Dla wszystkich czytelników mojego fanfiction z Diabolik Lovers.
Późnym popołudniem Taneda zatrzymał swoją
taksówkę na postoju przy dworcu kolejowym, aby zaczekać na następnego klienta.
Wiedział, że w tak dogodnym miejscu znajdzie się on szybko, ale nie spodziewał
się, że aż tak szybko. Nie zdążył
bowiem nawet zapalić dopiero co wysuniętego z paczki papierosa, gdy zauważył
parę młodych ludzi — kobietę i mężczyznę — zbliżających się do jego samochodu.
Odczekał chwilę, by upewnić się, że idą akurat do niego, po czym niechętnie schował
paczkę z powrotem do kieszeni spodni.
Kobieta zatrzymała się przed drzwiami od
strony kierowcy i pochyliła się, aby spojrzeć na niego ponad opuszczoną do
połowy szybą.
— Dzień dobry — przywitała się z uśmiechem.
— Można?
— Owszem. I to w trybie natychmiastowym. Twój pokój znajduje się w coraz bardziej opłakanym stanie.
Kąciki ust wampira zadrgały.
— Chyba nie widziałaś pokoju Kanato.
— Wyobraź sobie, że widziałam. Sęk w tym, że w jego pokoju nie spędzam tyle czasu, co w twoim.
— Byłbym zmartwiony, gdyby było inaczej. — W jego głosie zabrzmiała nutka ironii, a smukłe palce przebiegły leniwie po klawiszach, wydobywając z nich piękny, czysty dźwięk. Nie brał na poważnie takiej ewentualności. Podobnie jak moich słów. Zamierzałam to zmienić. — Poza tym, od tego jest służba.
— Służba ostatnio za tobą nie nadąża, a ty jesteś dużym chłopcem, który potrafi posprzątać swój własny bałagan, prawda? — Uśmiechnęłam się z przekąsem, stając tuż za nim. Położyłam dłonie na jego ramionach i pochyliłam się tak, aby nasze twarze znalazły się na tym samym poziomie. — Więc albo ładnie posprzątasz, albo również w twoim pokoju przestanę bywać. Co ty na to?
Myślicie, że wychowywanie dziecka jest trudne? To wyobraźcie sobie, że to dziecko o nadludzkiej sile, szybkości oraz o niesamowicie wyostrzonych zmysłach. Dziecko, które potrafi wyłamać szczebelki łóżeczka, czmychnąć z prędkością światła na drugi koniec pomieszczenia i obudzić się po usłyszeniu najcichszego szmeru. Dziecko, które okazjonalnie teleportuje się bądź lewituje w najmniej odpowiednich momentach. Dziecko z dwoma ostrymi jak brzytwa kłami. Czy czujecie się już wystarczająco przerażeni?
Będę szczera – wychowywanie dziecka wampira nie należało do najprostszych zadań w moim życiu. Ale wiecie co? Mimo tych wszystkich kłopotów, wciąż sprawiało mi to niewyobrażalną radość.
– Tokiya! – zawołałam niemal błagalnie, wychodząc z łazienki z białym, puchatym ręcznikiem w rękach.
Uff, wreszcie skończyłam ten bonus-nagrodę dla zwyciężczyni konkursu. Jest on (jak sami będziecie mogli się przekonać) utrzymany w zdecydowanie innym nastroju niż aktualne rozdziały DiaLovers. W moim założeniu miał wyjść lekki i komediowy - tak na poprawę humoru i rozluźnienie się. Dajcie mi znać, czy osiągnęłam swój cel! ^^ Będzie mi również miło, jeśli odwiedzicie mnie na którymś z moich profili, np. na Twitterze - Lady Kanra i/lub ARMY.PL Miłego czytania~.
Wakacje z wampirami
Jeszcze
nawet zanim rok szkolny oficjalnie dobiegł końca myślałam, że fajnie byłoby
jakoś to uczcić. No wiecie, w końcu zapowiadało się na to, że mieliśmy ukończyć go z sukcesem – wszyscy zdali. Z
lepszymi bądź gorszymi wynikami, ale cała nasza siódemka dała radę. Reiji nawet
nie miał zbyt wielu powodów do narzekania. A wracając do świętowania… Zdaje
się, że parę razy wspomniałam braciom Sakamaki, że gdybym miała okazję to w
wakacje chętnie wybrałabym się do typowych, japońskich łaźni albo jakiegoś
miejsca w tym stylu. Nie myślałam, że któryś z nich wziąłby moje słowa na
poważnie. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy parę dni po zakończeniu szkoły
oznajmili, iż mam jak najszybciej się spakować, ponieważ czeka nas krótki pobyt
w pewnym kurorcie. Na początku myślałam, że po prostu robili sobie ze mnie
żarty. Przestałam, gdy Reiji swoim do bólu poważnym tonem zaczął opowiadać o
wyjeździe i miejscu naszego zakwaterowania. Dowiedziałam się, iż wybrany przez
nich kurort znajdował się gdzieś pomiędzy światem ludzi i demonów. Można więc
było zastać w nim przedstawicieli obu tych krain. Cóż, zapowiadało się
ciekawie.
