Ariana | Blogger | X X

wtorek, 24 czerwca 2014

Diabolik Lovers: Rozdział 2

Na początek bardzo wszystkich przepraszam za tak długą nieobecność. Mam nadzieję, że mi wybaczycie T_T  I już nie przeciągając, bardzo wszystkim dziękuję za komentarze, mam nadzieję, że ten rozdział również się wam spodoba, no i... miłej lektury ^ ^




                              Wampir niańką?

 Zasnęłam niemal od razu po przyłożeniu głowy do poduszki. Zamiast snu pojawiła się jednak tylko niespokojna drzemka, która i tak nie potrwała długo. Obudził mnie męski głos natarczywie powtarzający jedno z moich przezwisk. Niechętnie otworzyłam oczy, ale zaraz je szybko zamknęłam, gdy ostre światło poraziło moje oczy. Jęknęłam i odwróciłam głowę.
- Hej, Naleśniku, obudź się!
Nie widząc innego wyjścia, uchyliłam powoli powieki. Wokół siebie zobaczyłam sześć sylwetek.
- O co chodzi? – mruknęłam odrzucając kołdrę, gdyż nagle zrobiło mi się gorąco. Ledwie skończyłam mówić, a na moim czole wylądowała lodowata dłoń.
- Jest rozpalona – oznajmił Reiji, spoglądając na mnie wiecznie niezmiennym, krytycznym spojrzeniem. – Więc jednak nie udawała.
Na jego słowa zrobiłam naburmuszoną minę.
- Brałaś witaminy, tak jak kazałem?
W tej chwili już całkowicie poczułam się jak dziecko…
- Tak.
- Na pewno? – Reiji poprawił okulary, nie spuszczając ze mnie chłodnego spojrzenia. Chciałam mu odpyskować, ale w porę ugryzłam się w język. Drażnienie nieobliczalnego wampira nie należy do dobrych pomysłów. Posłusznie więc tylko skinęłam głową. Okularnik w zamyśleniu potarł podbródek.
- Musiałaś się przeziębić przez swoją lekkomyślność – skwitował.
- Tego, że mam słabą odporność już nie można wziąć pod uwagę, co? – prychnęłam.
- Mówiłaś coś? – Reiji posłał mi jedno ze swoich mrożących krew w żyłach spojrzeń.
- Nie, nie, skądże – bąknęłam szybko.
- Tak myślałem. Cóż, w obecnym stanie zapewne nie będziesz mogła pójść na jutrzejsze zajęcia…
Przygryzłam wargę, nie wiedząc czy powinnam cieszyć się z powodu dodatkowego wolnego wieczoru, czy też raczej zacząć się martwić.
- …jednak nie możemy zostawić cię samej w rezydencji. Wychodzi na to, że któryś z nas będzie musiał z tobą zostać – to mówiąc powiódł wzrokiem po swoich braciach.
Poczułam dreszcze przebiegające po moich plecach. Co za absurd – mniej bałam się być w jednym domu z szóstką wampirów, niż sam na sam z jednym. Chociaż, może nie było to aż tak absurdalne, patrząc na fakt, że w takiej sytuacji ten, który by ze mną został, mógłby robić ze mną co by mu się żywnie podobało. Co prawda była jeszcze służba, ale przypominała ona bardziej widma, pojawiające się znikąd, nieposiadające nawet własnej woli.
Przełknęłam ślinę, zastanawiając się nad swoim położeniem. Jeśli to Reiji zostałby w domu, oznaczałoby to dla mnie łykanie podejrzanych substancji i bycie królikiem doświadczalnym. Czas spędzony sam na sam z Shu, zapewne byłby czasem ciszy. Blondyn najprawdopodobniej usadowiłby się gdzieś w kącie i niezbyt się mną interesując, oddałby się jednemu ze swoich ulubionych zajęć – drzemce lub słuchaniu muzyki.
Zostanie sam na sam z Kanato nie należałoby raczej do najbezpieczniejszych rzeczy. Wszystko zależałoby od aktualnego humoru chłopaka. Natomiast oddanie się pod opiekę Raito…cóż, gwałt lub co najmniej molestowanie seksualne zapewnione.
Ayato…tak właściwie, to nigdy nie mam pewności jak Ayato się zachowa. Najbezpieczniejszym wyjściem byłoby chyba zostanie z najmłodszym z braci. 
- …nie, ty, Ayato nie możesz zostać.
