niedziela, 15 października 2017

Diabolik Lovers: Rozdział 55

Moi drodzy czytelnicy. Mam wrażenie, że część z was wciąż czegoś nie rozumie. A mianowicie tego, że ta historia dobiega końca. Definitywnie i nieodwołalnie. Wiem, że możecie być do niej przywiązani (wierzcie mi lub nie, ale ja też jestem) i naprawdę cieszy mnie to, że tak wam się ona spodobała! Jednak decyzję podjęłam już jakiś czas temu i mam zamiar się jej trzymać. Każda, nawet najlepsza (nie uważam, aby moje DiaLovers nią było) historia musi kiedyś się skończyć. Przewiduję jeszcze jakieś 2-3 rozdziały - w zależności od tego, jak rozpiszę się przy końcowym wątku. Mam nadzieję, że zakończenie mimo wszystko przypadnie wam do gustu. A tymczasem zapraszam was do czytania 55 rozdziału! Dajcie znać, co o nim sądzicie ^^ I jeśli chcecie - odwiedźcie mnie na Twitterze lub innej stronie/komunikatorze. Będzie mi miło~.

~*~

Przyjaźń


                Kiedy Ayato był już na bieżąco ze wszystkim, co ominęło go, gdy spał sobie smacznie po przyjęciu przeznaczonego dla mnie pocisku, poinformowałam resztę o jego przebudzeniu. Momentalnie w pokoju zaroiło się od wampirów gotowych sprać na powitanie swojego brata. Jako pierwszy dorwał się do niego Reiji, który wygłosił mu długie kazanie zakończone stwierdzeniem, że jeśli jeszcze raz wpakuje się w coś takiego, to już mu nie pomoże. Następnie pozostali bracia zaczęli się wzajemnie przekrzykiwać, w skutek czego pomieszczenie wypełniła istna kakofonia. Z obu stron dało się słyszeć obelgi, groźby, warknięcia i tym podobne dźwięki. Nie chcąc się wtrącać w tę rodzinną dyskusję, szybko ulotniłam się na korytarz.
            Prawdziwie kochająca się rodzinka, przeszło mi przez myśl, gdy oparłam się  plecami o ścianę korytarza, jak najdalej od dźwięków braci Sakamaki. Choć brzmiało to, jakby mieli się tam co najmniej pozabijać, to tak naprawdę musiało to oznaczać, że jednak gdzieś głęboko w tych swoich lodowatych sercach troszczyli się o siebie. W bardzo pokrętny sposób, ale jednak. W innym przypadku, nie robiliby raczej takiego zamieszania, prawda?
            - Jak się czujesz?
            Drgnęłam, słysząc głos Subaru tuż obok siebie. Naprawdę nienawidziłam, kiedy pojawiali się tak znikąd.
            Kiedyś wszystkim im przywiążę dzwoneczki.
            - Czemy pytasz o to mnie? – zapytałam, odwracając się w stronę wampira. – Nie powinieneś być z resztą i raczej troszczyć się o swojego brata, który dopiero co wrócił do żywych?
            Brwi Subaru drgnęły, jakby nie mógł się zdecydować, czy powinien je unieść czy też zmarszczyć. W końcu z westchnięciem przeczesał włosy palcami.
            - Dopiero co wrócił do żywych, a już chciał wszcząć bójkę z Laito i prawie wyrzucił pluszaka Kanato przez okno. Nie mam ochoty się z nim użerać i nie wiem, jak ty w ogóle z nim wytrzymujesz.
            - Ja? – Zdziwiłam się. – Przecież to ty mieszkasz z nim od urodzenia pod jednym dachem.
            - No właśnie – westchnął ponownie.
            - Cóż, ze mną wszystko w porządku… Powiedzmy.
            - Co jest? – zapytał ciszej i zaskakująco łagodnie.
            Tym razem to ja westchnęłam, splatając dłonie za plecami i unosząc wzrok ku sufitowi.
            - Wiesz, teoretycznie antidotum zadziałało. Ale boję się, bo wiem, że to tylko tymczasowe. Prędzej czy później znowu mogę stracić kontrolę na rzecz Cordelii. Musiałabym ją zniszczyć, póki to jeszcze ja mam przewagę, ale… Nie wiem jak.
            - A twoje wspomnienia?
            Pokręciłam głową.
            - Wciąż w rozsypce.
            - I nie ma nikogo ani niczego, co by ci pomogło?
            Ponownie zaprzeczyłam. Odruchowo sięgnęłam dłonią do swojego naszyjnika, lecz zatrzymałam ją w połowie drogi. Zamiast tego skierowałam ją na swój kark i po raz pierwszy od dawna odpięłam srebrny łańcuszek. Przyjrzałam się wiszącemu na nim krzyżykowi. Srebrny, długi na kilka centymetrów i wysadzany maleńkimi kryształkami. Był pierwszym prezentem, jaki otrzymałam od mężczyzny, którego przez tak wiele lat nazywałam swoim ojcem. Nie stanowił jedynie symbolu wiary, jaką wyznawałam. Był też dla mnie czymś w rodzaju amuletu. Zawsze w trudnych dla mnie chwilach, kiedy szukałam pocieszenia, sięgałam po niego. Jego znajomy kształt, dotyk i ciężar działał na mnie kojąco.
            W tej chwili również zacisnęłam na nim palce, lecz jedynie po to, aby wepchnąć go głęboko do kieszeni bluzy. Kiedy podniosłam wzrok na obserwującego mnie przez cały ten czas wampira, coś zaświtało mi w głowie.
            - W zasadzie… Chyba znalazłby się ktoś, kto mógłby mi pomóc.
            Internet okazał się bardzo pomocny. Po ponownym wyszukaniu w nim hasła o Upadłych Anielicach znalazłam stronę niemal w całości poświęconą zespołowi, do którego kiedyś podobno należałam. Ku mojemu zaskoczeniu, ale również uldze znajdowały się na niej szczegółowe profile wszystkich członkiń. Zawahałam się, lecz stuknęłam palcem w swoje własne imię. Na ekranie mojego telefonu wyskoczyło zdjęcie zrobione, kiedy miałam może jakieś piętnaście lat. Moja młodsza wersja miała czarne, lekko poskręcane włosy upięte w wysoki kucyk, czarną sukienkę na ramiączkach, naszyjnik ze srebrnym krzyżykiem zawieszony na szyi oraz kobaltowe, roześmiane oczy, patrzące wprost w obiektyw. Przesunęłam palcem po ekranie, aby odsłonić tabelkę z informacjami na mój temat. Choć teoretycznie wszystkie dotyczyły mnie, miałam wrażenie, jakbym czytała o kimś obcym.

Imię i nazwisko: Natsuki Komori
Data urodzenia: 11 czerwca 1996
Wzrost: 156 cm
Waga: 44 kg
Grupa krwi: 0
Instrument: Gitara (najczęściej akustyczna)
Pozycja: Główna wokalistka

            Poniżej znajdowały się dane kontaktowe (nieaktualne), opis mojego wyglądu, charakteru, a nawet głosu (ktoś uznał go za „charyzmatyczny”). Ale nie tego szukałam. Przeczytawszy więc to wszystko wróciłam do spisu członkiń i na chybił trafił wybrałam kolejny profil z listy. Dołączone do niego zdjęcie przedstawiało zapewne moją rówieśniczkę. Miała ona ciemnobrązowe, idealnie proste włosy, oczy w kolorze czekolady i niemal karmelową cerę.

Imię i nazwisko: Emiko Ishikawa
Data urodzenia: 1 grudnia 1996
Wzrost: 165 cm
Waga: 49 kg
Grupa krwi: B
Instrument: Keyboard
Pozycja: Liderka, dodatkowa wokalistka

            Ku mojej wielkiej uldze, jej dane kontaktowe pozostały aktualne. Skopiowałam wskazany adres e-mailowy i zabrałam się za pisanie wiadomości. Zanim ostatecznie nacisnęłam pole „wyślij” kilkukrotnie zmieniłam treść maila, co chwilę kasując to, co dopiero napisałam. Miałam problem z ubraniem w słowa tego, co chciałam jej przekazać. W końcu zaczęłam od przeprosin za to, że tak długo nie dawałam znaku życia. Potem wspomniałam coś o „wypadku, który doprowadził do mojej amnezji” i zakończyłam prośbą o spotkanie. Nie wiedziałam, czy w ogóle mogłam oczekiwać odpowiedzi. Przecież cokolwiek łączyło nas w przeszłości – czy to stosunki wyłącznie „zawodowe” czy może przyjaźń – nie zmieniało to faktu, że od paru ładnych miesięcy w ogóle się z nią nie kontaktowałam. Ba! Ja nawet nie pamiętałam o jej istnieniu. Nie winiłabym więc tej dziewczyny, gdyby zwyczajnie zignorowała mojego maila.
            Jakie więc było moje zdziwienie, gdy zaledwie parę minut później otrzymałam odpowiedź. Ishikawa wydawała się być bardzo przejęta opisaną przeze mnie sytuacją. Napisała również, że koniecznie musimy spotkać się całą trójką – miałam jej tylko podać odpowiadający mi adres oraz termin. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i szybko wystukałam odpowiedź.

***

            I znowu wylądowałam w Cynamonie. Wyglądało na to, że to właśnie w tym miejscu miałam poznawać swoją historię z ust różnych osób. Najpierw odbyłam tam rozmowę z Rukim, a teraz umówiłam się tam z członkiniami Upadłych Anielic.
            Na miejsce przybyłam jakieś pół godziny wcześniej, od razu zamówiłam latte macchiato w rozmiarze XXL i popijałam je nerwowo, czekając na dziewczyny. Specjalnie zajęłam miejsce przy stoliku, z którego miałam dobry widok na drzwi wejściowe i od tamtej pory nie spuszczałam z nich wzroku.
            Początkowo bracia Sakamaki chcieli wysłać kogoś ze mną na to spotkanie, ale uparłam się, że muszę się na nie wybrać sama. Ci więc  z kolei uparli się, że w obie strony mam jechać limuzyną. No cóż, na taki kompromis mogłam dla świętego spokoju przystać.
            Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że z nerwów darłam serwetkę na drobne kawałeczki, póki na stoliku nie leżała już całkiem spora ich sterta. Westchnęłam, zgarnęłam je na dłoń i wstałam, aby wyrzucić do śmietnika. Gdy ponownie odwróciłam się w kierunku swojego stolika, drzwi kawiarni otworzyły się przy akompaniamencie charakterystycznego „dzyń”. Zastygłam w bezruchu, choć przecież mógł to być każdy. Ale nie był.
            Do środka weszły bowiem dwie dziewczyny, na których widok mój żołądek zawiązał się w ciasny supeł. One tymczasem rozejrzały się po pomieszczeniu, a gdy ich wzrok padł na mnie, wyszeptały coś do siebie, po czym ruszyły w moją stronę. Poczułam suchość w ustach. Przyglądałam się im, jednocześnie zaciskając dłonie na oparciu krzesła. Starałam się znaleźć odpowiednie słowa, którymi mogłabym je przywitać, ale nie miałam pomysłu. Cała przemowa, którą wcześniej przygotowałam w myślach, nagle gdzieś mi umknęła. Przełknęłam nerwowo ślinę i już otwierałam usta, gdy nagle jedna z dziewczyn rzuciła się w moją stronę.
            - Natsuuu! – zawołała, niemal zgniatając mnie w swoim uścisku.
            - Chiyo, opanuj się – skarciła ją druga dziewczyna. – Możesz wprawić ją w zakłopotanie.
            Chiyo popatrzyła na mnie w taki sposób, jakby miała się zaraz rozpłakać, ale posłusznie się odsunęła. Dzięki temu wreszcie mogłam uważnie przyjrzeć się im obu. Emiko miała równie ciemne i idealnie proste włosy, co na zdjęciu, które widziałam w Internecie. Z tym, że były nieco krótsze – sięgały jej mniej więcej do ramion. Czekoladowe oczy obwiedzione miała czarną kreską, a usta pociągnięte brązową szminką. Z jej uszu zwisały duże, złote koła, kołyszące się przy każdym jej ruchu. Całość jej ubioru – długi płaszcz, spodnie i botki na obcasie – była czarna, ze złotymi dodatkami.
            Chiyo natomiast prezentowała nieco inny styl. Długie platynowe włosy poprzetykane miała niebieskimi, fioletowymi oraz różowymi pasmami i związane w dwa warkocze. Jej szare oczy przysłaniały okulary w grubych, czarnych oprawkach, a w obu uszach błyszczało po kilka różnych kolczyków. Jej ubiór składał się z kurtki bomberki połyskującej srebrem i różem, podartych dżinsów oraz sportowych butów.
            Cisza, jaka zapadła stała się w końcu niezręczna, więc przywołałam na twarz uśmiech i wskazałam stolik.
            - Może usiądziemy?
            Emiko skinęła głową, z lekkim uśmiechem formującym się na jej ustach.
            - Dobry pomysł.
            - Dziękuję, że przyszłyście – powiedziałam, gdy już cała nasza trójka zajęła miejsca i zamówiła sobie coś do picia. – To naprawdę wiele dla mnie znaczy. I może to zabrzmi idiotycznie, ale… przepraszam, że o was zapomniałam.
            - Hej, Emiko powiedziała mi o twoim wypadku – odezwała się Chiyo, dotykając mojej dłoni. – To nie twoja wina.
            - No właśnie – przytaknęła jej ciemnowłosa. – Jesteśmy tu, żeby ci pomóc. Ale może opowiesz nam najpierw, co się z tobą działo?
            Przełknęłam ślinę, splatając ze sobą palce obu dłoni. Miałam już przygotowaną historię, którą miałam im przedstawić. Nie chciałam ich za bardzo okłamywać, ale nie mogłam również powiedzieć im całej prawdy. Pewnie nawet by mi nie uwierzyły.
            - Wiecie, że musiałam się przeprowadzić ze względu na pracę… ojca?
            - Tak, miałaś zamieszkać z jakimiś krewnymi czy też znajomymi swojej rodziny, prawda? – upewniła się Emiko.
            - Zgadza się. Zamieszkałam.
            Przedstawiłam im historię o tym, jak to zamieszkałam u zaprzyjaźnionej rodziny, a po niedługim czasie wydarzył się „pewien nieszczęśliwy wypadek”, który doprowadził do mojej amnezji. Było to lekkie rozwinięcie tego, co zdążyłam już napisać w mailu do Emiko. Gdy skończyłam mówić, obie dziewczyny spojrzały na mnie ze współczuciem.
            - Biedactwo! – oznajmiła Chiyo. – To musi być dla ciebie straszne. Jak możemy ci pomóc?
            Zmusiłam swoje usta do uśmiechu.
            - Po prostu opowiedzcie mi o mnie tyle, ile możecie.

            Tak też zrobiły. Opowiedziały mi o naszej przyjaźni i historii Upadłych Anielic. A mianowicie – zespół został założony, gdy pewna nauczycielka z naszej poprzedniej szkoły wpadła na genialny pomysł zorganizowania festiwalu. Potrzebowała jednak kogoś, kto by na nim występował. W jakiś sposób dowiedziała się, że ja, Chiyo oraz Emiko mamy większy lub mniejszy związek z muzyką. Wraz z kilkoma innymi uczennicami zaprosiła nas do siebie i przedstawiła swoją propozycję nie do odrzucenia. W rzeczywistości, praktycznie zostałyśmy zmuszone do tego, żeby razem występować. Później okazało się jednak, iż wcale nie był to zły pomysł. Do  czasu festiwalu nasza trójka zdążyła się zaprzyjaźnić, a po nim – wyszłyśmy z własną inicjatywą. Wkrótce zespół założony zupełnym przypadkiem zaczął się rozwijać i stał się naszym wspólnym hobby.
            W miarę, jak dziewczyny mówiły, część z moich wspomnień zaczęła się układać i wskakiwać na odpowiednie miejsca w moim umyśle. Niektóre niejasne wątki z mojej przeszłości zaczęły nabierać sensu. Przypominało to jednakże sklejanie potłuczonej porcelany plastrami. Ku mojemu rozczarowaniu, dziewczyny nie były w stanie odpowiedzieć mi na wiele ważnych pytań, ponieważ nie były zbyt dobrze zaznajomione z moją historią sprzed czasów Upadłych Anielic.
            - Przykro mi, że nie możemy powiedzieć ci więcej – zakończyła Emiko, robiąc skruszoną minę. – Pomogłyśmy ci chociaż trochę?
            Uśmiechnęłam się, patrząc jednej i drugiej w oczy.
            - Tak, naprawdę wam dziękuję. Trochę rozjaśniło mi się w głowie, ale wygląda na to, że reszty muszę dowiedzieć się jakoś sama.
            - Daj znać, gdybyśmy mogły jeszcze coś zrobić. – Chiyo mrugnęła do mnie, łapiąc mnie za dłoń i ściskając ją lekko. – Możesz na nas liczyć nawet, jeśli nie do końca nas pamiętasz.
            Emiko przytaknęła ruchem głowy, przez co jej kolczyki ponownie się rozkołysały. Coś ścisnęło mnie w gardle.
            - Dziękuję – powtórzyłam nieco zduszonym głosem. – To wiele dla mnie znaczy.
            - Jeśli będziesz nas potrzebowała… Nie. – Ciemnowłosa delikatnie ujęła moją drugą dłoń. – Dzwoń w każdej chwili. Koniecznie musimy odnowić naszą przyjaźń.
            Przyjaciółki to coś, czego brakowało mi odkąd zamieszkałam z braćmi Sakamaki. Ochoczo więc się z nią zgodziłam.
            Niedługo później musiałyśmy się rozstać. Odprowadziłam dziewczyny do taksówki, którą zamówiły, pożegnałam się z nimi i obiecałam odnowienie utraconego kontaktu. Spotkanie to sprawiło, że zrobiło mi się jakoś lżej na duszy. Może i w mojej pamięci wciąż ziała ogromna dziura, lecz i tak było lepiej niż wcześniej. Musiałam już tylko odkryć to, czego mi brakowało. A miałam wrażenie, że było to coś na tyle ważnego, że dzięki temu wszystko inne również wróciłoby na swoje miejsce.
            Z nowymi pokładami energii i gotowości do działania, rozejrzałam się w poszukiwaniu limuzyny braci Sakamaki. Dostrzegłam ją zaparkowaną po drugiej stronie ulicy. Uniosłam dłoń, by dać znać kierowcy i wykonałam krok w tamtą stronę, kiedy ktoś złapał mnie za łokieć.
            - Zaczekaj.
            Odwróciłam się z zaskoczeniem, które wzrosło jeszcze bardziej, gdy rozpoznałam stojącą przede mną osobę.
            - Ruki?
            - Musimy porozmawiać.

środa, 4 października 2017

Diabolik Lovers: Rozdział 54

Tak myślę, że do końca Diabolik Lovers zostały jeszcze jakieś...3 rozdziały (łącznie z epilogiem)? Jeszcze się okaże w trakcie pisania. Chciałabym je skończyć jak najszybciej, ponieważ właśnie zaczął mi się rok akademicki, co oznacza, że z moim czasem wolnym będzie krucho. Zobaczymy, jak to będzie.
W każdym razie, zapraszam do czytania i komentowania, a także do odwiedzania mnie na moich profilach! 
~*~

[Rozdział dedykowany Red Queen za udział w konkursie ♥]

Nie ma na niebie limitu
Którego bym dla ciebie nie przekroczył
Nie ma takiej ilości łez w moich oczach
Której bym dla ciebie nie wylał
~Jungkook - 2U (cover)

Powrót do żywych


            Nie rozpoznałam  sufitu, jaki zobaczyłam po otworzeniu oczu. Z konsternacją rozejrzałam się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałam, ale nie dało mi to żadnej przydatnej wskazówki. Nie przypominałam sobie, żebym kiedykolwiek w nim była. W dodatku miałam dziwne wrażenie, że ktoś mnie obserwował. Powiodłam wzrokiem wokół pokoju aż napotkałam nim mężczyznę, siedzącego pod przeciwległą ścianą. Na jego widok poderwałam się gwałtownie do pozycji siedzącej, a ruch ten sprawił, że z mojego czoła wprost na uda spadło coś wilgotnego i chłodnego.
            - Witaj, moja droga.
            Podniosłam wzrok z zimnego okładu spoczywającego teraz na moich nogach na siedzącego nieopodal mężczyznę. Miał długie blond włosy i złote oczy ukryte za szkłami okularów, a na beżowy garnitur narzucił biały kitel. Z pewnością był przystojny, ale za nic nie potrafiłam ocenić jego wieku.
            - Gdzie ja jestem? – zapytałam po kilku sekundach ciszy.
            Kąciki bladych ust uniosły się w lekkim uśmiechu.
            - W gabinecie szkolnego lekarza, którym jestem właśnie ja – wyjaśnił, podnosząc się ze swojego miejsca. Obserwowałam go uważnie, jednocześnie próbując sobie przypomnieć, co się stało. – Nazywam się Reinhart.
            Skinęłam tylko głową, nie czując się w obowiązku, by również się przedstawić. Wątpiłam, żeby szkolnego lekarza interesowała taka informacja.
            - Co tak właściwie się stało? – zapytałam zamiast tego. – Czemu tu jestem?
            - Wygląda na to, że zemdlałaś i twój kolega cię tutaj przyniósł.
            Kolega?
           
Spróbowałam skupić myśli i wreszcie sobie przypomniałam. Wpadnięcie na Yumę. Wędrówka na dach. Rozmowa z Rukim.
            Zdaje się, że Ruki chciał powiedzieć mi o czymś ważnym… Ale czy zdążył to zrobić?
           
Tego akurat nie potrafiłam sobie przypomnieć. Przynajmniej irytujący ból głowy ustał.
            - W takim razie dziękuję i przepraszam za kłopot – zwróciłam się do… Reinharta? Pana Reinharta? Nie wiedziałam, jak powinnam myśleć czy zwracać się do mężczyzny. Sprawiał tak dziwne wrażenie…
            - Ależ to żaden kłopot – zaprzeczył natychmiast. Obszedł biurko, przy którym siedział i oparł się biodrem o jego blat. – W końcu od tego tu jestem.
            Uśmiechnęłam się do blondyna.
            - Jeszcze raz dziękuję. Już lepiej się czuję, więc czy mogę iść? Chyba nie ominęło mnie zbyt wiele lekcji?
            - Tylko jedna. Nawet nie cała. Jeśli czujesz się na siłach, możesz już wracać. – Skrzyżował nogi w kostkach. Czułam się tak, jakby spojrzenie złotych oczu przewiercało mnie na wylot. – Jednak zalecałbym wzbogacenie twojej diety w witaminy i porządny odpoczynek. Zrobiłbym też coś z twoją anemią. Zdaje się, że trwa bardzo długo. Może wybierzesz się w najbliższym czasie na badania?
            Zamrugałam, zdziwiona jego wywodem. Lekarze czy też higienistki, z jakimi miałam do czynienia w poprzednich szkołach raczej dawali tylko uczniowi leki przeciwbólowe (o ile w ogóle uznali, że mogą to zrobić) i nie wnikali w historię jego chorób. Nie mówiąc już o szczegółowych zaleceniach.
            - Może… - bąknęłam.
            Pożegnałam się z mężczyzną i czym prędzej opuściłam jego gabinet.

            Odczekałam na korytarzu aż odezwał się dzwonek obwieszczający przerwę. Wtedy wsunęłam się do sali, starając się zignorować zaciekawione spojrzenia moich nielicznych kolegów z klasy. Niemal już udało mi się dotrzeć do mojej ławki, gdy jedna z osób poderwała się gwałtownie ze swojego miejsca.
            - Niech to… - mruknęłam, gdy Kanato stanął przede mną.
            - Gdzieś ty była? – wysyczał.
            Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Reszta osób wróciła do swoich zajęć, za co byłam im wdzięczna. Westchnęłam i popatrzyłam w pałające gniewem, fioletowe oczy.
            - Trochę zasłabłam.
            Uśmiechnęłam się lekko, próbując w ten sposób załagodzić sytuację. Wkurzony Kanato był bowiem niebezpiecznym, nieprzewidywalnym i zdecydowanie przerażającym Kanato.
            Chyba nie podziałało, gdyż w następnej chwili poczułam jego palce, boleśnie zaciskające się na moim ramieniu. Skrzywiłam się, kiedy jego paznokcie zaczęły wbijać się w skórę.
            - Hej, spokojnie, mówię prawdę.
            - Miałem nie spuszczać cię z oczu…
            Och, no pięknie. Dorobiłam się niańki.
            Fioletowe tęczówki zdawały się jarzyć, ale w jakiś sposób udało mi się wyswobodzić rękę.
            - Nic takiego się nie stało – zapewniłam, przemawiając łagodnie jak do dziecka. – Zasłabłam i wylądowałam u lekarza. Ale już wszystko w porządku.
            - Niech ci będzie – stwierdził wreszcie wampir i wzruszył ramionami, zanim wrócił na swoje miejsce. Odetchnęłam cicho z ulgą, opadając na krzesło.
            Pozostało mi jeszcze tylko wytrzymać do końca zajęć.

            Nie chciałam nikomu podpaść, więc po powrocie ze szkoły grzecznie zjadłam przygotowany dla mnie posiłek, skomplementowałam nowe okna w salonie i podreptałam do łóżka. Co dziwne, tym razem nawet dość szybko udało mi się zasnąć. Przespałam kilka godzin, lecz gdy rano się obudziłam – nie pamiętałam, o czym śniłam.
            Przez chwilę leżałam w bezruchu, wpatrując się w kobaltowy materiał baldachimu zawieszonego nad moją głową. W końcu zebrałam się w sobie, usiadłam i z determinacją spojrzałam w lustro zawieszone na przeciwległej ścianie pokoju. Wpatrywałam się we własne odbicie, czekając w napięciu na jakąkolwiek, najdrobniejszą zmianę. Ale nic się nie stało. Nie było żadnych jadowicie zielonych oczu. Żadnych ust w kolorze krwi.
            Przymknęłam oczy, wypuszczając powoli powietrze przez usta. Z jednej strony czułam ulgę, lecz z drugiej strach mnie nie opuszczał. Wiedziałam doskonale, że Cordelia tak łatwo by nie odpuściła; że z pewnością czekała na dobrą okazję do ponownego wkroczenia do akcji. Musiałam pozbyć się jej całkowicie, ale nie wiedziałam jak tego dokonać. Pragnęłam porozmawiać znowu z Beatrix. Jednak ta od czasu wyimaginowanej walki w moim umyśle ani razu się nie pojawiła.
            Po upewnieniu się jeszcze raz, że Cordelia nie czaiła się w lustrze ani w żadnym innym miejscu, ubrałam się i odświeżyłam. Dzielnie połknęłam przygotowany dla mnie koktajl z witamin, aby nie zaliczyć kolejnego zasłabnięcia i wyprowadzenia moich wampirzych nianiek z równowagi. W końcu wymknęłam się ze swojego pokoju i przemknęłam przez korytarze rezydencji, udając się do Ayato.
            Zgodnie z przewidywaniami Reijiego, gdy wróciliśmy ze szkoły, Ayato wciąż był nieprzytomny. Okularnik wciąż powtarzał, że niemożliwe jest przewidzenie, kiedy się obudzi, więc w końcu dałam za wygraną z pytaniami. Ale mimo to, chciałam posiedzieć u boku wampira, z cichą nadzieją, że może właśnie wtedy wreszcie się ocknie.
            W pokoju nie przywitał mnie jednak ani jeden dźwięk, ani ruch. Zielone oczy wciąż zasłonięte były bladymi powiekami, a spowite bandażem ciało leżało w takiej pozycji, w jakiej ostatni raz je widziałam. Zawiedziona opadłam na swoje zwyczajowe miejsce na krześle przy łóżku. Pochyliłam się w stronę wampira i ujęłam jego chłodną dłoń w swoje. Wbiłam w nią wzrok, opierając podbródek na przyciągniętych do piersi kolanach.
            - Długo zamierzasz tak tkwić? – zapytałam cicho, nie oczekując żadnej odpowiedzi. – Wiem, że jesteś strasznie uparty… I arogancki. Zapatrzony w siebie. Ze zdecydowanie przerośniętym ego. Leniwy. Chamski i… O czym to ja mówiłam? Ach, tak. Wiem, że jesteś uparty, ale ileż można? Wiesz, jak wszystkich zmartwiłeś? I wkurzyłeś. Tak, mnie też. I to chyba szczególnie. Po co to w ogóle zrobiłeś? Może by nie trafił. Może… - Zamrugałam, odganiając napływające do oczu łzy. – Naprawdę nie musiałeś tego robić. Pewnie dało jakoś inaczej się to rozwiązać. Moim zdaniem… Nie było warto. Może lepiej byłoby, gdybym to ja została postrzelona. Przynajmniej coś w ten sposób mogłoby zostać rozwiązane. A tak?
            Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku, a następni spadła na nasze dłonie. Moje wargi zadrżały, więc je przygryzłam. Nie chciałam po raz kolejny się rozklejać. Za dużo już łez wylałam.
            - Pomyśl może o innych, co? Obudź się już wreszcie, żebyśmy mogli nakopać ci do tego aroganckiego tyłka. Laito niby twierdził, że będę musiała ustawić się do tego w kolejce, ale znajdę sposób, żeby przepchnąć się na sam jej początek. Rozumiesz? Nie puszczę ci tego płazem. Nie ma mowy, nie wywiniesz się. Tym razem przegiąłeś.
            Pociągnęłam nosem i wierzchem dłoni otarłam mokre policzki.
            - Kiedy zamierzasz się obudzić? Co mam zrobić, żebyś do nas wrócił?
            - Zamknąć się i mnie pocałować.
            Zamarłam. Na początku myślałam, że po prostu się przesłyszałam. Ale gdy uniosłam wzrok, ujrzałam parę zielonych tęczówek przypatrujących mi się z uwagą.
            - O mój Boże! – zawołałam, zasłaniając usta dłonią.
            - Wystarczy „Wasza Wysokość”.
            Zignorowałam tę wypowiedź Ayato i rzuciłam się na niego, obejmując go ramionami. Wampir syknął w reakcji, dziwnie się przy tym spinając. Zrozumiałam, że sprawiłam mu ból, choć sam by się do tego nie przyznał. Odsunęłam się błyskawicznie.
            - Wybacz, ja… Po prostu tak bardzo się cieszę – wymamrotałam, trąc oczy, by pozbyć się pozostałości łez.
            - No, ja myślę – stwierdził,  z uśmiechem wkradającym się na usta. Podciągnął się na łokciach, poprawiając pozycję. – To zamierzasz okazać mi tę swoją radość czy nie?
            Zamrugałam, przesuwając wzrok na jego blade usta, które jeszcze bardziej wygięły się w uśmiechu. Przez to, że się obudził zalała mnie taka fala ulgi i szczęścia, że bez zastanowienia pocałowałam go prosto w ten pewny siebie uśmieszek. Jednak gdy się od niego odsunęłam, wrócił do mnie cały gniew i nieposkromiona żądza skopania czterech liter wampira. Dłoń, którą chwilę wcześniej położyłam na nagiej klatce piersiowej Ayato zacisnęłam w pięść.
            - Dlaczego to zrobiłeś, ty durniu?! – wykrzyczałam mu w twarz, dając upust swoim emocjom.
            Uśmiech na jego twarzy nieco przybladł.
            - Taa, nie ma za co – mruknął. – Spodziewałem się lepszych podziękowań.
            - Przestań! – Uderzyłam go pięścią w zdrowe ramię. – Przestań sobie z tego żartować. Przecież ty… Mogłeś zginąć!
            Ayato skrzywił się nieznacznie.
            - Może tak nie dramatyzujmy?
            - Dramatyzujmy?! Przecież to była jakaś chrzaniona kula na wampiry! – Odparowałam, patrząc na niego z niedowierzaniem. Jak mógł być w tej sytuacji tak spokojny? – Może gdybyś się przede mnie nie rzucił, mój oj… - Ugryzłam się w język. – Może wtedy on by spudłował? Może nie trafiłby w nic ważnego i jakoś by to było.
            - Jesteś niewdzięczna – stwierdził wampir, po czym przyciągnął mnie bliżej siebie i oplótł ramionami. Pozwoliłam mu na to bez oporu. Wtuliłam się w niego i z przymkniętymi powiekami zaciągnęłam się jego zapachem. – Poza tym, dzięki mnie Reiji miał szansę się wykazać. Powinien być mi za to wdzięczny.
            - Taak, zobaczysz tę wdzięczność, jak się reszta dowie, że już nie bawisz się w Śpiącą Królewnę.
            - Śpiącą Królewnę? – prychnął. – Mówiłem, że jestem…
            - Och, zamknij się na litość. Czy naprawdę musisz się ze mną sprzeczać zaraz po odzyskaniu świadomości? Zaraz jeszcze doprowadzisz do tego, że zatęsknię za tymi paroma dniami spokoju.
            - Wątpię.
            - Pewny siebie dupek.
            Wampir zaśmiał się cicho, nie przejmując się moimi słowami w najmniejszym stopniu.
            - Dziękuję – powiedziałam w końcu. – Dziękuję za ratunek. Choć uważam, że postąpiłeś bardzo głupio.
            - Nie uważam, żeby ta ostatnia część twojej wypowiedzi była konieczna.
            - Tęskniłam za tobą – wyznałam, opierając policzek o jego tors. – Jak się czujesz?
            - Świetnie.
            Przewróciłam oczami.
            - Jasne. Potrzebujesz czegoś? Na przykład…
            - Na przykład?
            Podniosłam głowę i spojrzałam w jego oczy.
            - Mojej krwi? – zapytałam niepewnie.
            To nie tak, że lubiłam być gryziona i okradana z krwi, która powinna krążyć w moich żyłach. Chciałam mu jedynie pomóc, a już kiedyś usłyszałam od niego, że ta czerwona ciecz „daje mu kopa”.
            - Skoro sama proponujesz – wyszczerzył zęby w uśmiechu, od razu ochoczo odgarniając moje włosy, by następnie zatopić swoje ostre kły w moim barku.
            Mimowolnie wydałam z siebie ciche stęknięcie, gdy przebił moją skórę. Nieważne, jak wiele razy już przez to przechodziłam, nie potrafiłam nie zareagować na towarzyszący temu ból.
            Gdy Ayato zaspokoił swoją potrzebę, zlizał ostatnie kropelki krwi wypływające z niewielkich ranek, po czym spojrzał na mnie z zadowolonym uśmiechem. Widok ten nasunął mi skojarzenie z najedzonym kotem. W innych okolicznościach zapewne można by to było uznać za całkiem urocze.
            - Twoja krew jest naprawdę niesamowita.
            - Jeśli to jakiś dziwny komplement, to dziękuję… - Zmarszczyłam brwi, nagle o czymś sobie przypominając. – A co z tym… Pewnym posmakiem?
            Oczy Ayato zalśniły, kiedy zrozumiał, o co go zapytałam.
            - Nie jest już tak wyraźny. – Nagle otworzył szerzej oczy. – Co z antidotum? Opowiadaj!
             Więc przystąpiłam do streszczenia mu wszystkiego, co wydarzyło się odkąd stracił przytomność w wyniku ochronienia mnie przed postrzałem. Wspominałam już, że postąpił głupio?