A oto i nadchodzi 46 rozdział DiaLovers! Życzę wszystkim miłego czytania i czekam ze zniecierpliwieniem na wasze opinie ^^ Przypominam również, że do niedzieli włącznie macie jeszcze czas na nadsyłanie mi pytań do Q&A. Niestety kilka z nich już się powtórzyło, dlatego napisałam wam o tym w komentarzach. Jeśli chcecie możecie zamiast nich zadać inne, ponieważ wciąż macie na to czas~. Post z odpowiedziami pojawi się w poniedziałek ;3
P.S. Jak tam po zakończeniu roku szkolnego? ^^
P.S. Jak tam po zakończeniu roku szkolnego? ^^
~*~
"Sprawiasz, że mówię słowa pełne zachwytu
Zabierasz mi zdolność racjonalnego myślenia
Mam wrażenie, że oszaleję
Kiedy czuję twój zapach
On się rozprzestrzenia, rośnie
Jestem uzależniony"
~ Monsta X - Beautiful
[tłumaczenie pochodzi ze strony tekstowo.pl]
Zabierasz mi zdolność racjonalnego myślenia
Mam wrażenie, że oszaleję
Kiedy czuję twój zapach
On się rozprzestrzenia, rośnie
Jestem uzależniony"
~ Monsta X - Beautiful
[tłumaczenie pochodzi ze strony tekstowo.pl]
Więzi
Ruki
przetrząsał pomieszczenie. Wysypywał kolejno zawartość szuflad potężnego
biurka, po czym pospiesznie odkładał wszystko na miejsce. Przestawiał książki
na długich półkach. Opróżniał szafki. Szukał, szukał, szukał. Lecz wciąż nie
potrafił tego znaleźć. Drgnął,
słysząc kroki na korytarzu. Podniósł się z podłogi w chwili, gdy otwierane
drzwi cicho skrzypnęły. Wyprostował się i przeczesał włosy palcami, pobieżnym
spojrzeniem obrzucając otaczający go bałagan. Z jego ust wydobyło się ciche
westchnięcie. Do pomieszczenia tymczasem wszedł Yuma, a za nim Kou i Azusa.
- Znaleźliście coś? – zapytał od razu Ruki, mierząc swoich braci uważnym spojrzeniem. Yuma przybrał nieodgadniony wyraz twarzy. Kou trzymał ramiona skrzyżowane za głową i błądził wzrokiem po pomieszczeniu. Azusa natomiast wpatrywał się z niezwykłym zainteresowaniem w swoje buty, skubiąc przy tym nerwowo jeden z bandaży, którymi owinięte miał przedramiona.
- Nie. – Yuma pokręcił głową. – Nic a nic.
Ruki zmarszczył brwi.
- W takim razie wracajcie do szukania.
- A co jeśli nic nie znajdziemy?
- Wracajcie do szukania – powtórzył, a raczej wycedził przez zaciśnięte zęby Ruki.
- Wiesz, że tak może się stać.
Dłonie czarnowłosego zacisnęły się w pięści. Paznokcie wbiły mu się w skórę. Panowanie nad sobą przychodziło mu z coraz większym trudem.
- Nie ma takiej opcji. Szukajcie! Musimy to znaleźć. Musimy jej pomóc.
- Ruki…
- Musimy! Nie mogę pozwolić jej po raz kolejny odejść… Za każdym razem, kiedy widzę, jak przechodzi przez zwykłe, pieprzone drzwi, mam wrażenie, że to wszystko się powtarza. Że te sukinsyny znowu ją ode mnie zabierają… Nie zniosę tego więcej!
Ruki rzadko podnosił głos i równie rzadko używał wulgarnych słów. Nie uszło to uwadze jego braci, którzy wymienili ze sobą zaniepokojone spojrzenia.
- Musimy to znaleźć albo…
- Ruki!
Podnoszenie głosu na Rukiego było kolejną rzadkością. Azusa i Kou spojrzeli więc z zaskoczeniem na zirytowanego Yumę.
- Chyba o czymś zapominasz…
- Yuma ma rację. – Kou postanowił dołączyć do rozmowy, by spróbować załagodzić sytuację. – Wybacz, Ruki, ale chyba zapominasz, że my też tam byliśmy.
- I że dla nas ona też jest jak siostra… - dodał cicho Azusa.
Zaciśnięte dłonie Rukiego drżały. W jego niebieskoszarych oczach coś zabłysło. Zgrzytnął zębami, już naprawdę tracąc nad sobą panowanie.
- Natsuki nie jest dla mnie jak siostra! – warknął wściekle. – Ona jest moją siostrą!
- Znaleźliście coś? – zapytał od razu Ruki, mierząc swoich braci uważnym spojrzeniem. Yuma przybrał nieodgadniony wyraz twarzy. Kou trzymał ramiona skrzyżowane za głową i błądził wzrokiem po pomieszczeniu. Azusa natomiast wpatrywał się z niezwykłym zainteresowaniem w swoje buty, skubiąc przy tym nerwowo jeden z bandaży, którymi owinięte miał przedramiona.
- Nie. – Yuma pokręcił głową. – Nic a nic.
Ruki zmarszczył brwi.
- W takim razie wracajcie do szukania.
- A co jeśli nic nie znajdziemy?
- Wracajcie do szukania – powtórzył, a raczej wycedził przez zaciśnięte zęby Ruki.
- Wiesz, że tak może się stać.
Dłonie czarnowłosego zacisnęły się w pięści. Paznokcie wbiły mu się w skórę. Panowanie nad sobą przychodziło mu z coraz większym trudem.
- Nie ma takiej opcji. Szukajcie! Musimy to znaleźć. Musimy jej pomóc.
- Ruki…
- Musimy! Nie mogę pozwolić jej po raz kolejny odejść… Za każdym razem, kiedy widzę, jak przechodzi przez zwykłe, pieprzone drzwi, mam wrażenie, że to wszystko się powtarza. Że te sukinsyny znowu ją ode mnie zabierają… Nie zniosę tego więcej!
Ruki rzadko podnosił głos i równie rzadko używał wulgarnych słów. Nie uszło to uwadze jego braci, którzy wymienili ze sobą zaniepokojone spojrzenia.
- Musimy to znaleźć albo…
- Ruki!
Podnoszenie głosu na Rukiego było kolejną rzadkością. Azusa i Kou spojrzeli więc z zaskoczeniem na zirytowanego Yumę.
- Chyba o czymś zapominasz…
- Yuma ma rację. – Kou postanowił dołączyć do rozmowy, by spróbować załagodzić sytuację. – Wybacz, Ruki, ale chyba zapominasz, że my też tam byliśmy.
- I że dla nas ona też jest jak siostra… - dodał cicho Azusa.
Zaciśnięte dłonie Rukiego drżały. W jego niebieskoszarych oczach coś zabłysło. Zgrzytnął zębami, już naprawdę tracąc nad sobą panowanie.
- Natsuki nie jest dla mnie jak siostra! – warknął wściekle. – Ona jest moją siostrą!
***
Krążyłam
nerwowo po salonie. Minęło kolejnych kilka dni, a Ruki wciąż się nie odzywał.
Zaczynałam się coraz bardziej martwić. Mimo wszystko, nie chciałam umierać ani
tym bardziej oddawać swojego ciała Cordelii. Miałam wielką nadzieję, że Ruki
jednak coś znajdzie i że wszyscy razem wpadniemy na pomysł, jak mnie z tego
wyciągnąć. Zbierałam się także na to, aby skontaktować się z którąś z
dziewczyn, z którymi niegdyś tworzyłam zespół. Może one byłyby w stanie pomóc
mi z moimi utraconymi wspomnieniami. Ale żeby poradzić sobie ze swoją
przeszłością, musiałam najpierw przeżyć.
- Natsuki, przestań się tak kręcić. To irytujące – poinformował mnie Kanato, rzucając mi nachmurzone spojrzenie znad telefonu.
- Nie chcę być złośliwy, maleńka, ale jak tak dalej pójdzie, to wydepczesz nam jakąś ścieżkę w dywanie – dodał rozłożony na kanapie Laito. Jednak w przeciwieństwie do swojego brata wyglądał bardziej na rozbawionego niż rozgniewanego, gdy uniósł kapelusz ze swojej twarzy.
Zatrzymałam się w połowie kolejnego kółka, jakie nie do końca świadomie wykonywałam wokół centralnej części pomieszczenia. Tupnęłam nogą i zaplotłam ramiona na klatce piersiowej.
- Dobra. Jasne. Już się uspokajam.
- Masz dzisiaj nad wyraz dużo energii, więc może spożytkujesz ją w inny sposób?
- Jakoś nic nie przychodzi mi do głowy, Reiji – prychnęłam w odpowiedzi, mierząc wampira wzrokiem. – Chyba, że skoczę do domu Mukamich, ale wątpię żeby…
- Nigdzie nie idziesz – przerwał mi od razu Ayato.
- No właśnie. – Machnęłam dłonią w jego stronę, pokazując, że właśnie o to mi chodziło.
Powiodłam wzrokiem po braciach Sakamaki zgromadzonych w salonie. Laito zajmował całą jedną kanapę i jeszcze chwilę temu zdawał się smacznie drzemać z kapeluszem nasuniętym na oczy. Kanato siedział obok obserwującego mnie uważnie Ayato na drugiej kanapie, pochłonięty jakąś grą, w którą grał na swojej komórce. Reiji usadowił się na fotelu, jak zwykle z grubą książką w dłoni. Shu drzemał lub po prostu słuchał muzyki na innym fotelu, leżąc dziwnie wygięty. Subaru natomiast siedział na parapecie okna, obserwując wieczorne niebo za szybą. Byłam pod wrażeniem tego, jak podczas mojej obecności w te rezydencji ich relacje uległy poprawie. Może i ze sobą aktualnie nie rozmawiali, ale przynajmniej przebywali z własnej woli w jednym pomieszczeniu. I jeszcze nie zdążyli się pokłócić! A to już postęp. Powoli, bardzo powoli zaczynali przypominać prawdziwą rodzinę, a nie przypadkową grupę wampirów wciśniętych przymusowo pod jeden dach. Zastanawiałam się, jak duża szansa była na to, że doczekam czasu, gdy będą zachowywać się tak, jakby rzeczywiście byli rodzeństwem.
- Może idź się przewietrzyć? – zaproponował nagle Shu, nie otwierając nawet oczu. Uniosłam brwi.
- Po pierwsze, i kto to mówi? – Blondyn uśmiechnął się nieznacznie. – Po drugie… Hmm…
Chyba jednak zabrakło mi drugiej wymówki.
- Może mieć rację – stwierdził Subaru, odrywając wzrok od okna. – Przejdź się na spacer.
- Chcecie się mnie pozbyć?
- Ayato może cię gdzieś zabrać – powiedział Laito, ignorując moją wypowiedź.
- To naprawdę brzmi, jakbyście chcieli się mnie pozbyć.
Ayato przeciągnął się leniwie.
- Chcesz? – zapytał.
Westchnęłam.
- Dobra, niech wam będzie.
Wampir o jadowicie zielonych oczach podniósł się ze swojego miejsca i zbliżył się do mnie. Na jego ustach zagościł lekki uśmieszek.
- Mam pomysł, gdzie możemy się wybrać.
- No słucham.
- Zamknij oczy.
Popatrzyłam na niego podejrzliwie, ale nie miał zamiaru ustąpić, więc spełniłam jego polecenie. Gdy to zrobiłam, poczułam jego palce obejmujące moje nadgarstki.
- Patrzcie, jaki nasz braciszek zrobił się romantyczny – usłyszałam drwiący głos Laito. Uścisk na moich rękach nieco się wzmocnił.
- Zamknij się.
- Ayato – odezwałam się, aby skupić jego uwagę ponownie na sobie. Wcześniej wspominałam, że bracia tego dnia nie zdążyli się jeszcze pokłócić i zamierzałam dopilnować, aby tak pozostało. Odpowiedziało mi ciche prychnięcie, a uścisk ponownie zelżał.
- A jaki wytresowany~.
- Laito, serio, zamknij się – rzuciłam, lecz nie usłyszałam już żadnej odpowiedzi. Zamiast tego do moich uszu dotarło… szumienie? W dodatku coś zaczęło ocierać się o moje nogi. Zmarszczyłam brwi.
- Czy mogę już otworzyć oczy?
- Teraz tak – odparł Ayato, puszczając moje nadgarstki.
Uniosłam powieki i zamrugałam kilkakrotnie, kompletnie zaskoczona. Ja i Ayato znajdowaliśmy się na łące. Oznaczało to, że wampir musiał użyć swojej zdolności do teleportacji. Rozejrzałam się uważnie. Jak okiem sięgnąć wokół nas rozciągała się łąka, zdająca nie mieć się końca, w całości pokryta delikatnymi, krwistoczerwonymi kwiatami. To właśnie ich łodygi łaskotały mnie w nogi. Przeniosłam swój zdumiony wzrok na wampira.
- Gdzie my jesteśmy?
Uśmiechnął się z satysfakcją.
- Tajemnica.
Pokręciłam jedynie głową. Nie miałam ochoty na sprzeczkę. Postanowiłam cieszyć się widokami. Kolejną sprawą, która dotarła do mnie dopiero po chwili i również mnie zaskoczyła było to, że temperatura powietrza była zaskakująco ciepła. Nie mogliśmy więc znajdować się w mieście, w którym mieszkaliśmy, ponieważ tam wciąż było na tyle chłodno, że nawet w ciągu dnia musiałam zakładać ciepłą kurtkę. Tutaj tymczasem znalazłam się jedynie w ubraniach, które miałam na sobie w rezydencji Sakamakich, a pomimo tego, nie odczuwałam chłodu. Musiałam przyznać, że było całkiem przyjemnie. I pięknie. Zawirowałam wokół własnej osi, ciesząc się chwilą.
- Zadowolona?
Zatrzymałam się z ramionami rozłożonymi na boki. Wiatr poruszył lekko moimi włosami. Uśmiechnęłam się.
- Tak. Nawet ci to wyszło.
- Nawet? – prychnął, mrużąc oczy.
Zaśmiałam się jedynie i ruszyłam przed siebie, zrywając po drodze kilka kwiatów.
- Co to za gatunek?
- Nie mam pojęcia – odparł obojętnie Ayato, błyskawicznie zrównując się ze mną krokiem. – Czy to ważne?
- Byłam po prostu ciekawa. – Obróciłam jeden z kwiatów między palcami. Jego drobne płatki były rozłożone, ukazując jaśniejszy środek. – Bo raczej nie jest normą, by kwiaty kwitły o tej porze.
Powiedziawszy to, podniosłam wymownie wzrok na rozgwieżdżone niebo nad naszymi głowami. Chłopak jedynie wzruszył ramionami, po czym wyrwał roślinę z mojej dłoni i splótł ze sobą nasze palce. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi i z udawanym oburzeniem uderzyłam go w ramię.
Czas na łące mijał nam naprawdę spokojnie. Spacerowaliśmy po niej rozmawiając na najróżniejsze tematy bądź po prostu milcząc. Miałam wrażenie, że choć na chwilę udało się nam w ten sposób oderwać od rzeczywistości. Szkoda, że chwila ta nie mogła trwać wiecznie…
W pewnym momencie odetchnęłam głęboko, wciągając w płuca lekko słodkawy zapach kwiatów. Uniosłam dłoń, by przeczesać palcami włosy i wyplątać z nich zabłąkane czerwone płatki. Zdmuchnęłam je następnie z dłoni i popatrzyłam na stojącego obok mnie Ayato. Z uśmiechem na ustach skróciłam dzielącą nas odległość, by objąć go ramionami.
- Dziękuję – powiedziałam, wtulając twarz w jego klatkę piersiową. Zaciągnęłam się jego zapachem i zacisnęłam powieki, walcząc z napływającymi łzami. Wampir nic nie odpowiedział, ale nie pozostał mi dłużny. Oplótł ramionami moją talię i oparł podbródek na czubku mojej głowy. To było takie przyjemne…
- Boję się… - wyszeptałam, zaciskając palce na materiale jego bluzy. – Nie chcę umierać. Nie chcę, żeby Cordelia…
Urwałam, gdy poczułam jego palce na swoim podbródku. Uniósł moją głowę i spojrzał mi w oczy.
- Nie pozwolę, żeby coś ci się stało – oznajmił stanowczo. Pewność siebie była dla niego tak bardzo typowa, lecz mimo wszystko dodała mi nieco otuchy. – Po tym wszystkim nie mam zamiaru z ciebie rezygnować. Czy ci się to podoba, czy nie, nie uwolnisz się ode mnie tak łatwo.
Chwilę później jego usta znalazły się na moich, więc ponownie zamknęłam oczy. Szczerze powiedziawszy, nie pamiętałam, czy kiedykolwiek wcześniej przeżyliśmy ze sobą tak namiętny pocałunek. Bo chociaż prawdziwą parą zostaliśmy stosunkowo niedawno, to już wcześniej zdarzało się nam robić to dosyć często.
Nasze wargi ocierały się o siebie, języki stykały ze sobą, a oddechy mieszały. Przesunęłam dłonie z pleców na szyję Ayato, a on tymczasem jedną rękę wciąż trzymał na mojej talii, podczas gdy drugą zawędrował na mój kark, przyciągając mnie jeszcze bliżej siebie. Między nami praktycznie nie było wolnej przestrzeni i w duchu cieszyłam się, że nikt nas w tej chwili nie widział. Moje kolana drżały, a wewnątrz mnie coś trzepotało. Zupełnie, jakby ktoś uwięził stado motyli w moich żebrach i brzuchu. Od intensywności naszych kolejnych pocałunków zaczynało kręcić mi się w głowie. Wątpiłam w to, czy dałabym radę samodzielnie ustać na nogach, gdyby Ayato mnie nie podtrzymywał. Równie dobrze mogłabym zamienić się porcję płynnego budyniu.
W końcu wampir pozwolił mi zaczerpnąć tchu, przenosząc swoje usta na moją szyję. Najpierw poczułam muśnięcie jego chłodnego oddechu, potem miękki dotyk warg, a na końcu lekkie ugryzienie ostrych zębów. Zadrżałam odruchowo, wiedząc co za chwilę się wydarzy. Nie protestowałam. W ciągu tych wszystkich miesięcy, jakie spędziłam z tą rodziną wampirów zdążyłam się nauczyć, że nie miało to większego sensu. Starałam się więc nie ruszać, gdy jego kły przebiły moją skórę. Nie było to jednak takie łatwe. Można się było bowiem przyzwyczaić do samego gryzienia, lecz nie dało się całkowicie uodpornić na związany z tym ból. Przygryzłam dolną wargę, czekając, aż skończy. A zrobił to zdecydowanie szybciej, niż się spodziewałam. Oderwał się ode mnie wręcz jak oparzony. Zlizał resztki krwi ze swoich ust, patrząc na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
- Co? – wykrztusiłam, przyciskając dłoń do piekących ranek na szyi. Mój oddech wciąż jeszcze się nie uspokoił. – Co się stało?
Ayato zawahał się. Jego mina wyrażała… zmartwienie?
- Twoja krew… - zaczął i przerwał, najwyraźniej szukając odpowiednich słów. – W smaku coraz bardziej zaczyna przypominać jej krew. Jest już niemal identyczna.
Obraz przed moimi oczami stał się niewyraźny, zamazany. Przyłożyłam dłoń do drżących, lekko opuchniętych ust, by stłumić szloch. Ayato bez słowa przygarnął mnie do siebie, a delikatność z jaką to zrobił jeszcze spotęgowała moją rozpacz.
- Natsuki, przestań się tak kręcić. To irytujące – poinformował mnie Kanato, rzucając mi nachmurzone spojrzenie znad telefonu.
- Nie chcę być złośliwy, maleńka, ale jak tak dalej pójdzie, to wydepczesz nam jakąś ścieżkę w dywanie – dodał rozłożony na kanapie Laito. Jednak w przeciwieństwie do swojego brata wyglądał bardziej na rozbawionego niż rozgniewanego, gdy uniósł kapelusz ze swojej twarzy.
Zatrzymałam się w połowie kolejnego kółka, jakie nie do końca świadomie wykonywałam wokół centralnej części pomieszczenia. Tupnęłam nogą i zaplotłam ramiona na klatce piersiowej.
- Dobra. Jasne. Już się uspokajam.
- Masz dzisiaj nad wyraz dużo energii, więc może spożytkujesz ją w inny sposób?
- Jakoś nic nie przychodzi mi do głowy, Reiji – prychnęłam w odpowiedzi, mierząc wampira wzrokiem. – Chyba, że skoczę do domu Mukamich, ale wątpię żeby…
- Nigdzie nie idziesz – przerwał mi od razu Ayato.
- No właśnie. – Machnęłam dłonią w jego stronę, pokazując, że właśnie o to mi chodziło.
Powiodłam wzrokiem po braciach Sakamaki zgromadzonych w salonie. Laito zajmował całą jedną kanapę i jeszcze chwilę temu zdawał się smacznie drzemać z kapeluszem nasuniętym na oczy. Kanato siedział obok obserwującego mnie uważnie Ayato na drugiej kanapie, pochłonięty jakąś grą, w którą grał na swojej komórce. Reiji usadowił się na fotelu, jak zwykle z grubą książką w dłoni. Shu drzemał lub po prostu słuchał muzyki na innym fotelu, leżąc dziwnie wygięty. Subaru natomiast siedział na parapecie okna, obserwując wieczorne niebo za szybą. Byłam pod wrażeniem tego, jak podczas mojej obecności w te rezydencji ich relacje uległy poprawie. Może i ze sobą aktualnie nie rozmawiali, ale przynajmniej przebywali z własnej woli w jednym pomieszczeniu. I jeszcze nie zdążyli się pokłócić! A to już postęp. Powoli, bardzo powoli zaczynali przypominać prawdziwą rodzinę, a nie przypadkową grupę wampirów wciśniętych przymusowo pod jeden dach. Zastanawiałam się, jak duża szansa była na to, że doczekam czasu, gdy będą zachowywać się tak, jakby rzeczywiście byli rodzeństwem.
- Może idź się przewietrzyć? – zaproponował nagle Shu, nie otwierając nawet oczu. Uniosłam brwi.
- Po pierwsze, i kto to mówi? – Blondyn uśmiechnął się nieznacznie. – Po drugie… Hmm…
Chyba jednak zabrakło mi drugiej wymówki.
- Może mieć rację – stwierdził Subaru, odrywając wzrok od okna. – Przejdź się na spacer.
- Chcecie się mnie pozbyć?
- Ayato może cię gdzieś zabrać – powiedział Laito, ignorując moją wypowiedź.
- To naprawdę brzmi, jakbyście chcieli się mnie pozbyć.
Ayato przeciągnął się leniwie.
- Chcesz? – zapytał.
Westchnęłam.
- Dobra, niech wam będzie.
Wampir o jadowicie zielonych oczach podniósł się ze swojego miejsca i zbliżył się do mnie. Na jego ustach zagościł lekki uśmieszek.
- Mam pomysł, gdzie możemy się wybrać.
- No słucham.
- Zamknij oczy.
Popatrzyłam na niego podejrzliwie, ale nie miał zamiaru ustąpić, więc spełniłam jego polecenie. Gdy to zrobiłam, poczułam jego palce obejmujące moje nadgarstki.
- Patrzcie, jaki nasz braciszek zrobił się romantyczny – usłyszałam drwiący głos Laito. Uścisk na moich rękach nieco się wzmocnił.
- Zamknij się.
- Ayato – odezwałam się, aby skupić jego uwagę ponownie na sobie. Wcześniej wspominałam, że bracia tego dnia nie zdążyli się jeszcze pokłócić i zamierzałam dopilnować, aby tak pozostało. Odpowiedziało mi ciche prychnięcie, a uścisk ponownie zelżał.
- A jaki wytresowany~.
- Laito, serio, zamknij się – rzuciłam, lecz nie usłyszałam już żadnej odpowiedzi. Zamiast tego do moich uszu dotarło… szumienie? W dodatku coś zaczęło ocierać się o moje nogi. Zmarszczyłam brwi.
- Czy mogę już otworzyć oczy?
- Teraz tak – odparł Ayato, puszczając moje nadgarstki.
Uniosłam powieki i zamrugałam kilkakrotnie, kompletnie zaskoczona. Ja i Ayato znajdowaliśmy się na łące. Oznaczało to, że wampir musiał użyć swojej zdolności do teleportacji. Rozejrzałam się uważnie. Jak okiem sięgnąć wokół nas rozciągała się łąka, zdająca nie mieć się końca, w całości pokryta delikatnymi, krwistoczerwonymi kwiatami. To właśnie ich łodygi łaskotały mnie w nogi. Przeniosłam swój zdumiony wzrok na wampira.
- Gdzie my jesteśmy?
Uśmiechnął się z satysfakcją.
- Tajemnica.
Pokręciłam jedynie głową. Nie miałam ochoty na sprzeczkę. Postanowiłam cieszyć się widokami. Kolejną sprawą, która dotarła do mnie dopiero po chwili i również mnie zaskoczyła było to, że temperatura powietrza była zaskakująco ciepła. Nie mogliśmy więc znajdować się w mieście, w którym mieszkaliśmy, ponieważ tam wciąż było na tyle chłodno, że nawet w ciągu dnia musiałam zakładać ciepłą kurtkę. Tutaj tymczasem znalazłam się jedynie w ubraniach, które miałam na sobie w rezydencji Sakamakich, a pomimo tego, nie odczuwałam chłodu. Musiałam przyznać, że było całkiem przyjemnie. I pięknie. Zawirowałam wokół własnej osi, ciesząc się chwilą.
- Zadowolona?
Zatrzymałam się z ramionami rozłożonymi na boki. Wiatr poruszył lekko moimi włosami. Uśmiechnęłam się.
- Tak. Nawet ci to wyszło.
- Nawet? – prychnął, mrużąc oczy.
Zaśmiałam się jedynie i ruszyłam przed siebie, zrywając po drodze kilka kwiatów.
- Co to za gatunek?
- Nie mam pojęcia – odparł obojętnie Ayato, błyskawicznie zrównując się ze mną krokiem. – Czy to ważne?
- Byłam po prostu ciekawa. – Obróciłam jeden z kwiatów między palcami. Jego drobne płatki były rozłożone, ukazując jaśniejszy środek. – Bo raczej nie jest normą, by kwiaty kwitły o tej porze.
Powiedziawszy to, podniosłam wymownie wzrok na rozgwieżdżone niebo nad naszymi głowami. Chłopak jedynie wzruszył ramionami, po czym wyrwał roślinę z mojej dłoni i splótł ze sobą nasze palce. Uśmiechnęłam się w odpowiedzi i z udawanym oburzeniem uderzyłam go w ramię.
Czas na łące mijał nam naprawdę spokojnie. Spacerowaliśmy po niej rozmawiając na najróżniejsze tematy bądź po prostu milcząc. Miałam wrażenie, że choć na chwilę udało się nam w ten sposób oderwać od rzeczywistości. Szkoda, że chwila ta nie mogła trwać wiecznie…
W pewnym momencie odetchnęłam głęboko, wciągając w płuca lekko słodkawy zapach kwiatów. Uniosłam dłoń, by przeczesać palcami włosy i wyplątać z nich zabłąkane czerwone płatki. Zdmuchnęłam je następnie z dłoni i popatrzyłam na stojącego obok mnie Ayato. Z uśmiechem na ustach skróciłam dzielącą nas odległość, by objąć go ramionami.
- Dziękuję – powiedziałam, wtulając twarz w jego klatkę piersiową. Zaciągnęłam się jego zapachem i zacisnęłam powieki, walcząc z napływającymi łzami. Wampir nic nie odpowiedział, ale nie pozostał mi dłużny. Oplótł ramionami moją talię i oparł podbródek na czubku mojej głowy. To było takie przyjemne…
- Boję się… - wyszeptałam, zaciskając palce na materiale jego bluzy. – Nie chcę umierać. Nie chcę, żeby Cordelia…
Urwałam, gdy poczułam jego palce na swoim podbródku. Uniósł moją głowę i spojrzał mi w oczy.
- Nie pozwolę, żeby coś ci się stało – oznajmił stanowczo. Pewność siebie była dla niego tak bardzo typowa, lecz mimo wszystko dodała mi nieco otuchy. – Po tym wszystkim nie mam zamiaru z ciebie rezygnować. Czy ci się to podoba, czy nie, nie uwolnisz się ode mnie tak łatwo.
Chwilę później jego usta znalazły się na moich, więc ponownie zamknęłam oczy. Szczerze powiedziawszy, nie pamiętałam, czy kiedykolwiek wcześniej przeżyliśmy ze sobą tak namiętny pocałunek. Bo chociaż prawdziwą parą zostaliśmy stosunkowo niedawno, to już wcześniej zdarzało się nam robić to dosyć często.
Nasze wargi ocierały się o siebie, języki stykały ze sobą, a oddechy mieszały. Przesunęłam dłonie z pleców na szyję Ayato, a on tymczasem jedną rękę wciąż trzymał na mojej talii, podczas gdy drugą zawędrował na mój kark, przyciągając mnie jeszcze bliżej siebie. Między nami praktycznie nie było wolnej przestrzeni i w duchu cieszyłam się, że nikt nas w tej chwili nie widział. Moje kolana drżały, a wewnątrz mnie coś trzepotało. Zupełnie, jakby ktoś uwięził stado motyli w moich żebrach i brzuchu. Od intensywności naszych kolejnych pocałunków zaczynało kręcić mi się w głowie. Wątpiłam w to, czy dałabym radę samodzielnie ustać na nogach, gdyby Ayato mnie nie podtrzymywał. Równie dobrze mogłabym zamienić się porcję płynnego budyniu.
W końcu wampir pozwolił mi zaczerpnąć tchu, przenosząc swoje usta na moją szyję. Najpierw poczułam muśnięcie jego chłodnego oddechu, potem miękki dotyk warg, a na końcu lekkie ugryzienie ostrych zębów. Zadrżałam odruchowo, wiedząc co za chwilę się wydarzy. Nie protestowałam. W ciągu tych wszystkich miesięcy, jakie spędziłam z tą rodziną wampirów zdążyłam się nauczyć, że nie miało to większego sensu. Starałam się więc nie ruszać, gdy jego kły przebiły moją skórę. Nie było to jednak takie łatwe. Można się było bowiem przyzwyczaić do samego gryzienia, lecz nie dało się całkowicie uodpornić na związany z tym ból. Przygryzłam dolną wargę, czekając, aż skończy. A zrobił to zdecydowanie szybciej, niż się spodziewałam. Oderwał się ode mnie wręcz jak oparzony. Zlizał resztki krwi ze swoich ust, patrząc na mnie ze zmarszczonymi brwiami.
- Co? – wykrztusiłam, przyciskając dłoń do piekących ranek na szyi. Mój oddech wciąż jeszcze się nie uspokoił. – Co się stało?
Ayato zawahał się. Jego mina wyrażała… zmartwienie?
- Twoja krew… - zaczął i przerwał, najwyraźniej szukając odpowiednich słów. – W smaku coraz bardziej zaczyna przypominać jej krew. Jest już niemal identyczna.
Obraz przed moimi oczami stał się niewyraźny, zamazany. Przyłożyłam dłoń do drżących, lekko opuchniętych ust, by stłumić szloch. Ayato bez słowa przygarnął mnie do siebie, a delikatność z jaką to zrobił jeszcze spotęgowała moją rozpacz.
***
Natsuki drżała
w jego ramionach, a on wyklinał na siebie w myślach za swoją bezsilność.
Wyrzucał sobie, że wtedy nie
dopilnował, aby ta kobieta zniknęła
na dobre. Może wtedy nie doszłoby do tego wszystkiego. Ale czy poznałby wówczas
Natsuki? Nie wiedział, jak powinien prawidłowo ubrać w słowa swoje uczucia, ale
ta mała, czarnowłosa istotka miała dziwną zdolność do wpływania na niego.
Pragnął jej bezpieczeństwa, jak niczego innego. Pragnął już zawsze mieć ją przy
sobie. Nie wiedział jeszcze, w jaki sposób, ale miał zamiar do tego
doprowadzić.
Nagle Natsuki umilkła.
- Naleśniku?
Gdy wymówił jej przezwisko, dziewczyna ponownie zaczęła się trząść. Tym razem jednak do jego uszu nie dobiegło łkanie, lecz śmiech. Zdezorientowany odsunął ją od siebie.
- O co cho… - urwał gwałtownie, gdy podniosła na niego wzrok swych… zielonych oczu. Kąciki jej ust uniosły się w kpiącym uśmieszku.
- Jesteś taki słaby – powiedziała głosem, w którym wyczuł odrazę. – Naprawdę wystarczy parę łez tej żałosnej, ludzkiej istoty, żeby doprowadzić cię do takiego stanu? Nie tak cię wychowywałam. Nie taki powinien być mój najdroższy syn i przyszły spadkobierca naszej potęgi.
Ayato cofnął się, wpatrując w nią szeroko otwartymi oczami. Nagle stał się niezdolny do jakiejkolwiek racjonalnej reakcji.
Czarnowłosa jedynie prychnęła i przyjrzała się swoim paznokciom.
- To ciało też jest straszliwie słabe… - Oparła jedną dłoń na biodrze i obdarzyła go pogardliwym spojrzeniem. – Nie rozumiem, czemu aż tak go pożądasz.
Chłopak spiął się.
- Czego chcesz? – zapytał w końcu, zaciskając zęby.
- Chciałam się tylko przywitać. – Zbliżyła się do niego i dotknęła dłonią jego torsu, a potem przyłożyła ją do jego policzka. – Już niedługo, mój drogi. Niedługo znowu będziemy razem. Cieszysz się?
Nim zdążył odpowiedzieć, zieleń w jej oczach została zastąpiona ich naturalną barwą. W następnej sekundzie błysnęły białka jej oczu i Natsuki osunęła się bezwładnie na ziemię.
Nagle Natsuki umilkła.
- Naleśniku?
Gdy wymówił jej przezwisko, dziewczyna ponownie zaczęła się trząść. Tym razem jednak do jego uszu nie dobiegło łkanie, lecz śmiech. Zdezorientowany odsunął ją od siebie.
- O co cho… - urwał gwałtownie, gdy podniosła na niego wzrok swych… zielonych oczu. Kąciki jej ust uniosły się w kpiącym uśmieszku.
- Jesteś taki słaby – powiedziała głosem, w którym wyczuł odrazę. – Naprawdę wystarczy parę łez tej żałosnej, ludzkiej istoty, żeby doprowadzić cię do takiego stanu? Nie tak cię wychowywałam. Nie taki powinien być mój najdroższy syn i przyszły spadkobierca naszej potęgi.
Ayato cofnął się, wpatrując w nią szeroko otwartymi oczami. Nagle stał się niezdolny do jakiejkolwiek racjonalnej reakcji.
Czarnowłosa jedynie prychnęła i przyjrzała się swoim paznokciom.
- To ciało też jest straszliwie słabe… - Oparła jedną dłoń na biodrze i obdarzyła go pogardliwym spojrzeniem. – Nie rozumiem, czemu aż tak go pożądasz.
Chłopak spiął się.
- Czego chcesz? – zapytał w końcu, zaciskając zęby.
- Chciałam się tylko przywitać. – Zbliżyła się do niego i dotknęła dłonią jego torsu, a potem przyłożyła ją do jego policzka. – Już niedługo, mój drogi. Niedługo znowu będziemy razem. Cieszysz się?
Nim zdążył odpowiedzieć, zieleń w jej oczach została zastąpiona ich naturalną barwą. W następnej sekundzie błysnęły białka jej oczu i Natsuki osunęła się bezwładnie na ziemię.