- Jakim prawem…
- Z tego co wiem, masz sporo zaległości – Reiji wszedł mu w słowo – Idziesz na zajęcia.
- Haha, braciszku, nie będziesz mógł pobawić się z naszą maleńką – Raito klepnął Ayato w plecy, śmiejąc się. Reiji jednak bardzo szybko ostudził jego entuzjazm.
- To samo tyczy się ciebie, Raito.
- Ale…
- Shu, ty również musisz być obecny w szkole. Ostatni incydent nie może się powtórzyć – Reiji zgromił swojego biologicznego brata niemal nienawistnym spojrzeniem. Ten jednak nie bardzo się tym przejął.
- Ja mogę zostać  – odezwał się dotąd milczący Subaru.  Ciemnowłosy zmierzył go spojrzeniem.
- Niech będzie.
- Co? Nie zgadzam się! – zaprotestował Ayato.
Spotkał się jednak z całkowitym zignorowaniem ze strony Reiji’ego.
- Wszystko ustalone. Możecie się rozejść. 
- Ktoś tu znowu się rządzi… - mruknął Raito.
Podczas, gdy bracia zmierzali najwidoczniej do kolejnej kłótni, ja odetchnęłam cicho z ulgą. Obróciłam się na bok i… niemal krzyknęłam. Pochylając w moją stronę, z misiem w rękach i szerokim, niebezpiecznym uśmiechem na ustach, przyglądał mi się Kanato.
- O-o… o co chodzi? – wydukałam. W jego wzroku, w tych fioletowych oczach czaiło się coś nieznanego… i na pewno niebezpiecznego.
- Widzisz, Teddy? Jest chora.
- Kanato?...
Fioletowłosy nagle spoważniał i wyprostował się.
- Nieważne.
Czułam się skrępowana, gdy wciąż nie spuszczał ze mnie nieodgadnionego spojrzenia. Wreszcie na polecenie Okularnika wszyscy opuścili mój pokój. Zostałam sama. Nim się obejrzałam zapadłam w niespokojny sen… a raczej koszmar.
 Biegnę ciągnącym się w nieskończoność korytarzem. Czemu biegnę? Za sobą słyszę kroki i śmiech. Zgrzyt metalu. Odwracam głowę tylko po to, by zobaczyć nieprzeniknioną ciemność. Upadam w kałużę. Ciepła, lepka substancja wsiąka w moje ubranie, ochlapuje skórę i włosy. Zanurzam w niej palce i unoszę na wysokość oczu. Otwieram je szerzej z przerażenia. Krew. Jestem cała we krwi. Zrywam się na równe nogi, ale po kilku krokach znowu się przewracam, potykając o coś. Śmiech staje się głośniejszy. Nie mogę się ruszać. Jak na zwolnionym filmie widzę zbliżającą się postać. Jej oczy mają barwę krwistej czerwieni. Śnieżnobiałe kły połyskują w uśmiechu. Ale widzę też drugi błysk. Sztylet. Mogę tylko patrzeć jak ostrze unosi się, po czym opada wprost na mnie.
Obudziłam się z krzykiem, a raczej z przeraźliwym wrzaskiem. Usiadłam gwałtownie. Gardło okropnie mnie bolało, czułam się jakby ogień lizał moje wnętrzności. Schowałam twarz w dłoniach. Czułam jak krople potu spływają po moich plecach, szyi i twarzy. Nim się zorientowałam, zaczęłam również płakać.
Co się ze mną dzieje?, przeszło mi przez myśl. Tyle czasu spędziłam już pod jednym dachem z wampirami, mój strach zelżał. Czemu więc koszmary zaczęły mnie nawiedzać?
Zaczerpnęłam kilka razy głębiej powietrza żeby się uspokoić. Powoli wstałam z łóżka i skierowałam się w stronę balkonu. Pchnęłam szklane drzwi. Stąpając boso po chłodnych kafelkach podeszłam do balustrady. Zacisnęłam na niej kurczowo palce, starając się opanować ogarniające mnie mdłości. Chłodny wiatr muskał moją wilgotną od łez i potu twarz. Spojrzałam na ciemne niebo. Kiedy spałam, zdążyła już zapaść noc. Olbrzymi księżyc w pełni wyłonił się zza chmur. Wciągnęłam ze świstem powietrze, widząc jego barwę.
Niemożliwe…, zdążyłam pomyśleć zanim mdłości zaatakowały ze zdwojoną siłą. Świat zawirował mi przed oczami. Niebo zamieniło się miejscem z posadzką. Bezwładnie osunęłam się w ciemność.


Nie wiedziałam, czy obudził mnie chłodny dotyk czy też raczej krzyk pełen złości.
- Coś ty sobie myślała, głupia?!
Zamrugałam kilka razy, aż obraz stał się wyraźniejszy. Leżałam na łóżku w swoim pokoju, a sterczący nade mną Ayato bynajmniej nie wyglądał na zadowolonego.
- Ja też się cieszę, że cię widzę… - mruknęłam, naciągając na siebie kołdrę.
- Co ci strzeliło do głowy żeby wychodzić w środku nocy, w takim stanie, na balkon?!
- Nie krzycz tak…nie jestem głucha – jęknęłam, starając się opanować drżenie głosu.
- Głucha może i nie, ale głupia już tak.
- Dobrze, zrozumiałam, już będę grzeczna – wymamrotałam, obracając się na bok. Czyżby Ayato się o mnie martwił? A może w tej sytuacji widział tylko zagrożenie swojego darmowego banku krwi?
- Oczywiście, że będziesz. Już ja tego dopilnuję.
Odwróciłam głowę tylko po to by zobaczyć jego uśmiech, po czym bez ostrzeżenia moje nadgarstki znalazły się w żelaznym uścisku, a ja niemalże dosłownie zostałam przykuta do łóżka. Wampir przysunął swoją twarz do mojej, a po jego ustach błądził bezczelny uśmiech. Przełknęłam ślinę, moje serce biło co raz szybciej i szybciej. Mimo to jednak nie potrafiłam odwrócić wzroku od jego twarzy. Chociaż wewnątrz mnie coś krzyczało, ja wciąż wpatrywałam się w jego jadowicie zielone oczy. Niewielka odległość jaka nas dzieliła pozwoliła mi na dokładne przyjrzenie się obu tęczówkom, obu pionowym źrenicom. Wstrzymałam oddech. Dlaczego moje serce tak szybko bije? Boję się…? Byłam jak sparaliżowana.
Ayato nachylił się nade mną jeszcze bardziej i muskając wargami moje ucho, wyszeptał:
- Nie bój się, Naleśniku. Sztywniak zabronił nam pić twoją krew przez najbliższy czas.
Po czym nieświadomy stanu, do jakiego mnie doprowadził, usiadł na brzegu łóżka.
- Co on sobie myśli… Powstrzymywać się przed piciem krwi? Pewnie sam długo nie wytrzyma – prychnął, nawet na mnie nie patrząc.
Wzdrygnęłam się mimowolnie i opatuliłam szczelniej kołdrą. Moje spojrzenie powędrowało w kierunku balkonu. Szklane drzwi były zamknięte. Chmury przysłaniały niebo i księżyc. Nagle przypomniałam sobie barwę, jaką miał zanim zemdlałam.
- Widziałeś?...
- Co? – chłopak odwrócił głowę w moją stronę.
- Księżyc.
- Co z nim? – w jego głosie dało się wyczuć nutę irytacji.
- Był… czerwony.
Coś przemknęło po jego twarzy, jednak zbył mnie machnięciem ręki.
- Musiało ci się przewidzieć.

 Cały następny dzień praktycznie przeleżałam w łóżku, co chwilę doglądana przez któregoś z braciszków. Większość czasu przespałam lub po prostu gapiłam się bezmyślnie w sufit. W dodatku Reiji co jakąś godzinę sprawdzał moje funkcje życiowe i faszerował mnie lekami od czego dostawałam już białej gorączki (jakby mi tej zwykłej było mało).
 Wreszcie, gdy na zewnątrz zapadł zmierzch, przed głównym wejściem zatrzymała się gotowa limuzyna. Stałam na schodach, przytrzymując się zdobionej barierki i odprowadzałam wzrokiem piątkę wampirów.
- Szczęściarz… - westchnął Raito, klepiąc stojącego obok mnie Subaru w plecy.
Ayato za to wyglądał jakby chciał wszystkich pozabijać wzrokiem i zapewne gdyby mógł to by tak zrobił.
Reiji szedł na końcu i zanim zamknął za sobą drzwi, posłał mi jeszcze ostrzegające spojrzenie. Jęknęłam, wlokąc się z powrotem do swojej sypialni. Subaru bez słowa ruszył za mną.
- Nie musisz ze mną iść. Nikt ci nie każe. Pójdę się trochę przespać, a potem… - ziewnęłam i potarłam oczy. – Potem się zobaczy.
Białowłosy jednak najzwyczajniej w świecie mnie zignorował, w dalszym ciągu podążając za mną jak cień. Westchnęłam, nie mając ochoty ani siły żeby się z nim kłócić.
 
W pokoju od razu bezceremonialnie padłam na łóżko i zakopałam się w pościeli. Kątem oka widziałam jak Subaru siada przy oknie na pufie. Ja tymczasem rzucałam się na łóżku, wierciłam, nie umiałam znaleźć odpowiedniej pozycji. W uszach mi szumiało i nie potrafiłam zasnąć. Skopałam z siebie kołdrę, by po chwili i tak ją na siebie naciągnąć. Na zmianę zalewały mnie fale gorąca oraz zimna. Z każdą chwilą moje podirytowanie wzrastało. Miałam ochotę wykląć łóżko, pościel, stos poduszek, baldachim, koszulę nocną, a najlepiej cały pokój albo i nawet rezydencję. Nagle zatęskniłam za swoimi puchatymi kapciami i rozciągniętym dresem, które zostawiłam w swoim rodzinnym domu.
Kiedy po raz kolejny nerwowo zmieniłam pozycję, podskakując na łóżku, na moim czole znienacka znalazła się chłodna dłoń.
- Śpij – usłyszałam szept.
Westchnęłam. Chłodny, delikatny dotyk na mojej skórze przyniósł natychmiastową ulgę. Jak za sprawą magicznego dotyku (a może i taki był?) zasnęłam spokojnym snem.
Niestety, chociaż sen był przyjemny, nie trwał długo. Nie byłam pewna co mnie obudziło. Czyjś głos? Rozejrzałam się nieprzytomnie po pokoju. Nigdzie nie było Subaru. I wtedy usłyszałam ciche wołanie.
- Natsuki… - usiadłam, słysząc swoje imię. Przesunęłam się na skraj łóżka, opuściłam nogi i nasłuchiwałam.
- Natsuki… Natsuki… Natsuki, chodź do mnie…!
Szept ten był cichy, delikatny, pieścił uszy i nie było sposobu by mu się oprzeć.  Posłusznie więc wstałam i ruszyłam za nim. Nawet nie wiedziałam kiedy znalazłam się na zewnątrz, ani kiedy weszłam do podziemi. Po prostu szłam wciąż przed siebie, a szept z każdym kolejnym krokiem przybierał na sile. Dołączyły do niego inne, odbijały się echem w mojej głowie, nakładały na siebie. Mimo to były niczym piękna, kusząca, słodka melodia. Przyciągały mnie jak śpiew syreny.
Zatrzymałam się. Przede mną znajdowała się brama przewiązana łańcuchem i zamknięta na kłódkę. Szepty w mojej głowie brzmiały teraz wręcz jak trzepot skrzydeł stada ptaków.
I co teraz? Muszę się tam przedostać, muszę…
Zaczęłam błądzić palcami po łańcuchu, szukając kłódki. Natrafiwszy na nią palcami, zaczęłam desperacko ją szarpać. Musiałam otworzyć bramę, musiałam przejść, po prostu musiałam.
Jednak moje próby spełzły na niczym. Znikąd pojawiły się silne ramiona, które wyrwały mi z rąk kłódkę, odciągnęły od bramy, po czym wyprowadziły na zewnątrz. Subaru złapał mnie za ramiona i potrząsnął mną mocno.
- Ocknij się! Ocknij się!
Zamrugałam oczami i wciągnęłam ze świstem powietrze, kiedy zakręciło mi się w głowie.
- Co… co się stało? – zatoczyłam się i na pewno bym upadła, gdyby nie Subaru.
Wampir odetchnął z ulgą wprost w moje włosy, po czym nagle zesztywniał. Złapał mnie za nadgarstki  i uniósł moje dłonie, wewnętrzną stroną do góry. Spojrzałam na nie zszokowana – były całe poranione. Chciałam je wyszarpnąć z uścisku Subaru, ten jednak sam je puścił i ku mojemu zaskoczeniu, przyciągnął mnie do siebie.
- Uspokój się – szepnął. Nie wiedziałam, czy było to skierowane do mnie, czy może raczej bardziej do niego samego. 

środa, 7 maja 2014

Diabolik Lovers: Rozdział 1


      Zwyczajny dzień w rezydencji wampirów



 W jadalni zajęłam swoje stałe miejsce – obok Ayato, a naprzeciwko Shu. Przez pewien czas jedliśmy w zupełnym milczeniu. Wodziłam wzrokiem po braciach Sakamaki, zastanawiając się, jak zacząć temat, który dręczył mnie już od jakiegoś czasu. Każdy z wampirów zdawał się być jednak w pełni skupiony na zawartości swojego talerza. Spuściłam więc niechętnie głowę, dłubiąc srebrnym widelcem w smażonych warzywach. Zmusiłam się do przełknięcia jednego kęsa i odsunęłam od siebie talerz.
- Hmm… mam… mam do was pewną prośbę… propozycję. – przerwałam wreszcie ciszę. Zerknęłam w stronę Reiji’ego, który obserwował mnie krytycznym wzrokiem. Postanowiłam nie zwracać na niego uwagi i po prostu kontynuować swoją wypowiedź. – Jak wiecie, jestem chrześcijanką. Tak, wiem, że was to nie obchodzi. W każdym razie, jak zapewne się domyślacie, co roku obchodzę Święta Bożego Narodzenia. Tyle, że tym razem nie mogę spędzić ich z rodziną, więc pomyślałam sobie, że może… może chcielibyście świętować Boże Narodzenie ze mną? Co wy na to?
Powiodłam wzrokiem po chłopakach, mając cichą nadzieję, że się zgodzą. Pierwszy odezwał się Ayato.
- A po co mamy to świętować? Mnie te święta nie obchodzą.
- Hej, to nie jest taki zły pomysł! Nasza maleńka mogłaby robić za Śnieżynkę. Najlepiej taką w skąpym stroju. Albo za roznegliżowanego elfa. – wypalił Raito. Zboczeniec jeden…
- Myślałam raczej o bardziej tradycyjnych świętach. – odchyliłam się do tyłu i za plecami Ayato, zgromiłam jego brata spojrzeniem. – Wiecie, z choinką, ozdobami, prezentami, świątecznymi daniami i całym tym świątecznym nastrojem.
- Zgoda. – odparł Reiji, czym całkowicie mnie zaskoczył. – Ty sama zajmiesz się przygotowaniami. – dodał, odkładając swoje sztućce.
Wredny drań. Musiał gdzieś wepchnąć haczyk.
- C-co? Sama? Nie dam rady! Jest was szóstka, a ja jedna. Wykażcie się rzesz, choć odrobiną zrozumienia i dobrego wychowania!
Powiodłam wzrokiem po twarzach braci. Reiji wpatrywał się we mnie z tą swoją obojętną miną, lekko unosząc jedną brew, zupełnie jakby rzucał mi wyzwanie. Subaru spokojnie kończył jeść posiłek, nawet nie patrząc w moją stronę. Shu natomiast patrzył na mnie tymi swoimi błękitnymi oczami, o dziwo otwartymi szerzej niż zazwyczaj. Wydawało mi się, że dostrzegałam w nich odrobinę zaciekawienia.
Obróciłam się na krześle w stronę trojaczków, siedzących po mojej lewej stronie. Ayato patrzył na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, Raito uśmiechał się głupkowato, a Kanato… Kanato był zbyt pochłonięty miażdżeniem ciasteczek na swoim talerzu żeby zwracać na mnie uwagę.
Wyprostowałam się.
- To jak? – zapytałam z nadzieją.
- Zobaczymy. – odrzekł Reiji.
Dalsza część posiłku minęła znowu w milczeniu. Wreszcie Reiji oznajmił, że możemy się już rozejść. Wszyscy, więc zaczęli podnosić się ze swoich miejsc. Już miałam wyjść z jadalni, gdy coś mi się przypomniało.
- Subaru. – zawołałam białowłosego. – Możemy porozmawiać?
Ayato rzucił mi podejrzliwe spojrzenie, spod zmrużonych powiek, jednak zignorowałam go. Subaru natomiast przechodząc obok mnie, wymówił tylko jedno słowo:
- Ogród. – po czym wyszedł.
Czym prędzej uczyniłam to samo, aby uniknąć przesłuchiwania przez Ayato, chociaż dobrze wiedziałam, że gdyby chciał, to prędzej czy później dogoniłby mnie. Czasami wciąż miewałam takie bezsensowne odruchy, pomimo tego, że mieszkałam w tym domu już kilka miesięcy.
Gdy tylko przekroczyłam próg rezydencji przeszył mnie lodowaty powiew wiatru. Zatrzęsłam się i objęłam ramionami, żałując, że nawet nie zarzuciłam swetra, wychodząc z domu. „Cóż, teraz sobie po prostu trochę pomarznę w tej swojej sukieneczce na ramiączkach.”, pomyślałam.
Rozejrzałam się po ogrodzie. Burza ustąpiła już jakiś czas temu. Księżyc wychylił się zza chmur, wiatr uspokoił, a deszcz przestał lać. Gdzieniegdzie walały się teraz gałęzie, a ścieżki tu i ówdzie poznaczone były kałużami.
Ruszyłam żwirową alejką, po obu stronach, której rosły krzaki róż. Pantofelki na moich stopach zdążyły już przemoknąć, sprawiając, że było mi jeszcze bardziej zimno. Westchnęłam tylko i przystanęłam. Znalazłam się już, bowiem w miejscu, gdzie dotychczasowa czerwień róż przechodziła w biel. Zadarłam głowę do góry, przyglądając się księżycowi, a nagły powiew wiatru poruszył moimi włosami, skutecznie odgarniając mi je z twarzy. Uśmiechnęłam się do siebie, przymykając oczy.
- Dziękuję, że przyszedłeś. – powiedziałam po prostu, a gdy otworzyłam oczy on rzeczywiście tam stał, na alejce, naprzeciwko mnie. Stał tam, chociaż nie dało się wcześniej słyszeć jego kroków na żwirze. Ktoś inny mógłby się przestraszyć, ale ja byłam już do tego przyzwyczajona. Uśmiechnęłam się, więc po prostu do białowłosego wampira.
- O czym chciałaś porozmawiać? – zapytał, obserwując mnie swoimi krwistoczerwonymi oczami. Rękawy jego czarnej kurtki były podwinięte. Oczywiście wieczorny chłód nie robił na nim najmniejszego wrażenia.
- Widzisz… wiem, że już dużo mi pomagałeś... dałeś mi nawet swój sztylet…
- Przejdź do rzeczy.
- No, więc… - potarłam dłońmi o siebie, aby je trochę rozgrzać. – Czy istnieje może szansa, że nauczyłbyś mnie samoobrony?
- Czyżbyś wreszcie zaczęła się nas bać? – Subaru skrzyżował ramiona na klatce piersiowej, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Czy gdybym zaczęła się was bać, to zwróciłabym się do jednego z was o pomoc?
- Patrząc na to, że ten jeden z nas już ci kiedyś pomógł…
- Dobra, mniejsza o to… nie, nie boję się was. A więc? Nauczysz mnie? – zapytałam z nadzieją. W sumie mogłam z tą prośbą zwrócić się również do Ayato, ale… Ayato odpadał. Czemu? Właściwie sama nie wiem, czemu. W „akcji” widziałam tylko jego i Subaru, ale wolałam w tej sprawie zwrócić się właśnie do Subaru.
Wyżej wymieniony natomiast w tej chwili wpatrywał się we mnie tak jakby chciał przewiercić mnie wzrokiem na wylot. W końcu skinął lekko głową.
- Zgoda.
- Dzięki. – powiedziałam, po czym podeszłam do chłopaka i przytuliłam go. – Dziękuję ci.
Wampir nie protestował. Poklepał mnie niezdarnie po plecach i mruknął niewyraźnie coś w stylu „nie ma za co”.

                                                                          ***

 Przez całą drogę powrotną z ogrodu do mojego pokoju marudziłam, że na pewno będę chora. Niestety od dziecka miałam słabą odporność i dość często chorowałam.
Kiedy byłam już wykąpana, przebrana w pidżamę i ogólnie gotowa do snu, było już nieźle po północy. Całe szczęście następnego dnia było wolne, więc mogłam spokojnie sobie pospać. Zgasiłam światło i wykończona padłam na łóżko. Zakopałam się w pościeli, zamykając oczy. Jednak, kiedy już przysypiałam, poczułam, że materac za moimi plecami ugina się pod ciężarem drugiego ciała. Już miałam się odezwać, ale przeszkodził mi w tym mój „gość”.
- Nic nie mów. – tuż przy moim uchu rozległ się znajomy głos, gdy jego ramiona oplatały mnie i przyciągały do siebie.
Potulnie skinęłam głową, zamknęłam oczy i zasnęłam.
                      
                                                                             ***

 Następnego dnia obudziły mnie promienie słoneczne, które bezczelnie świeciły mi wprost na powieki. Jęknęłam. No tak, zapomniałam wczoraj zaciągnąć zasłony. Przeciągnęłam się leniwie, a dopiero po kilku sekundach zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak. Otworzyłam oczy. Moja głowa nie spoczywała na poduszce, lecz na… torsie Ayato. Po chwili zastanowienie przypomniałam sobie, że ten przecież odwiedził mnie w nocy. Uśmiechnęłam się, podnosząc głowę. Na jego twarzy malował się błogi spokój. Czerwonawe kosmyki włosów, będące w wiecznym nieładzie opadały mu teraz na czoło, zamknięte powieki, a co dłuższe nawet na policzki. Z lekko rozchylonych ust nie dobywał się żaden dźwięk, a jak zwykle blada skóra wyglądała wręcz na wykonaną z porcelany.
Przekonana, że wampir śpi w najlepsze, starałam się jak najciszej zsunąć z łóżka. Jednak albo ja jestem tak niezdarna, albo Ayato tylko udawał, że śpi. Bowiem w chwili, kiedy już miałam stawiać stopę na miękkim dywanie, chłopak złapał mnie za nadgarstek.
- Gdzie idziesz? Połóż się. – rozległ się jego głos, a gdy podniosłam głowę ujrzałam dwoje jadowicie zielonych oczu, obserwujących mnie uważnie.
- Ale… - nie zdążyłam dokończyć, gdyż pociągnął mnie z powrotem na moje miejsce. Uśmiechnęłam się mimowolnie. On w tym czasie obrócił się do mnie przodem i bez słowa nachylił nad moją szyją.
- Od samego rana? Serio? – jęknęłam.
- Nie marudź.
Ale w tym momencie mój brzuch postanowił mnie wesprzeć i zaburczał głośno. Chłopak zazgrzytał zębami, wciąż nade mną nachylony.
- Zawsze coś musi przeszkodzić. Zawsze. – mamrotał niezadowolony, na co ja zareagowałam śmiechem.
Ayato spojrzał mi w oczy, po czym niechętnie odsunął się ode mnie i usiadł na skraju łóżka. Postanowiłam wykorzystać okazję, a nie czekać aż zmieni zdanie i stwierdzi, że to jednak on pierwszy się posili. Zeskoczyłam z łóżka, a gdy grzebałam w szafie, Ayato wciąż siedział w tym samym miejscu.
- Co robiłaś wczoraj z Subaru? – zapytał nagle.
- Rozmawialiśmy. – odpowiedziałam krótko.
- O czym?
- Niczym specjalnym… - dla podkreślenia swoich słów machnęłam lekceważąco ręką.
- Przytuliłaś się do niego. – powiedział niemalże z wyrzutem. Kładł nacisk na każdy wyraz, a jego ton był wręcz oskarżycielski.
- No i co w tym takiego? – kiedy zamknęłam szafę i odwróciłam się z ubraniami w rękach, ten stał już przede mną.
- Należysz do mnie. Tylko i wyłącznie do mnie. – oznajmił, a raczej przypomniał to w taki sposób, że aż ciarki przeszły mi po plecach.
- Czyżby ktoś tu był zazdrosny? – uniosłam pytająco jedną brew
Ayato prychnął w odpowiedzi, unosząc podbródek. Przypominał mi kota z urażoną dumą.
- Stajesz się za bardzo zarozumiała, Naleśniku.
- A ty za bardzo zaborczy. – odcięłam się.
Chłopak zmrużył oczy, więc żeby nieco go rozchmurzyć, kiedy go mijałam, stanęłam na palcach i cmoknęłam go w policzek.
- Nie gniewaj się. – rzuciłam jeszcze, wychodząc z pokoju.
W łazience nalałam gorącej wody do wanny, zrzuciłam ubrania i stanęłam przed ogromnym lustrem w złotej ramie. Obejrzałam uważnie swoją skórę. Była gładka, bez żadnych ran, blizn, czy świeżych śladów po kłach. Zadowolona, wsunęłam się do wanny, by już w spokoju móc cieszyć się chwilą prywatności i spokoju.
Niestety owej prywatności, jak i spokoju nie można w tym domu doświadczyć nawet w łazience. Gdy byłam już, na szczęście, wykąpana, ubrana i zajmowałam się czesaniem włosów, usłyszałam pluśnięcie dobiegające z wanny.
Odwróciłam się ze szczotką trzymaną oburącz, w gotowości niczym broń. Moim oczom ukazał się… blondwłosy wampir, leżący w wannie, w ubraniach i oczywiście ze słuchawkami w uszach.
- Shu! – odłożyłam szczotkę. – Czy naprawdę nie mógłbyś zaczekać aż skończę?
- A jeszcze nie skończyłaś? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
- No… w sumie… ehh, ale mógłbyś poczekać aż wyjdę z łazienki.
Chłopak tylko wzruszył ramionami. Zrezygnowana wyszłam z pomieszczenia i skierowałam swe kroki do kuchni. Właśnie zastanawiałam się co zjeść, kiedy zdałam sobie sprawę, że ktoś za mną stoi. Odwróciłam się błyskawicznie, z nożem w ręce.
- Ej, naleśniku, spokojnie.
- Czy wy zawsze musicie się skradać? – westchnęłam, opierając się o lodówkę.
- Nie skradamy się, to ty jesteś przewrażliwiona.
Przewróciłam oczami i odwróciłam się, przeglądając zawartość lodówki. Ayato natomiast usadowił się na krześle i bujał na nim, podczas gdy ja krzątałam się po kuchni. Wampir cały czas nie spuszczał ze mnie wzroku, gdy przygotowywałam ciasto na naleśniki.
- Wiesz… - zaczął konspiracyjnym szeptem.  – Ja też mam ochotę na pewnego Naleśnika.
- Zboczony wampir… - mruknęłam odstawiając pustą misę na kuchenny blat.
Nim zorientowałam się, co się dzieje, zostałam przyparta do ściany. Jadowicie zielone oczy połyskiwały, a blade wargi rozciągały się w drapieżnym uśmiechu.
- Nie myl mnie z moim bratem, Naleśniku. – usłyszałam jeszcze zanim ostre kły wbiły się w moją szyję. Zamknęłam oczy i zacisnęłam zęby. Nie było sensu protestować. Mieszkając tyle czasu pod jednym dachem z wampirami nauczyłam się, że wyrywanie się nie ma sensu. Wywołuje to tylko więcej bólu.
 Po krótkiej chwili Ayato odsunął się, ale zamiast zadowolenia na jego twarzy gościło zdziwienie. W zamyśleniu starł z ust resztkę mojej krwi.
- Co jest? Czyżby przestała ci smakować? – rzuciłam sarkastycznie, przyciskając dłoń do szyi.
- Inaczej smakuje… – wampir opuścił rękę, mrużąc brwi.
- Jeśli oznacza to, że przestaniecie żłopać ją hektolitrami, to nie mam nic przeciwko.
Na szczęście chłopak postanowił wspaniałomyślnie pozwolić mi w spokoju dokończyć smażenie naleśników, więc po kolejnych kilkunastu minutach byłam w pełni gotowa na kolejne mini-zawody w rzutkach organizowane praktycznie co tydzień. Stały się one już ich… a może raczej naszą  tradycją.
 
W pogrążonym w półmroku salonie zebrała się już cała rodzina w komplecie. Pospiesznie zajęłam więc miejsce na kanapie, stawiając talerz ze stosem naleśników na stoliku.
- Częstujcie się. – swoje słowa skierowałam głównie do siedzącego obok mnie Kanato. Specjalnie ze względu na niego, nie żałowałam śmietany, sosu czekoladowego, kolorowej posypki i truskawek.
- Hej, Teddy, patrz co mamy… - chłopak uśmiechnął się do swego misia, więc zadowolona wzięłam jednego naleśnika i usiadłam po turecku. Niemal natychmiast zostałam spiorunowana spojrzeniem przez Okularnika. Zwalczyłam ogromną chęć, pokazania mu w dziecinnym geście języka. Ignorując go, przeniosłam wzrok na Shu i Ayato, którzy już ustawili się w pewnej odległości przed tarczą.
- Okay! – Raito klasnął w dłonie. – Ostatnim razem wygrał Shu, więc dziś zaczyna Ayato. Stawka jest taka sama jak zwykle.  – tu spojrzał na mnie znacząco. W odpowiedzi prychnęłam jedynie, unosząc ponownie do ust słodki przysmak.
 Chłopcy rozpoczęli grę, Raito  stanął za mną, Kanato pochłonięty był… no cóż, pochłanianiem swojej porcji, Subaru spokojnie opierał się o regał z książkami, a Reiji zwyczajowo obserwował nas znudzonym wzrokiem, jednocześnie wertując jakąś pokaźnych rozmiarów księgę.
 Odchrząknęłam, marszcząc brwi. Każdy kolejny kęs bowiem co raz gorzej przechodził mi przez bolące gardło. Przełknąwszy z trudem ostatni kawałek, odchyliłam się na oparcie, pocierając ramiona. Nagle zrobiło mi się jakoś zimno.
- Co jest maleńka, rozgrzać cię? – wymruczał Raito, pochylając się nad kanapą i obejmując mnie od tyłu. Potrząsnęłam szybko głową, przykładając dłoń do ust, po czym zaniosłam się głośnym kaszlem. Wszystkie  głowy jak na komendę odwróciły się w moją stronę. Nawet Reiji uniósł wzrok znad swojej lektury, zapewne po to by skrytykować mnie za niewłaściwą pozycję podczas kaszlenia.
Za moimi plecami usłyszałam natomiast głuchy trzask, a ręce Raito nagle zniknęły.
- Co jej zrobiłeś?! – warknięcie to na pewno należało do białowłosego wampira.
Zaczerpnęłam głęboko powietrza i ponownie potrząsnęłam głową.
- Nic… nic mi nie zrobił. – wycharczałam. – To tylko kaszel. Źle się czuję, pójdę się położyć.
Nie czekając na reakcję któregoś z braci opuściłam pomieszczenie.

niedziela, 16 lutego 2014

Amnesia

 A oto i moje najnowsze dzieło. Życzę miłej lektury ;)


 Ciemność. Wszechobecna ciemność. Nic poza nią. Chciałam otworzyć oczy, lecz nie mogłam, powieki były za ciężkie. Dryfowałam więc tak w tej mrocznej otchłani, niezdolna poruszyć chociażby palcem, do mych uszu nie docierały żadne dźwięki, język stanął kołkiem. Ciemność mnie pochłonęła…
 Nie wiem, ile czasu byłam nieprzytomna. Kiedy się obudziłam, ciemność została gwałtownie zastąpiona przez ostrą biel. Zamrugałam kilkakrotnie, a gdy wzrok przyzwyczaił się już do gwałtownej zmiany barw, rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nieskazitelna biel, mnóstwo specjalistycznego sprzętu… bywałam w takich miejscach zdecydowanie za często, żeby nie móc ich rozpoznać. Szpital. Dopiero po chwili zorientowałam się, że ktoś siedzi przy moim łóżku. Naprawdę było ze mną źle, skoro nie zauważyłam go wcześniej, chociaż jego ubrania zdecydowanie rzucały się w oczy.
- Shin? – spodziewałam się, że mój głos będzie zachrypnięty, ale… w ogóle go nie usłyszałam. Chłopak również nie zareagował. Zmrużyłam oczy.
- Shin. – powtórzyłam z nadzieją, że tym razem wreszcie wydobędę z siebie w miarę słyszalny dźwięk. Pomyliłam się, znowu nie usłyszałam własnego głosu.
- Shin! – i znów taki sam rezultat. Usiadłam gwałtownie, co przyszło mi o wiele łatwiej niż powinno. Za łatwo. Odwróciłam się przodem do chłopaka, który zatopiony w myślach zdawał się nie zwracać na mnie uwagi. Wpatrywał się uparcie w splecione dłonie opuszczone między kolanami, a twarz miał wykrzywioną cierpieniem. Nie mogłam na to patrzeć. Wyciągnęłam rękę chcąc go dotknąć i zamarłam w bezruchu. Siedziałam tak przez kilka sekund, po czym uniosłam dłoń i przyjrzałam się jej, przerażona. Była… niemalże całkowicie przeźroczysta. Zeskoczyłam z łóżka. Jak silne leki mi podali? W każdym razie nie działały one na mnie najlepiej… Stanęłam przed Shinem i pomachałam dłonią przed jego oczami. Zero reakcji. Złapałam go za ramię. A raczej, spróbowałam. Moja ręka bowiem… najzwyczajniej przez niego przeniknęła. Chłopak wzdrygnął się i potarł ramię. Uniosłam dłonie do ust. To jakaś halucynacja? , przeszło mi przez myśl. Odwróciłam się w stronę łóżka i po prostu stanęłam jak wryta. Ja… moje ciało… wciąż na nim leżało. Przyjrzałam się samej sobie. Na twarzy miałam maskę tlenową, moje ciało podpięte było do różnorodnej aparatury, której nazwać nie potrafiłam. Obserwowałam jak moja klatka piersiowa powoli unosi się i opada.  Moja skóra była zdecydowanie bardziej bledsza niż powinna być, zroszona potem. Włosy rozsypane w nieładzie na poduszce. Na głowie opatrunek. Patrzyłam skołowana na własne ciało, stojąc obok łóżka. Dziwne uczucie. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Może to po prostu sen?
Zastanawiałam się jak do tego wszystkiego doszło i co tak właściwie przydarzyło mi się tym razem. Wreszcie doznałam olśnienia. Przecież przy łóżku powinny wisieć informacje na temat pacjenta i choroby. Szybko odnalazłam to, czego szukałam i już miałam się wziąć za lekturę, gdy nagle cały sprzęt, do którego byłam… moje ciało było podpięte, zaczął wydawać przeraźliwe dźwięki. Shin poderwał się ze swojego miejsca i kilkakrotnie nacisnął jeden ze znajdujących się na ścianie przycisków. Stałam zdezorientowana, próbując zrozumieć co się dzieje. Dość szybko jednak dostrzegłam przyczynę zamieszania. Moja klatka piersiowa przestała się unosić. Usłyszałam pospieszne kroki na korytarzu i już po chwili do pokoju wpadła cała grupa lekarzy i pielęgniarek. Jedna z kobiet wyprosiła grzecznie Shina, chociaż i tak musiała zmusić go do wyjścia niemal siłą. Przerażona już nie na żarty, patrzyłam jak lekarze przystępują do masażu serca. Mijały sekundy, a moje ciało nie reagowało. Unosiło się tylko gwałtownie, po czym bezwładnie opadało. Twarze personelu robiły się co raz bardziej pochmurne. Za plecami usłyszałam huk. Odwróciłam się. To Shin uderzył pięścią w przeszkloną ścianę. Toma wraz z pielęgniarką starali się go uspokoić.
Przeniosłam szybko wzrok z powrotem na moje ciało, ale napotkawszy minę lekarza, wiedziałam, że stało się najgorsze. Z przerażeniem patrzyłam jak odkłada elektrody
- Straciliśmy ją. – oznajmił chłodnym głosem i zerknął na zegarek. – Czas zgonu: 9:36.

- Nie!

wtorek, 21 stycznia 2014

Neverland: Prolog

 Oto prolog do mojego opowiadania, pierwszego od dawna, które nie jest żadnym fanfic'iem. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu. Miłego czytania.



Prolog


 Dwa światy. Temat popularny wśród wszelakich powieści, gier, ludzkich wierzeń i tym podobnych. Ten „drugi świat” występuje pod wieloma postaciami, w zależności od tego, gdzie jest przedstawiany. Raz ukazują go jako po prostu zwykłe zaświaty. Innym razem jako świat demonów, czy też innych stworzeń nadnaturalnych.
 „Drugi świat” występuje również w umysłach wielu ludzi. Jednak u każdego wygląda inaczej. Przeważnie staje się on rajem, krainą marzeń, nibylandią. Światem, nad którym mamy całkowitą kontrolę. Żyje w nim nasze alter ego. Stwarzamy idealne scenariusze najróżniejszych sytuacji. Często świat ten bywa ucieczką od rzeczywistości, ale wciąż pozostaje w naszych umysłach… to są jego granice.
 Sama również należałam do osób, które stwarzają sobie taki drugi świat. Zawsze mówiono mi, że mam bujną wyobraźnię. Cóż, nie zamierzam temu zaprzeczyć. Nigdy jednak przez myśl mi nie przeszło, że „drugi świat” mógłby istnieć naprawdę, a tym bardziej, że miałabym mieć z nim coś wspólnego.  Ba, gdyby ktoś próbowałby mi  to wmówić… zapewne bym go wyśmiała.
 Przynajmniej tak byłoby kiedyś. Z czasem  moje postrzeganie świata (i nie tylko) zmieniło się. Chciałabym opowiedzieć wam moją historię i przedstawić „drugi świat”. Jednak… nieco inny. Nieprzewidywalny, zaskakujący, nad którym człowiek i jego umysł nie mają najmniejszej kontroli.