W dzień wyjazdu nie kryłam
swojego podekscytowania. Zawczasu spakowana i w pełni gotowa do drogi od rana
przemierzałam w podskokach rezydencję, poganiając braci Sakamaki. Przez to
kilkakrotnie do moich uszu dobiegło zaspane mamrotanie o „żałowaniu swojej
decyzji”. Ale miałam to gdzieś. Nie było najmniejszej szansy, żeby udało im się
z tego wykręcić.
- Przecież wyjeżdżamy dopiero
za trzy godziny – zaprotestował Shu, gdy przyszła pora, by to z niego zerwać
pościel.
- Kto rano wstaje, temu Pan
Bóg daje – wyrecytowałam śpiewnym tonem. – Znając ciebie wylazłbyś z łóżka na
parę minut przed wyjazdem, a musisz się chyba doprowadzić do porządku, prawda?
- Nie - odparł, obracając się
na drugi bok. – Mogę jechać tak jak jestem.
- Och, nie ma mowy. Będę
przychodzić tu tak długo, aż nie wstaniesz – oznajmiłam, krzyżując ramiona na
klatce piersiowej. – Innych też już wygoniłam.
Blondyn ukrył twarz w
poduszce, która częściowo stłumiła jego pełen niezadowolenia jęk.
- Daj mi spać!
- Chciałbyś – rzuciłam na
odchodnym, zanim ruszyłam w dalszą drogę, by upewnić się, że rodzeństwo Shu nie
wróciło podczas mojej nieuwagi do łóżek. Nie miałam zamiaru im odpuszczać. Sami
się w końcu o to prosili.
- Szczerze mówiąc myślałem, że
twoja walizka będzie większa – stwierdził Laito, gdy na chwilę przed odjazdem
znieśliśmy swoje bagaże do czekającej limuzyny. Tak, oczywiście, że jechaliśmy
limuzyną. Był to chyba jeden z niewielu środków transportu, jaki rodzina
Sakamaki uważała za właściwy. – Czy dziewczyny zazwyczaj nie biorą ze sobą
mnóstwa rzeczy?
Prychnęłam, przekazując swój
bagaż szoferowi.
- Potrafię spakować się tak,
żeby wziąć wszystko, co potrzebne, a żeby nie zajmowało to zbyt dużo miejsca. –
Obrzuciłam wzrokiem walizki i torby chłopaków. – A wy co tam macie? Przenośne
narzędzia tortur?
Rudzielec teatralnym gestem
przyłożył sobie dłoń do piersi.
- Przejrzałaś nas.
- Wciąż nie rozumiem, po co po
nas tak wcześnie przyszłaś – burknął Kanato, bezceremonialnie wsuwając się
między nas. Obdarzył mnie pełnym wyrzutu spojrzeniem. – Te jedzenie na drogę
to mogłaś sobie sama zrobić. W dodatku
nie zajęło to dużo czasu, więc nie wiem, po co byliśmy ci potrzebni.
- Cóż, prawdę powiedziawszy… -
Uśmiechnęłam się niewinnie, nawijając pasmo włosów na palec wskazujący prawej
dłoni. – Po prostu nie potrafiłam spać, tak więc…
- To że ty nie umiałaś spać
nie znaczy, że my też nie mieliśmy.
- Och, daj spokój…
- Mniej gadania, więcej
pakowania – wtrącił się Reiji, przechodząc obok nas ze swoją walizką. – Zaraz
wyjeżdżamy, więc lepiej wsiadajcie, jeśli nie chcecie tu zostać.
Czas
podróży wypełniony był moim radosnym trajkotaniem oraz mniej lub bardziej
zadowolonymi pomrukami ze strony wampirów. Nie przejmowałam się za bardzo ich
podejściem. Kiedy zaczynali mnie ignorować zajmowałam się sama sobą, wyglądając
przez okno, słuchając muzyki albo zastanawiając się nad tym, co mogłabym robić
po dotarciu na miejsce. Dzięki temu czas minął mi szybciej i byłam niemal
zaskoczona, gdy nasz pojazd ostatecznie się zatrzymał. Już w następnej chwili
rzuciłam się czym prędzej do wyjścia, niemal depcząc siedzącego obok Ayato.
Zignorowałam jego zirytowane syknięcie i wypadłam na zewnątrz.
Myśląc o typowo japońskich
łaźniach zazwyczaj miałam przed oczami obraz raczej niskiego budynku w typowo
japońskim stylu, z równie typowo japońskim ogrodem. Tymczasem po wyjściu z
limuzyny ujrzałam ogromny (co najmniej dziesięciopiętrowy), nowoczesny budynek.
Nawet z miejsca, w którym stałam widziałam piętrzące się za nim zjeżdżalnie i
słyszałam szum wody zmieszany z okrzykami radości (i przerażenia). Obszerny
ogród znajdujący się obok parkingu wypełnionego luksusowymi pojazdami niby był
utrzymany w japońskim stylu, ale to zdecydowanie nie było to, co sobie
wyobrażałam. W dodatku wszystko wyglądało tak… drogo. Niczym wyciągnięte z
reklamy jednego z tych biur podróży dla bogaczy. Szczęka mi tak trochę opadła.
- Zamknij usta, bo to
niekulturalne – zganił mnie Reiji, stając obok.
- To wygląda jak… -
Otrząsnęłam się, pokręciwszy głową. – Jakiś pięciogwiazdkowy hotel.
- Tak właściwie, ma tylko
cztery gwiazdki.
Spojrzałam na niego w
osłupieniu.
- Cztery gwiazdki? –
Powtórzyłam, po czym złapałam rączkę mojej walizki, przed chwilą wyjętej z
bagażnika przez szofera. – Co to ma znaczyć, że to ma tylko cztery gwiazdki? – Prychnęłam. I odwróciłam się w kierunku
limuzyny. – Nie ma mowy, żebym została w takim miejscu. Cztery gwiazdki, to
zdecydowanie za mało jak dla mnie.
Bracia Sakamaki wpatrywali się
we mnie z uniesionymi brwiami.
- Chcesz… wracać? – zapytał
niepewnie Subaru, przechylając głowę na
bok.
Zaśmiałam się, spojrzałam na
ich szóstkę z politowaniem, po czym błyskawicznie ruszyłam w kierunku
przeszklonych drzwi wejściowych.
- Jeszcze czego! – Machnęłam
im wolną dłonią. – Nara, frajerzy! Idę się pławić w czterogwiazdkowych
luksusach!
Początkowo
bracia Sakamaki chcieli wynająć osobne pokoje dla każdego z nas, ale udało mi
się ich przekonać, żeby się nie wygłupiali i nie zajmowali miejsca innym
gościom. W dodatku okazało się, że gdy nadeszła pora rezerwacji wolny był tylko
jeden jednoosobowy pokój. Musieli więc pogodzić się z myślą, że będą dzielić
pomiędzy sobą dwa pomieszczenia – w jednym trojaczki, w drugim reszta. Mi
trafił się ten ostatni jednoosobowy, co całkiem mnie zadowalało.
Jak najwyraźniej wszystko w
tym kurorcie, także mój pokój był połączeniem nowoczesności z tradycją. Jego
ściany pokrywała drewniana boazeria oraz beżowa tapeta, gdzieniegdzie
przyozdobiona niewielkimi obrazami pejzaży. Podłoga wyłożona była jasnymi tatami * z niewielkim drewnianym
stolikiem otoczonym przez poduszki, ustawionym na jej środku. Z jednej strony
pokoju znajdowało się normalne, jednoosobowe łóżko, a z drugiej – rozłożony na
matach futon**. Na jednej ze ścian
wisiał płaski telewizor, a duże okna i szklane drzwi prowadziły na balkon, z
którego roztaczał się widok na baseny oraz zewnętrzną część łaźni.
Choć to, iż słońce rzekomo
spala wampiry jest zaledwie mitem, bracia Sakamaki i tak nie lubili przebywać
na zewnątrz, gdy świeciło ono najmocniej. Wynikało to z tego, iż jako czystej
krwi wampiry byli po prostu wrażliwi na jego promienie. Działało to u nich
mniej więcej na tej samej zasadzie, co u niektórych ludzi – zbyt długie
wystawienie na działanie promieni słonecznych podrażniało ich skórę i/lub
sprawiało, że źle się czuli. Z tego względu z wszelkimi aktywnościami, które
wymagały opuszczenia budynku mieliśmy zaczekać do wieczoru. Pojawił się więc
pomysł abyśmy poszli na kryty basen. A właściwie – na jeden z poziomów kurortu,
gdzie znajdowały się same baseny.
- Jak wielkie to jest? –
mruknęłam, gdy zmierzaliśmy w kierunku szatni.
- Spore – stwierdził obojętnie
Shu.
- Domyślam się…
Po przebraniu się w stroje
kąpielowe, spotkaliśmy się całą siódemką przy wejściu na basen. W sumie, trochę
mnie zdziwiło, że te marudne wampiry tak chętnie i jednogłośnie zgodziły się na
coś takiego.
- Co? – zapytałam, czując na
sobie sześć taksujących spojrzeń. W obronnym odruchu skrzyżowałam ramiona na
klatce piersiowej. – O co wam chodzi?
- Ty… - zaczął Ayato,
przesuwając po mnie wzrokiem tak powoli, że zaczynałam czuć się niezręcznie. –
Masz zamiar tak chodzić?
Moja prawa powieka zadrgała
nerwowo, gdy zalała mnie fala irytacji. Nie rozumiałam, o co mu chodziło.
Osobiście uważałam, że mój strój był ładny (i odpowiednio dużo zasłaniał).
Błękitny, dwuczęściowy, z jaśniejszymi kokardkami na biodrach i między
piersiami, z górą wiązaną dodatkowo na szyi.
- Tak, wyobraź sobie, że mam
zamiar właśnie tak chodzić! – Odparowałam,
piorunując go wzrokiem. – Przecież nie założę na basen jakiegoś stroju
płetwonurka!
- Och, braciszku – odezwał się
Laito. – Po prostu przyznaj, że maleńka wygląda w tym bikini naprawdę uroczo.
Wyciągnął dłoń w moją stronę,
jakby chciał mnie dotknąć, ale w tej chwili Ayato posłał mu mordercze
spojrzenie.
- Urwę ci ją i wsadzę do
twojego gardła – powiedział powoli i cicho, lodowatym wręcz tonem.
Laito cofnął dłoń, ale za to
uśmiechnął się do mnie i mrugnął znacząco.
- Może otwarcie tego nie przyzna,
ale jest po prostu o ciebie zazdrosny. To takie uro…
- Radzę ci się zamknąć –
warknął Ayato, przysuwając się do mnie
bliżej i oplatając ramieniem moją talię. – Jeśli ktokolwiek będzie patrzył na
nią dłużej niż to konieczne, to własnoręcznie wydłubię mu oczy. A najlepiej w
ogóle na nią nie patrzcie.
Przewróciłam oczami i wbiłam
łokieć w jego żebra.
- Opanuj się.
- Czy możemy wreszcie wejść na
ten basen? – Zapytał zniecierpliwiony Kanato, bawiąc się sznurkiem swoich fioletowych
kąpielówek i zerkając w kierunku wejścia.
- Taa, chodźmy – mruknął
Subaru, omijając nas szerokim łukiem.
Wzruszyłam ramionami i
ruszyłam z resztą do środka. Ta ogromna przestrzeń zajmująca praktycznie całe
piętro zawierała w sobie kilka różnych basenów, jacuzzi oraz zjeżdżalnie. Bracia
Sakamaki od razu rozeszli się w różne strony.
- Idziesz? – zapytał Ayato, zatrzymując
się przy najgłębszej stronie największego basenu.
- Cóż… na pewno nie tu.
- A gdzie?
- Gdzieś, gdzie jest płycej.
Albo do jacuzzi. Ewentualnie do brodzika.
- Słucham?
- Och, no zapomniałeś, że nie
umiem pływać? Myślałeś, że po co to ze sobą taszczę? – zapytałam wskazując wielki
materac w kształcie jednorożca, który postawiłam na kafelkach obok siebie.
Ayato zamrugał.
- Skąd ty to w ogóle
wytrzasnęłaś?
- Ze sklepiku przy recepcji. –
Machnęłam lekceważąco dłonią. – To ja sobie pójdę podryfować. Miłej zabawy.
- Mogę cię nauczyć.
- To znaczy? – Zerknęłam przez
ramię na wampira, wciąż tkwiącego przy krawędzi basenu.
- