kręcąc się w kółko po pokoju, gdy po domu wciąż roznosiło się bicie zegara.
Możliwe. Dobrze wiesz, że tak. Co w tym takiego niezwykłego?, odezwał się głos w mojej głowie.
- Cholera. Nie, nie, nie. Nie powinnam była ruszać tego przeklętego zeszytu. Trzeba było wziąć tą książkę i po prostu stamtąd wyjść.
Uspokój się, to tylko zeszyt. Nic ci się nie stanie.
- A co jeśli tak? – przygryzłam wargę. – No pięknie, teraz już nawet gadam sama ze sobą.
Zachciało mi się śmiać i płakać jednocześnie. Moje spojrzenie padło na wciąż otwarty zeszyt, porzucony na moim łóżku. Szybkim ruchem zgarnęłam go i wsunęłam z powrotem do swojej torby. Obiecałam sobie, że następnego dnia odniosę go do biblioteki i odłożę na miejsce.
- Nie powinnam była go ruszać… - powtarzałam w kółko, nawet gdy kładłam się już do łóżka.
 Zacisnęłam powieki i spróbowałam zasnąć. Nadaremnie. Nie dany miał mi być sen. Nie pomagało obracanie się, odkrywanie i przykrywanie na zmianę, zmienianie pozycji czy też strony łóżka. Po dwóch godzinach bezskutecznego rzucania się po materacu dałam sobie spokój. Tej nocy Ayato mnie nie odwiedził.
 Siedząc na łóżku i wsłuchując się w ciche tykanie zegara, nabrałam nagłej ochoty na spacer. Stwierdziłam, że może świeże powietrze pomoże mi później zasnąć. Narzuciłam więc bluzę na koszulę nocną i po cichu wymknęłam się do ogrodu. Jak zwykle o tej porze wyglądał tajemniczo, a zarazem pięknie. Liczne krzaki róż kusiły pięknem swych kwiatów oraz słodkim, cudownym zapachem, od którego mogło zakręcić się w głowie. Nocna cisza przerywana była jedynie pluskiem wody w fontannie.
Zaczerpnęłam głęboko powietrza i ruszyłam wolno przez ogród. Naszła mnie ochota na śpiewanie, więc otworzyłam usta, z których popłynęły słowa ballady:

Jeśli targ w Scarborough odwiedzić chcesz
Pietruszko, szałwio, rozmarynie i tymianku
Temu co tam mieszka, przypomnijcie mnie
Kiedyś miał on moją prawdziwą miłość

Powiedzcie, żeby utkał mi koszulę z lnu
Pietruszko, szałwio, rozmarynie i tymianku
Bez żadnych szwów ani pracy igłą
Wtedy zostanie moją prawdziwą miłością

Powiedzcie mu aby znalazł dla mnie akr lądu
Pietruszko, szałwio, rozmarynie i tymianku
Pomiędzy słoną wodą a morskim pasmem
Wtedy zostanie moją prawdziwą miłością

Powiedzcie mu aby skosił to sierpem ze skóry
Pietruszko, szałwio, rozmarynie i tymianku
I niech to wszystko zbierze w bukiet z wrzosem
Wtedy zostanie moją prawdziwą miłością

Jeśli targ w Scarborough odwiedzić chcesz
Pietruszko, szałwio, rozmarynie i tymianku
Temu co tam mieszka, przypomnijcie mnie
Kiedyś miał on moją prawdziwą miłość*


 Zamrugałam zaskoczona i rozejrzałam się zdziwiona. Nie wiedziałam, kiedy znalazłam się nad jeziorem. Kiedy zamilkłam, zdałam sobie sprawę, że wszystko ucichło. Wokół mnie panowała martwa cisza. Wszystko jakby zastygło w czasie.
Chwila, skąd ja znam tą piosenkę?
Nie pamiętałam bym kiedykolwiek uczyła się jej słów, a mimo to…
Przed oczami pojawił mi się obraz Kanato. Tak, to on to kiedyś śpiewał. Jednakże skąd ja ją znałam?
- Co ty tu robisz o tej porze? – usłyszałam za sobą znajomy głos.
Przymknęłam oczy.
- Czego chcesz? – moje słowa zaskoczyły mnie samą. Wypadły ostrzej niż chciałam.
- Powinnaś być w swoim pokoju.
- Od kiedy masz prawo do rozkazywania mi? – prychnęłam.
- Należysz do nas. Jesteś zdana na naszą łaskę. Twoje życie zależy od…
No właśnie. Znowu to samo. Znowu traktuje cię jak przedmiot. Zawsze tak o tobie myślał. Nie jesteś dla niego niczym więcej jak zwykłą zabawką, odezwał się ten irytujący głos w mojej głowie.
Nie wytrzymałam. Odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z Ayato.
- Jestem zdana na waszą łaskę? Moje życie od was zależy? – tajemnicza wściekłość przejęła nade mną władzę. – Więc równie dobrze mógłbyś mnie zabić, prawda? Więc czemu tego nie zrobisz? No, proszę! Dalej, zrób to! Zabij bezbronną dziewczynę. Nie ma żadnej rodziny, więc co za problem? Nikt się nawet nie zorientuje. Nikomu nie będzie jej brakowało. Proszę bardzo, możesz to zrobić tu i teraz. I będzie po problemie. Bo po co się z nią dłużej męczyć?
 Czułam się jakby mówił to ktoś inny, chociaż to ja poruszałam ustami. Te słowa, te myśli nie należały do mnie.
 Ayato postąpił kilka kroków do przodu, w jego zielonych oczach lśniła złość. Nie cofnęłam się. Myślałam, że coś zrobi. Mógł coś zrobić. Mógł mnie tam zabić i nikt by się nie zorientował. Mógł mnie po prostu popchnąć, spadłabym z pomostu, utopiłabym się. Wiedział, że nie potrafiłam pływać.
 Zamknęłam oczy. Czułam łzy spływające po moich policzkach. Czekałam na cios, który nie nadszedł. Gdy otworzyłam oczy, jego już nie było.
 Coś zakłuło mnie w piersi. Ponownie odwróciłam się w stronę jeziora. Moją uwagę przykuła barwa księżyca, odbijającego się w ciemnej, nieruchomej tafli. Zadrżałam.
Kiedy opuściłam wzrok, znowu stało się to samo. Na moich oczach woda w jeziorze przemieniła się w krew.
 W mojej głowie rozległ się śmiech. Okropny, złowieszczy śmiech, wibrujący i przyprawiający o ból głowy. Z jękiem pomasowałam skronie. Oderwałam wreszcie wzrok od normalnej już wody i wróciłam do domu z bolącą głową oraz sercem.




* Scarborough Fair – tradycyjna angielska ballada. To właśnie ją Kanato jako dziecko śpiewał swojej matce.

wtorek, 8 lipca 2014

Diabolik Lovers: Rozdział 3


Oto i jest! Trzeci rozdział Diabolik Lovers. Mam nadzieję, że się wam spodoba. Życzę miłej lektury ^^



Krew, pot i łzy

 Subaru zaprowadził mnie do domu i choć z początku protestował, udało mi się go ostatecznie przekonać, że do łazienki naprawdę mogę iść sama. Mimo to i tak stanął pod drzwiami oraz zastrzegł, że gdyby coś się działo, to wejdzie bez ostrzeżenia.
 W łazience stanęłam przed lustrem i z uwagą przyjrzałam się swojemu odbiciu. Byłam bledsza niż zazwyczaj, miałam ciemne kręgi pod oczami i potargane włosy. Zdusiłam w sobie jęknięcie. Koszula nocna z delikatnego, białego materiału, którą miałam na sobie była poplamiona. Musiałam się przebrać, jeśli nie chciałam podpaść reszcie. Zdecydowałam się jednakże najpierw zająć się pokaleczonymi rękami. Zastanawiałam się, jak uda mi się to wszystko ukryć przed chłopakami.
Odkręciłam wodę w umywalce i wsunęłam dłonie pod strumień zimnej wody. Przygryzłam dolną wargę. Skóra szczypała niemiłosiernie. Ułożyłam dłonie w koszyczek, chcąc obmyć również twarz. Jednak gdy spojrzałam na swoje palce, wrzasnęłam i wylałam całą zawartość dłoni, ochlapując nią również podłogę.
Dłonie miałam pokaleczone, to fakt, jednak w umywalce zebrało się tyle krwi jakbym co najmniej odcięła sobie pół ręki. Z przerażeniem patrzyłam jak z kranu skapują kolejne krople czerwonej cieczy.
 Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i w jednej chwili obok mnie znalazł się Subaru.
- Co się stało?
Przełknęłam ciężko ślinę i drżącą ręką wskazałam na umywalkę. Białowłosy zakręcił wodę i spojrzał na mnie pytająco.
- O co chodzi?
- Krew… - wybełkotałam.
- Krew?
Przesunęłam się do przodu i niepewnie zajrzałam do umywalki. Otworzyłam szerzej  oczy ze zdziwienia. Na białej, lśniącej powierzchni nie było ani jednej czerwonej kropli.
- A-ale…
Subaru przyłożył swoją dłoń do mojego czoła, marszcząc przy tym brwi.
- Gorączka wróciła. Może to halucynacje?
Nie miałam siły się z nim spierać. Nie widziałam sensu. Może naprawdę choroba tak źle na mnie wpływała, że dostawałam już halucynacji. Nie mogłam być niczego pewna.
Posłusznie pozwoliłam zaprowadzić się do swojego pokoju i przykryć pościelą.
Gdy uniosłam dłoń by odgarnąć sobie włosy z twarzy, coś dziwnego przykuło moją uwagę. Skóra na dłoni, która jeszcze chwilę temu w wielu miejscach była zadrapana teraz stała się nieskazitelnie gładka. Tak jakbym nigdy się nie zraniła.
- Nie mówmy nic reszcie – szepnęłam jeszcze do Subaru zanim osunęłam się w objęcia Morfeusza.
 Tajemnicza choroba zniknęła tak szybko jak się pojawiła. Następnego dnia po gorączce nie było śladu, a ja czułam się pełna energii. Trzeba przyznać, że wszystkich tym niezmiernie zaskoczyłam. Reiji, mimo, że po szczegółowym przebadaniu mnie nie znalazł chociażby jednego objawu, czy też śladu po niedawnej chorobie, podniósł moją zwyczajną, dzienną dawkę witamin i wciąż faszerował mnie jakimiś ziołowymi specyfikami.
 Czasami wciąż dostawałam niespodziewanych bólów głowy, a nocami nawiedzały mnie dziwne sny. Wolałam jednak to wszystko przemilczeć.
 Wróciłam na szkolne zajęcia. Udało mi się również wybłagać Subaru, by zaczął wreszcie ćwiczyć ze mną obiecaną mi samoobronę. Tak więc, gdy w czwartek budzik wyrwał mnie ze snu o piątej nad ranem, nie mogłam protestować ani narzekać, chociaż miałam na to wielką ochotę.
 Zaspana zwlokłam się z łóżka, dziękując Bogu, za to, że tym razem Ayato nie postanowił mnie odwiedzić. Oszczędziło mi to przynajmniej niepotrzebnych pytań. Wiedziałam jednak, że prędzej czy później ten dowie się, że wykradam się nad ranem by ćwiczyć z Subaru. Wiedziałam również, że nie będzie z tego bynajmniej zadowolony.
 Starając się nie zasnąć na stojąco, wciągnęłam na siebie białą bokserkę, ciemne leginsy, spięłam włosy w kitkę i wsunęłam trampki na stopy. Piąta rano to zdecydowanie nie była pora dla mnie. Już czułam, że będę musiała odespać te godziny w ciągu dnia.
Muszę się wreszcie przyzwyczaić do nocnego trybu życia, przeszło mi przez myśl, gdy ślimaczym tempem schodziłam po schodach. Senność zniknęła jednakże bardzo szybko, gdy tylko wyszłam na dwór. Chłodny wiatr podziałał na mnie niczym kubeł zimnej wody. Poprawiłem czarną bluzę, wsuwając dłonie do rękawów. Rozejrzałam się wokół.
 Cały ogród spowijała mgła, trzymająca się nisko ziemi. Nie było więc zbytniego problemu z widocznością, ale za to trzeba było uważać, gdzie się stawiało stopy. Cisza tu panująca była tak głęboko, że niemal namacalna. Nieprzyjemne wrażenie potęgowała szarość poranka oraz ciemne chmury zasnuwające niebo.
Sunęłam powoli ścieżką, napawając się tajemniczymi widokami. Objęłam się ramionami. Mało brakowało a zaczęłabym szczękać zębami.
Cholera, przesadzasz, skarciłam się w myślach. Nie zachowuj się jak jakaś rozpieszczona paniusia.
 Właśnie miałam wdać się w konkretną kłótnię sama ze sobą, gdy dojrzałam postać opierającą się o pobliskie drzewo. Subaru obserwował mnie z jedną uniesioną brwią. Oczywiście chłód poranka miał w głębokim poważaniu, mając na sobie postrzępiony, szary podkoszulek i czarne jeansy. Eleganckie buty zastąpił tak jak ja, trampkami. Z tym wyjątkiem, że jego wyglądały na markowe. Od razu wyprostowałam się i odchrząknęłam.
- Dobry – burknęłam w jego stronę.
- Jeśli chcesz się wycofać…
O tak, chcę się wycofać do swojego cieplutkiego łóżeczka, przykryć się cieplutką kołderką i spać tak długo, póki Reiji nie ochrzani mnie za obijanie się.
- Nie – odparłam, unosząc dumnie podbródek i podpierając się pod boki. – No chyba, że ty wymiękasz.

 Szybko pożałowałam, że zabrałam ze sobą bluzę. Już po kilku minutach solidnej rozgrzewki jaką zapewnił mi Subaru czułam pot spływający mi po plecach. Wuefiści mogliby się od niego uczyć. Był naprawdę wymagającym nauczycielem.
W krótkiej przerwie między ćwiczeniami ściągnęłam bluzę i cisnęłam ją pod drzewo, gdzie zniknęła we mgle. Subaru nie patyczkował się ze mną. Wykrzykiwał krótkie polecenia oraz ganił mnie, gdy coś źle robiłam.
- A teraz skłony. Pochyl się bardziej. Bardziej! Nie, jeszcze raz. Dobrze. Wytrzymaj tak jeszcze kilka sekund. Dwadzieścia powtórek.
Pod koniec rozgrzewki miałam już serdecznie dość. No, ale właśnie. To była tylko rozgrzewka. Oddychając ciężko, opadłam na trawę.
- Jesteś sadystą… - jęknęłam, ocierając czoło wierzchem dłoni.
Oczywiście, miałam na myśli ćwiczenia. Tak naprawdę, Subaru miał najmniej sadystyczne skłonności z całej swojej rodziny.
- To ty mnie o to prosiłaś. Mówiłem, że jeśli chcesz się wycofać…
- Nie chcę! – krzyknęłam i zerwałam się szybko na równe rogi. – Obiecałeś nauczyć mnie samoobrony. I nauczysz mnie, chyba, że ty się wycofasz, bo ja nie zamierzam. I wypadałoby chyba wreszcie przejść do jakichś konkretnych ćwiczeń, prawda?
Białowłosy patrzył na mnie przez chwilę w ciszy. Wreszcie kącik jego ust zadrżał, unosząc się nieznacznie.
 Przez następne chyba bite pół godziny, Subaru szczegółowo wyjaśniał, które miejsca  i jak powinnam osłaniać. Każdy opisany przykład później demonstrował. Następnie przeszedł do pokazywania jak w najłatwiejszy sposób wykręcić komuś rękę i jak coś z niej wytrącić.
- Jesteś dziwna – stwierdził w pewnym momencie, gdy bezskutecznie próbowałam złapać go za nadgarstek lub zrobić cokolwiek innego z tego, czego mnie uczył.
Wiem.
- Czemu tak uważasz?
- Dowiedziałaś się, że jesteś adoptowana – słowa wydobywające się z jego ust zabolały jak cios w brzuch, przypominając o niechcianej prawdzie. Uszło ze mnie całe powietrze. Odsłoniłam się. Białowłosy wykorzystał to błyskawicznie łapiąc mnie za rękę i wykręcając mi ją na plecach.
- Zostałaś zmuszona do zamieszkania z szóstką wampirów – kontynuował. – Niejednokrotnie stawałaś się naszą ofiarą, ofiarą ataków moich braci. Niezliczoną ilość razy pito twoją krew. Zmuszano cię do robienia rzeczy, których nie chciałaś robić. Prawie umarłaś.
Mówił cicho, wciąż wykręcając mi rękę. Czułam jego oddech na wilgotnej skórze. Przygryzłam wargę. Ręka mnie bolała, prawie tak jak prawda, którą mi uświadamiał.
- Mimo to, ty się nie poddałaś. Nie załamałaś się. Nie próbujesz uciekać, nie próbowałaś zabić żadnego z nas, chociaż dałem ci broń do tego potrzebną i miałaś ku temu wiele okazji – mówił coraz głośniej. – Zachowujesz się jakby to był twój bezpieczny dom. Traktujesz nas jak… jak swoją rodzinę! Dlaczego?! Jesteś masochistką?
Wreszcie puścił mój nadgarstek, odsunął się. Odetchnęłam z ulgą, opierając dłonie na drżących kolanach. Powoli się wyprostowałam i spojrzałam prosto w krwistoczerwone oczy wampira. Widniało w nich niezrozumienie.
- Nie wiem, może jestem masochistką. Nie wiem, czemu się tak zachowuję. Nie wiem, ale nie widzę sensu w uciekaniu wam. Nie widzę sensu w zabijaniu was. Przecież, gdy przyszło co do czego, to właśnie wy stanęliście w mojej obronie! Jeśli dobrze pamiętam, uratowaliście mnie. Sądzę, że lepiej pogodzić się ze swoim losem. Bo jaki mam wybór? Mam zachowywać się jak pusta blondynka z taniego horroru? Mam piszczeć i błagać was o ocalenie życia? – prychnęłam. – Wybacz, ale nie jestem taka.
 Bo po co bawić się w kotka i myszkę, skoro i tak kot prędzej czy później dopadnie swoją ofiarę? Będzie się nią bawił tak długo aż mu się znudzi albo ją pożre. Nie chciałam być pożarta ani nie chciałam być zabawką. Pragnęłam być zaakceptowana. Tak, właśnie tak. Pragnęłam żeby bracia Sakamaki mnie zaakceptowali i żeby widzieli we mnie kogoś, a nie tylko zabawkę i chodzący bank krwi. Tak naprawdę nie chciałam opuszczać ich domu.
Prawie się zaśmiałam. Może naprawdę jestem masochistką?
 Subaru skinął lekko głową jakby się z czymś zgadzał. Przeczesał dłonią nieskazitelnie białe włosy. Oczywiście on po całym tym treningu wyglądał jak nowonarodzony. W ogóle nie było po nim widać zmęczenia, a na jego ubraniu nie dało się dostrzec ani jednej plamy potu. Westchnęłam cicho. Szczęściarz…
 Ja pewnie wyglądałam okropnie. Kosmyki czarnych włosów przyklejały mi się do twarzy i szyi. Cała byłam spocona i czułam jak nogi dygotają mi ze zmęczenia.
Niebo nad ogrodem pojaśniało, chłodny wiatr poruszył moimi włosami. Dopiero teraz zorientowałam się, że mgła gdzieś przepadła.
- I bardzo dobrze – mruknął Subaru, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Co?
- Tak trzymaj – odparł tylko
„Tak trzymaj”? O co może mu chodzić?
Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc.
Wampir jednak najwyraźniej nie miał zamiaru mi podpowiadać. Schylił się, podnosząc z ziemi moją bluzę. Podał mi ją i przechodząc obok mnie rzucił tylko:
- Na dzisiaj koniec – po czym zniknął. Dosłownie.

 Od razu po wejściu do domu skierowałam swe kroki do łazienki. Zrzuciłam z siebie ubrania, zostawiając je na białych kafelkach i weszłam do kabiny prysznicowej. Odkręciłam wodę, pozwalając by strumień chłodnej wody płynął swobodnie po moim ciele. Pochyliłam głowę i przymknęłam powieki.
- Dał mi niezły wycisk – mruknęłam do siebie. – Ale sama tego chciałam.
Otworzyłam oczy i sięgnęłam po buteleczkę z żelem pod prysznic. Zaraz ją jednak upuściłam z cichym piskiem. Z przerażeniem wpatrywałam się w dno kabiny. Zamiast wody zebrała się tam… krew. Uniosłam głowę. Krew wypływała ze słuchawki prysznica.
Wrzasnęłam, szarpiąc się z zasuwanymi drzwiczkami kabiny. Wypadłam z niej, potykając  się o własne nogi. Upadłam na kafelki, trzęsąc się z przerażenia. Drżącą ręką sięgnęłam po ręcznik, który zrzuciłam na podłogę i owinęłam się nim szczelnie. Zebrało mi się na płacz. Dokładnie w tej samej chwili drzwi otworzyły się bez ostrzeżenia.
- Co to za krzyki, moja maleńka?
 Przez kilka sekund wpatrywałam się w Raito stojącego w progu z tym jego uśmieszkiem na ustach. Musiałam żałośnie wyglądać siedząc tak na podłodze, naga, owinięta jedynie ręcznikiem, z załzawionymi oczami.
 Sięgnęłam po najbliższą rzecz, czyli buteleczkę z szamponem i cisnęłam nią w stronę drzwi. Było to komicznie niedorzeczne posunięcie. Butelka upadła jakiś metr dalej i sunąc po podłodze dotarła do nóg Raito.
- Wyjdź stąd! – wrzasnęłam. – Wynoś się!
- Czy to szampon, którego używasz? – zapytał, nie przejmując się moimi wrzaskami. Podniósł buteleczkę, odkręcił ją i powąchał zawartość.
- Cudowny zapach, maleńka – jego głos dobiegał teraz zza moich pleców. Złapał pasmo moich włosów i podniósł do swojej twarzy. – Podnieca mnie.
Poczułam jego palce na skórze pod łopatkami, tuż nad krawędzią ręcznika. Coś we mnie pękło. Zerwałam się na równe nogi.
- Zostaw mnie! – krzyknęłam, czując jak łzy spływają po moich policzkach. – Odwal się. Po prostu się ODWAL!
Zielone oczy wampira rozszerzyły się na chwilę z zaskoczenia. Wykorzystałam moment, zgarnęłam swoje rzeczy z podłogi i niemal na oślep popędziłam do swojego pokoju.

 Ubrałam się mechanicznymi ruchami, po czym rzuciłam się na łóżko. Zwinęłam się w kłębek i przytuliłam się do wielkiej poduchy, pozwalając płynąć łzom. Czułam się okropnie. Żałosna i bezradna.
 Nagle mój umysł wypełnił się samymi najgorszymi myślami, które od długiego czasu od siebie odpychałam. Byłam adoptowana. Żyłam w domu z szóstką krwiożerczych potworów. Znęcano się nade mną. Prawie umarłam. A teraz wszędzie widziałam krew. Moje życie przypominało horror.
Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, nie wiedziałam skąd się to wszystko brało. Czemu tak gwałtownie wybuchłam?
Zacisnęłam powieki, a z mojego gardła wydobył się szloch.

wtorek, 24 czerwca 2014

Diabolik Lovers: Rozdział 2

Na początek bardzo wszystkich przepraszam za tak długą nieobecność. Mam nadzieję, że mi wybaczycie T_T  I już nie przeciągając, bardzo wszystkim dziękuję za komentarze, mam nadzieję, że ten rozdział również się wam spodoba, no i... miłej lektury ^ ^




                              Wampir niańką?

 Zasnęłam niemal od razu po przyłożeniu głowy do poduszki. Zamiast snu pojawiła się jednak tylko niespokojna drzemka, która i tak nie potrwała długo. Obudził mnie męski głos natarczywie powtarzający jedno z moich przezwisk. Niechętnie otworzyłam oczy, ale zaraz je szybko zamknęłam, gdy ostre światło poraziło moje oczy. Jęknęłam i odwróciłam głowę.
- Hej, Naleśniku, obudź się!
Nie widząc innego wyjścia, uchyliłam powoli powieki. Wokół siebie zobaczyłam sześć sylwetek.
- O co chodzi? – mruknęłam odrzucając kołdrę, gdyż nagle zrobiło mi się gorąco. Ledwie skończyłam mówić, a na moim czole wylądowała lodowata dłoń.
- Jest rozpalona – oznajmił Reiji, spoglądając na mnie wiecznie niezmiennym, krytycznym spojrzeniem. – Więc jednak nie udawała.
Na jego słowa zrobiłam naburmuszoną minę.
- Brałaś witaminy, tak jak kazałem?
W tej chwili już całkowicie poczułam się jak dziecko…
- Tak.
- Na pewno? – Reiji poprawił okulary, nie spuszczając ze mnie chłodnego spojrzenia. Chciałam mu odpyskować, ale w porę ugryzłam się w język. Drażnienie nieobliczalnego wampira nie należy do dobrych pomysłów. Posłusznie więc tylko skinęłam głową. Okularnik w zamyśleniu potarł podbródek.
- Musiałaś się przeziębić przez swoją lekkomyślność – skwitował.
- Tego, że mam słabą odporność już nie można wziąć pod uwagę, co? – prychnęłam.
- Mówiłaś coś? – Reiji posłał mi jedno ze swoich mrożących krew w żyłach spojrzeń.
- Nie, nie, skądże – bąknęłam szybko.
- Tak myślałem. Cóż, w obecnym stanie zapewne nie będziesz mogła pójść na jutrzejsze zajęcia…
Przygryzłam wargę, nie wiedząc czy powinnam cieszyć się z powodu dodatkowego wolnego wieczoru, czy też raczej zacząć się martwić.
- …jednak nie możemy zostawić cię samej w rezydencji. Wychodzi na to, że któryś z nas będzie musiał z tobą zostać – to mówiąc powiódł wzrokiem po swoich braciach.
Poczułam dreszcze przebiegające po moich plecach. Co za absurd – mniej bałam się być w jednym domu z szóstką wampirów, niż sam na sam z jednym. Chociaż, może nie było to aż tak absurdalne, patrząc na fakt, że w takiej sytuacji ten, który by ze mną został, mógłby robić ze mną co by mu się żywnie podobało. Co prawda była jeszcze służba, ale przypominała ona bardziej widma, pojawiające się znikąd, nieposiadające nawet własnej woli.
Przełknęłam ślinę, zastanawiając się nad swoim położeniem. Jeśli to Reiji zostałby w domu, oznaczałoby to dla mnie łykanie podejrzanych substancji i bycie królikiem doświadczalnym. Czas spędzony sam na sam z Shu, zapewne byłby czasem ciszy. Blondyn najprawdopodobniej usadowiłby się gdzieś w kącie i niezbyt się mną interesując, oddałby się jednemu ze swoich ulubionych zajęć – drzemce lub słuchaniu muzyki.
Zostanie sam na sam z Kanato nie należałoby raczej do najbezpieczniejszych rzeczy. Wszystko zależałoby od aktualnego humoru chłopaka. Natomiast oddanie się pod opiekę Raito…cóż, gwałt lub co najmniej molestowanie seksualne zapewnione.
Ayato…tak właściwie, to nigdy nie mam pewności jak Ayato się zachowa. Najbezpieczniejszym wyjściem byłoby chyba zostanie z najmłodszym z braci. 
- …nie, ty, Ayato nie możesz zostać.
- Jakim prawem…
- Z tego co wiem, masz sporo zaległości – Reiji wszedł mu w słowo – Idziesz na zajęcia.
- Haha, braciszku, nie będziesz mógł pobawić się z naszą maleńką – Raito klepnął Ayato w plecy, śmiejąc się. Reiji jednak bardzo szybko ostudził jego entuzjazm.
- To samo tyczy się ciebie, Raito.
- Ale…
- Shu, ty również musisz być obecny w szkole. Ostatni incydent nie może się powtórzyć – Reiji zgromił swojego biologicznego brata niemal nienawistnym spojrzeniem. Ten jednak nie bardzo się tym przejął.
- Ja mogę zostać  – odezwał się dotąd milczący Subaru.  Ciemnowłosy zmierzył go spojrzeniem.
- Niech będzie.
- Co? Nie zgadzam się! – zaprotestował Ayato.
Spotkał się jednak z całkowitym zignorowaniem ze strony Reiji’ego.
- Wszystko ustalone. Możecie się rozejść. 
- Ktoś tu znowu się rządzi… - mruknął Raito.
Podczas, gdy bracia zmierzali najwidoczniej do kolejnej kłótni, ja odetchnęłam cicho z ulgą. Obróciłam się na bok i… niemal krzyknęłam. Pochylając w moją stronę, z misiem w rękach i szerokim, niebezpiecznym uśmiechem na ustach, przyglądał mi się Kanato.
- O-o… o co chodzi? – wydukałam. W jego wzroku, w tych fioletowych oczach czaiło się coś nieznanego… i na pewno niebezpiecznego.
- Widzisz, Teddy? Jest chora.
- Kanato?...
Fioletowłosy nagle spoważniał i wyprostował się.
- Nieważne.
Czułam się skrępowana, gdy wciąż nie spuszczał ze mnie nieodgadnionego spojrzenia. Wreszcie na polecenie Okularnika wszyscy opuścili mój pokój. Zostałam sama. Nim się obejrzałam zapadłam w niespokojny sen… a raczej koszmar.
 Biegnę ciągnącym się w nieskończoność korytarzem. Czemu biegnę? Za sobą słyszę kroki i śmiech. Zgrzyt metalu. Odwracam głowę tylko po to, by zobaczyć nieprzeniknioną ciemność. Upadam w kałużę. Ciepła, lepka substancja wsiąka w moje ubranie, ochlapuje skórę i włosy. Zanurzam w niej palce i unoszę na wysokość oczu. Otwieram je szerzej z przerażenia. Krew. Jestem cała we krwi. Zrywam się na równe nogi, ale po kilku krokach znowu się przewracam, potykając o coś. Śmiech staje się głośniejszy. Nie mogę się ruszać. Jak na zwolnionym filmie widzę zbliżającą się postać. Jej oczy mają barwę krwistej czerwieni. Śnieżnobiałe kły połyskują w uśmiechu. Ale widzę też drugi błysk. Sztylet. Mogę tylko patrzeć jak ostrze unosi się, po czym opada wprost na mnie.
Obudziłam się z krzykiem, a raczej z przeraźliwym wrzaskiem. Usiadłam gwałtownie. Gardło okropnie mnie bolało, czułam się jakby ogień lizał moje wnętrzności. Schowałam twarz w dłoniach. Czułam jak krople potu spływają po moich plecach, szyi i twarzy. Nim się zorientowałam, zaczęłam również płakać.
Co się ze mną dzieje?, przeszło mi przez myśl. Tyle czasu spędziłam już pod jednym dachem z wampirami, mój strach zelżał. Czemu więc koszmary zaczęły mnie nawiedzać?
Zaczerpnęłam kilka razy głębiej powietrza żeby się uspokoić. Powoli wstałam z łóżka i skierowałam się w stronę balkonu. Pchnęłam szklane drzwi. Stąpając boso po chłodnych kafelkach podeszłam do balustrady. Zacisnęłam na niej kurczowo palce, starając się opanować ogarniające mnie mdłości. Chłodny wiatr muskał moją wilgotną od łez i potu twarz. Spojrzałam na ciemne niebo. Kiedy spałam, zdążyła już zapaść noc. Olbrzymi księżyc w pełni wyłonił się zza chmur. Wciągnęłam ze świstem powietrze, widząc jego barwę.
Niemożliwe…, zdążyłam pomyśleć zanim mdłości zaatakowały ze zdwojoną siłą. Świat zawirował mi przed oczami. Niebo zamieniło się miejscem z posadzką. Bezwładnie osunęłam się w ciemność.


Nie wiedziałam, czy obudził mnie chłodny dotyk czy też raczej krzyk pełen złości.
- Coś ty sobie myślała, głupia?!
Zamrugałam kilka razy, aż obraz stał się wyraźniejszy. Leżałam na łóżku w swoim pokoju, a sterczący nade mną Ayato bynajmniej nie wyglądał na zadowolonego.
- Ja też się cieszę, że cię widzę… - mruknęłam, naciągając na siebie kołdrę.
- Co ci strzeliło do głowy żeby wychodzić w środku nocy, w takim stanie, na balkon?!
- Nie krzycz tak…nie jestem głucha – jęknęłam, starając się opanować drżenie głosu.
- Głucha może i nie, ale głupia już tak.
- Dobrze, zrozumiałam, już będę grzeczna – wymamrotałam, obracając się na bok. Czyżby Ayato się o mnie martwił? A może w tej sytuacji widział tylko zagrożenie swojego darmowego banku krwi?
- Oczywiście, że będziesz. Już ja tego dopilnuję.
Odwróciłam głowę tylko po to by zobaczyć jego uśmiech, po czym bez ostrzeżenia moje nadgarstki znalazły się w żelaznym uścisku, a ja niemalże dosłownie zostałam przykuta do łóżka. Wampir przysunął swoją twarz do mojej, a po jego ustach błądził bezczelny uśmiech. Przełknęłam ślinę, moje serce biło co raz szybciej i szybciej. Mimo to jednak nie potrafiłam odwrócić wzroku od jego twarzy. Chociaż wewnątrz mnie coś krzyczało, ja wciąż wpatrywałam się w jego jadowicie zielone oczy. Niewielka odległość jaka nas dzieliła pozwoliła mi na dokładne przyjrzenie się obu tęczówkom, obu pionowym źrenicom. Wstrzymałam oddech. Dlaczego moje serce tak szybko bije? Boję się…? Byłam jak sparaliżowana.
Ayato nachylił się nade mną jeszcze bardziej i muskając wargami moje ucho, wyszeptał:
- Nie bój się, Naleśniku. Sztywniak zabronił nam pić twoją krew przez najbliższy czas.
Po czym nieświadomy stanu, do jakiego mnie doprowadził, usiadł na brzegu łóżka.
- Co on sobie myśli… Powstrzymywać się przed piciem krwi? Pewnie sam długo nie wytrzyma – prychnął, nawet na mnie nie patrząc.
Wzdrygnęłam się mimowolnie i opatuliłam szczelniej kołdrą. Moje spojrzenie powędrowało w kierunku balkonu. Szklane drzwi były zamknięte. Chmury przysłaniały niebo i księżyc. Nagle przypomniałam sobie barwę, jaką miał zanim zemdlałam.
- Widziałeś?...
- Co? – chłopak odwrócił głowę w moją stronę.
- Księżyc.
- Co z nim? – w jego głosie dało się wyczuć nutę irytacji.
- Był… czerwony.
Coś przemknęło po jego twarzy, jednak zbył mnie machnięciem ręki.
- Musiało ci się przewidzieć.

 Cały następny dzień praktycznie przeleżałam w łóżku, co chwilę doglądana przez któregoś z braciszków. Większość czasu przespałam lub po prostu gapiłam się bezmyślnie w sufit. W dodatku Reiji co jakąś godzinę sprawdzał moje funkcje życiowe i faszerował mnie lekami od czego dostawałam już białej gorączki (jakby mi tej zwykłej było mało).
 Wreszcie, gdy na zewnątrz zapadł zmierzch, przed głównym wejściem zatrzymała się gotowa limuzyna. Stałam na schodach, przytrzymując się zdobionej barierki i odprowadzałam wzrokiem piątkę wampirów.
- Szczęściarz… - westchnął Raito, klepiąc stojącego obok mnie Subaru w plecy.
Ayato za to wyglądał jakby chciał wszystkich pozabijać wzrokiem i zapewne gdyby mógł to by tak zrobił.
Reiji szedł na końcu i zanim zamknął za sobą drzwi, posłał mi jeszcze ostrzegające spojrzenie. Jęknęłam, wlokąc się z powrotem do swojej sypialni. Subaru bez słowa ruszył za mną.
- Nie musisz ze mną iść. Nikt ci nie każe. Pójdę się trochę przespać, a potem… - ziewnęłam i potarłam oczy. – Potem się zobaczy.
Białowłosy jednak najzwyczajniej w świecie mnie zignorował, w dalszym ciągu podążając za mną jak cień. Westchnęłam, nie mając ochoty ani siły żeby się z nim kłócić.
 
W pokoju od razu bezceremonialnie padłam na łóżko i zakopałam się w pościeli. Kątem oka widziałam jak Subaru siada przy oknie na pufie. Ja tymczasem rzucałam się na łóżku, wierciłam, nie umiałam znaleźć odpowiedniej pozycji. W uszach mi szumiało i nie potrafiłam zasnąć. Skopałam z siebie kołdrę, by po chwili i tak ją na siebie naciągnąć. Na zmianę zalewały mnie fale gorąca oraz zimna. Z każdą chwilą moje podirytowanie wzrastało. Miałam ochotę wykląć łóżko, pościel, stos poduszek, baldachim, koszulę nocną, a najlepiej cały pokój albo i nawet rezydencję. Nagle zatęskniłam za swoimi puchatymi kapciami i rozciągniętym dresem, które zostawiłam w swoim rodzinnym domu.
Kiedy po raz kolejny nerwowo zmieniłam pozycję, podskakując na łóżku, na moim czole znienacka znalazła się chłodna dłoń.
- Śpij – usłyszałam szept.
Westchnęłam. Chłodny, delikatny dotyk na mojej skórze przyniósł natychmiastową ulgę. Jak za sprawą magicznego dotyku (a może i taki był?) zasnęłam spokojnym snem.
Niestety, chociaż sen był przyjemny, nie trwał długo. Nie byłam pewna co mnie obudziło. Czyjś głos? Rozejrzałam się nieprzytomnie po pokoju. Nigdzie nie było Subaru. I wtedy usłyszałam ciche wołanie.
- Natsuki… - usiadłam, słysząc swoje imię. Przesunęłam się na skraj łóżka, opuściłam nogi i nasłuchiwałam.
- Natsuki… Natsuki… Natsuki, chodź do mnie…!
Szept ten był cichy, delikatny, pieścił uszy i nie było sposobu by mu się oprzeć.  Posłusznie więc wstałam i ruszyłam za nim. Nawet nie wiedziałam kiedy znalazłam się na zewnątrz, ani kiedy weszłam do podziemi. Po prostu szłam wciąż przed siebie, a szept z każdym kolejnym krokiem przybierał na sile. Dołączyły do niego inne, odbijały się echem w mojej głowie, nakładały na siebie. Mimo to były niczym piękna, kusząca, słodka melodia. Przyciągały mnie jak śpiew syreny.
Zatrzymałam się. Przede mną znajdowała się brama przewiązana łańcuchem i zamknięta na kłódkę. Szepty w mojej głowie brzmiały teraz wręcz jak trzepot skrzydeł stada ptaków.
I co teraz? Muszę się tam przedostać, muszę…
Zaczęłam błądzić palcami po łańcuchu, szukając kłódki. Natrafiwszy na nią palcami, zaczęłam desperacko ją szarpać. Musiałam otworzyć bramę, musiałam przejść, po prostu musiałam.
Jednak moje próby spełzły na niczym. Znikąd pojawiły się silne ramiona, które wyrwały mi z rąk kłódkę, odciągnęły od bramy, po czym wyprowadziły na zewnątrz. Subaru złapał mnie za ramiona i potrząsnął mną mocno.
- Ocknij się! Ocknij się!
Zamrugałam oczami i wciągnęłam ze świstem powietrze, kiedy zakręciło mi się w głowie.
- Co… co się stało? – zatoczyłam się i na pewno bym upadła, gdyby nie Subaru.
Wampir odetchnął z ulgą wprost w moje włosy, po czym nagle zesztywniał. Złapał mnie za nadgarstki  i uniósł moje dłonie, wewnętrzną stroną do góry. Spojrzałam na nie zszokowana – były całe poranione. Chciałam je wyszarpnąć z uścisku Subaru, ten jednak sam je puścił i ku mojemu zaskoczeniu, przyciągnął mnie do siebie.
- Uspokój się – szepnął. Nie wiedziałam, czy było to skierowane do mnie, czy może raczej bardziej do niego samego. 

środa, 7 maja 2014

Diabolik Lovers: Rozdział 1


      Zwyczajny dzień w rezydencji wampirów



 W jadalni zajęłam swoje stałe miejsce – obok Ayato, a naprzeciwko Shu. Przez pewien czas jedliśmy w zupełnym milczeniu. Wodziłam wzrokiem po braciach Sakamaki, zastanawiając się, jak zacząć temat, który dręczył mnie już od jakiegoś czasu. Każdy z wampirów zdawał się być jednak w pełni skupiony na zawartości swojego talerza. Spuściłam więc niechętnie głowę, dłubiąc srebrnym widelcem w smażonych warzywach. Zmusiłam się do przełknięcia jednego kęsa i odsunęłam od siebie talerz.
- Hmm… mam… mam do was pewną prośbę… propozycję. – przerwałam wreszcie ciszę. Zerknęłam w stronę Reiji’ego, który obserwował mnie krytycznym wzrokiem. Postanowiłam nie zwracać na niego uwagi i po prostu kontynuować swoją wypowiedź. – Jak wiecie, jestem chrześcijanką. Tak, wiem, że was to nie obchodzi. W każdym razie, jak zapewne się domyślacie, co roku obchodzę Święta Bożego Narodzenia. Tyle, że tym razem nie mogę spędzić ich z rodziną, więc pomyślałam sobie, że może… może chcielibyście świętować Boże Narodzenie ze mną? Co wy na to?
Powiodłam wzrokiem po chłopakach, mając cichą nadzieję, że się zgodzą. Pierwszy odezwał się Ayato.
- A po co mamy to świętować? Mnie te święta nie obchodzą.
- Hej, to nie jest taki zły pomysł! Nasza maleńka mogłaby robić za Śnieżynkę. Najlepiej taką w skąpym stroju. Albo za roznegliżowanego elfa. – wypalił Raito. Zboczeniec jeden…
- Myślałam raczej o bardziej tradycyjnych świętach. – odchyliłam się do tyłu i za plecami Ayato, zgromiłam jego brata spojrzeniem. – Wiecie, z choinką, ozdobami, prezentami, świątecznymi daniami i całym tym świątecznym nastrojem.
- Zgoda. – odparł Reiji, czym całkowicie mnie zaskoczył. – Ty sama zajmiesz się przygotowaniami. – dodał, odkładając swoje sztućce.
Wredny drań. Musiał gdzieś wepchnąć haczyk.
- C-co? Sama? Nie dam rady! Jest was szóstka, a ja jedna. Wykażcie się rzesz, choć odrobiną zrozumienia i dobrego wychowania!
Powiodłam wzrokiem po twarzach braci. Reiji wpatrywał się we mnie z tą swoją obojętną miną, lekko unosząc jedną brew, zupełnie jakby rzucał mi wyzwanie. Subaru spokojnie kończył jeść posiłek, nawet nie patrząc w moją stronę. Shu natomiast patrzył na mnie tymi swoimi błękitnymi oczami, o dziwo otwartymi szerzej niż zazwyczaj. Wydawało mi się, że dostrzegałam w nich odrobinę zaciekawienia.
Obróciłam się na krześle w stronę trojaczków, siedzących po mojej lewej stronie. Ayato patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, Raito uśmiechał się głupkowato, a Kanato… Kanato był zbyt pochłonięty miażdżeniem ciasteczek na swoim talerzu żeby zwracać na mnie uwagę.
Wyprostowałam się.
- To jak? – zapytałam z nadzieją.
- Zobaczymy. – odrzekł Reiji.
Dalsza część posiłku minęła znowu w milczeniu. Wreszcie Reiji oznajmił, że możemy się już rozejść. Wszyscy, więc zaczęli podnosić się ze swoich miejsc. Już miałam wyjść z jadalni, gdy coś mi się przypomniało.
- Subaru. – zawołałam białowłosego. – Możemy porozmawiać?
Ayato rzucił mi podejrzliwe spojrzenie, spod zmrużonych powiek, jednak zignorowałam go. Subaru natomiast przechodząc obok mnie, wymówił tylko jedno słowo:
- Ogród. – po czym wyszedł.
Czym prędzej uczyniłam to samo, aby uniknąć przesłuchiwania przez Ayato, chociaż dobrze wiedziałam, że gdyby chciał, to prędzej czy później dogoniłby mnie. Czasami wciąż miewałam takie bezsensowne odruchy, pomimo tego, że mieszkałam w tym domu już kilka miesięcy.
Gdy tylko przekroczyłam próg rezydencji przeszył mnie lodowaty powiew wiatru. Zatrzęsłam się i objęłam ramionami, żałując, że nawet nie zarzuciłam swetra, wychodząc z domu. „Cóż, teraz sobie po prostu trochę pomarznę w tej swojej sukieneczce na ramiączkach.”, pomyślałam.
Rozejrzałam się po ogrodzie. Burza ustąpiła już jakiś czas temu. Księżyc wychylił się zza chmur, wiatr uspokoił, a deszcz przestał lać. Gdzieniegdzie walały się teraz gałęzie, a ścieżki tu i ówdzie poznaczone były kałużami.
Ruszyłam żwirową alejką, po obu stronach, której rosły krzaki róż. Pantofelki na moich stopach zdążyły już przemoknąć, sprawiając, że było mi jeszcze bardziej zimno. Westchnęłam tylko i przystanęłam. Znalazłam się już, bowiem w miejscu, gdzie dotychczasowa czerwień róż przechodziła w biel. Zadarłam głowę do góry, przyglądając się księżycowi, a nagły powiew wiatru poruszył moimi włosami, skutecznie odgarniając mi je z twarzy. Uśmiechnęłam się do siebie, przymykając oczy.
- Dziękuję, że przyszedłeś. – powiedziałam po prostu, a gdy otworzyłam oczy on rzeczywiście tam stał, na alejce, naprzeciwko mnie. Stał tam, chociaż nie dało się wcześniej słyszeć jego kroków na żwirze. Ktoś inny mógłby się przestraszyć, ale ja byłam już do tego przyzwyczajona. Uśmiechnęłam się, więc po prostu do białowłosego wampira.
- O czym chciałaś porozmawiać? – zapytał, obserwując mnie swoimi krwistoczerwonymi oczami. Rękawy jego czarnej kurtki były podwinięte. Oczywiście wieczorny chłód nie robił na nim najmniejszego wrażenia.
- Widzisz… wiem, że już dużo mi pomagałeś... dałeś mi nawet swój sztylet…
- Przejdź do rzeczy.
- No, więc… - potarłam dłońmi o siebie, aby je trochę rozgrzać. – Czy istnieje może szansa, że nauczyłbyś mnie samoobrony?
- Czyżbyś wreszcie zaczęła się nas bać? – Subaru skrzyżował ramiona na klatce piersiowej, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Czy gdybym zaczęła się was bać, to zwróciłabym się do jednego z was o pomoc?
- Patrząc na to, że ten jeden z nas już ci kiedyś pomógł…
- Dobra, mniejsza o to… nie, nie boję się was. A więc? Nauczysz mnie? – zapytałam z nadzieją. W sumie mogłam z tą prośbą zwrócić się również do Ayato, ale… Ayato odpadał. Czemu? Właściwie sama nie wiem, czemu. W „akcji” widziałam tylko jego i Subaru, ale wolałam w tej sprawie zwrócić się właśnie do Subaru.
Wyżej wymieniony natomiast w tej chwili wpatrywał się we mnie tak jakby chciał przewiercić mnie wzrokiem na wylot. W końcu skinął lekko głową.
- Zgoda.
- Dzięki. – powiedziałam, po czym podeszłam do chłopaka i przytuliłam go. – Dziękuję ci.
Wampir nie protestował. Poklepał mnie niezdarnie po plecach i mruknął niewyraźnie coś w stylu „nie ma za co”.

                                                                          ***

 Przez całą drogę powrotną z ogrodu do mojego pokoju marudziłam, że na pewno będę chora. Niestety od dziecka miałam słabą odporność i dość często chorowałam.
Kiedy byłam już wykąpana, przebrana w pidżamę i ogólnie gotowa do snu, było już nieźle po północy. Całe szczęście następnego dnia było wolne, więc mogłam spokojnie sobie pospać. Zgasiłam światło i wykończona padłam na łóżko. Zakopałam się w pościeli, zamykając oczy. Jednak, kiedy już przysypiałam, poczułam, że materac za moimi plecami ugina się pod ciężarem drugiego ciała. Już miałam się odezwać, ale przeszkodził mi w tym mój „gość”.
- Nic nie mów. – tuż przy moim uchu rozległ się znajomy głos, gdy jego ramiona oplatały mnie i przyciągały do siebie.
Potulnie skinęłam głową, zamknęłam oczy i zasnęłam.
                      
                                                                             ***

 Następnego dnia obudziły mnie promienie słoneczne, które bezczelnie świeciły mi wprost na powieki. Jęknęłam. No tak, zapomniałam wczoraj zaciągnąć zasłony. Przeciągnęłam się leniwie, a dopiero po kilku sekundach zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Otworzyłam oczy. Moja głowa nie spoczywała na poduszce, lecz na… torsie Ayato. Po chwili zastanowienie przypomniałam sobie, że ten przecież odwiedził mnie w nocy. Uśmiechnęłam się, podnosząc głowę. Na jego twarzy malował się błogi spokój. Czerwonawe kosmyki włosów, będące w wiecznym nieładzie opadały mu teraz na czoło, zamknięte powieki, a co dłuższe nawet na policzki. Z lekko rozchylonych ust nie dobywał się żaden dźwięk, a jak zwykle blada skóra wyglądała wręcz na wykonaną z porcelany.
Przekonana, że wampir śpi w najlepsze, starałam się jak najciszej zsunąć z łóżka. Jednak albo ja jestem tak niezdarna, albo Ayato tylko udawał, że śpi. Bowiem w chwili, kiedy już miałam stawiać stopę na miękkim dywanie, chłopak złapał mnie za nadgarstek.
- Gdzie idziesz? Połóż się. – rozległ się jego głos, a gdy podniosłam głowę ujrzałam dwoje jadowicie zielonych oczu, obserwujących mnie uważnie.
- Ale… - nie zdążyłam dokończyć, gdyż pociągnął mnie z powrotem na moje miejsce. Uśmiechnęłam się mimowolnie. On w tym czasie obrócił się do mnie przodem i bez słowa nachylił nad moją szyją.
- Od samego rana? Serio? – jęknęłam.
- Nie marudź.
Ale w tym momencie mój brzuch postanowił mnie wesprzeć i zaburczał głośno. Chłopak zazgrzytał zębami, wciąż nade mną nachylony.
- Zawsze coś musi przeszkodzić. Zawsze. – mamrotał niezadowolony, na co ja zareagowałam śmiechem.
Ayato spojrzał mi w oczy, po czym niechętnie odsunął się ode mnie i usiadł na skraju łóżka. Postanowiłam wykorzystać okazję, a nie czekać aż zmieni zdanie i stwierdzi, że to jednak on pierwszy się posili. Zeskoczyłam z łóżka, a gdy grzebałam w szafie, Ayato wciąż siedział w tym samym miejscu.
- Co robiłaś wczoraj z Subaru? – zapytał nagle.
- Rozmawialiśmy. – odpowiedziałam krótko.
- O czym?
- Niczym specjalnym… - dla podkreślenia swoich słów machnęłam lekceważąco ręką.
- Przytuliłaś się do niego. – powiedział niemalże z wyrzutem. Kładł nacisk na każdy wyraz, a jego ton był wręcz oskarżycielski.
- No i co w tym takiego? – kiedy zamknęłam szafę i odwróciłam się z ubraniami w rękach, ten stał już przede mną.
- Należysz do mnie. Tylko i wyłącznie do mnie. – oznajmił, a raczej przypomniał to w taki sposób, że aż ciarki przeszły mi po plecach.
- Czyżby ktoś tu był zazdrosny? – uniosłam pytająco jedną brew
Ayato prychnął w odpowiedzi, unosząc podbródek. Przypominał mi kota z urażoną dumą.
- Stajesz się za bardzo zarozumiała, Naleśniku.
- A ty za bardzo zaborczy. – odcięłam się.
Chłopak zmrużył oczy, więc żeby nieco go rozchmurzyć, kiedy go mijałam, stanęłam na palcach i cmoknęłam go w policzek.
- Nie gniewaj się. – rzuciłam jeszcze, wychodząc z pokoju.
W łazience nalałam gorącej wody do wanny, zrzuciłam ubrania i stanęłam przed ogromnym lustrem w złotej ramie. Obejrzałam uważnie swoją skórę. Była gładka, bez żadnych ran, blizn, czy świeżych śladów po kłach. Zadowolona, wsunęłam się do wanny, by już w spokoju móc cieszyć się chwilą prywatności i spokoju.
Niestety owej prywatności, jak i spokoju nie można w tym domu doświadczyć nawet w łazience. Gdy byłam już, na szczęście, wykąpana, ubrana i zajmowałam się czesaniem włosów, usłyszałam pluśnięcie dobiegające z wanny.
Odwróciłam się ze szczotką trzymaną oburącz, w gotowości niczym broń. Moim oczom ukazał się… blondwłosy wampir, leżący w wannie, w ubraniach i oczywiście ze słuchawkami w uszach.
- Shu! – odłożyłam szczotkę. – Czy naprawdę nie mógłbyś zaczekać aż skończę?
- A jeszcze nie skończyłaś? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
- No… w sumie… ehh, ale mógłbyś poczekać aż wyjdę z łazienki.
Chłopak tylko wzruszył ramionami. Zrezygnowana wyszłam z pomieszczenia i skierowałam swe kroki do kuchni. Właśnie zastanawiałam się co zjeść, kiedy zdałam sobie sprawę, że ktoś za mną stoi. Odwróciłam się błyskawicznie, z nożem w ręce.
- Ej, naleśniku, spokojnie.
- Czy wy zawsze musicie się skradać? – westchnęłam, opierając się o lodówkę.
- Nie skradamy się, to ty jesteś przewrażliwiona.
Przewróciłam oczami i odwróciłam się, przeglądając zawartość lodówki. Ayato natomiast usadowił się na krześle i bujał na nim, podczas gdy ja krzątałam się po kuchni. Wampir cały czas nie spuszczał ze mnie wzroku, gdy przygotowywałam ciasto na naleśniki.
- Wiesz… - zaczął konspiracyjnym szeptem.  – Ja też mam ochotę na pewnego Naleśnika.
- Zboczony wampir… - mruknęłam odstawiając pustą misę na kuchenny blat.
Nim zorientowałam się, co się dzieje, zostałam przyparta do ściany. Jadowicie zielone oczy połyskiwały, a blade wargi rozciągały się w drapieżnym uśmiechu.
- Nie myl mnie z moim bratem, Naleśniku. – usłyszałam jeszcze zanim ostre kły wbiły się w moją szyję. Zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby. Nie było sensu protestować. Mieszkając tyle czasu pod jednym dachem z wampirami nauczyłam się, że wyrywanie się nie ma sensu. Wywołuje to tylko więcej bólu.
 Po krótkiej chwili Ayato odsunął się, ale zamiast zadowolenia na jego twarzy gościło zdziwienie. W zamyśleniu starł z ust resztkę mojej krwi.
- Co jest? Czyżby przestała ci smakować? – rzuciłam sarkastycznie, przyciskając dłoń do szyi.
- Inaczej smakuje… – wampir opuścił rękę, mrużąc brwi.
- Jeśli oznacza to, że przestaniecie żłopać ją hektolitrami, to nie mam nic przeciwko.
Na szczęście chłopak postanowił wspaniałomyślnie pozwolić mi w spokoju dokończyć smażenie naleśników, więc po kolejnych kilkunastu minutach byłam w pełni gotowa na kolejne mini-zawody w rzutkach organizowane praktycznie co tydzień. Stały się one już ich… a może raczej naszą  tradycją.
 
W pogrążonym w półmroku salonie zebrała się już cała rodzina w komplecie. Pospiesznie zajęłam więc miejsce na kanapie, stawiając talerz ze stosem naleśników na stoliku.
- Częstujcie się. – swoje słowa skierowałam głównie do siedzącego obok mnie Kanato. Specjalnie ze względu na niego, nie żałowałam śmietany, sosu czekoladowego, kolorowej posypki i truskawek.
- Hej, Teddy, patrz co mamy… - chłopak uśmiechnął się do swego misia, więc zadowolona wzięłam jednego naleśnika i usiadłam po turecku. Niemal natychmiast zostałam spiorunowana spojrzeniem przez Okularnika. Zwalczyłam ogromną chęć, pokazania mu w dziecinnym geście języka. Ignorując go, przeniosłam wzrok na Shu i Ayato, którzy już ustawili się w pewnej odległości przed tarczą.
- Okay! – Raito klasnął w dłonie. – Ostatnim razem wygrał Shu, więc dziś zaczyna Ayato. Stawka jest taka sama jak zwykle.  – tu spojrzał na mnie znacząco. W odpowiedzi prychnęłam jedynie, unosząc ponownie do ust słodki przysmak.
 Chłopcy rozpoczęli grę, Raito  stanął za mną, Kanato pochłonięty był… no cóż, pochłanianiem swojej porcji, Subaru spokojnie opierał się o regał z książkami, a Reiji zwyczajowo obserwował nas znudzonym wzrokiem, jednocześnie wertując jakąś pokaźnych rozmiarów księgę.
 Odchrząknęłam, marszcząc brwi. Każdy kolejny kęs bowiem co raz gorzej przechodził mi przez bolące gardło. Przełknąwszy z trudem ostatni kawałek, odchyliłam się na oparcie, pocierając ramiona. Nagle zrobiło mi się jakoś zimno.
- Co jest maleńka, rozgrzać cię? – wymruczał Raito, pochylając się nad kanapą i obejmując mnie od tyłu. Potrząsnęłam szybko głową, przykładając dłoń do ust, po czym zaniosłam się głośnym kaszlem. Wszystkie  głowy jak na komendę odwróciły się w moją stronę. Nawet Reiji uniósł wzrok znad swojej lektury, zapewne po to by skrytykować mnie za niewłaściwą pozycję podczas kaszlenia.
Za moimi plecami usłyszałam natomiast głuchy trzask, a ręce Raito nagle zniknęły.
- Co jej zrobiłeś?! – warknięcie to na pewno należało do białowłosego wampira.
Zaczerpnęłam głęboko powietrza i ponownie potrząsnęłam głową.
- Nic… nic mi nie zrobił. – wycharczałam. – To tylko kaszel. Źle się czuję, pójdę się położyć.
Nie czekając na reakcję któregoś z braci opuściłam pomieszczenie.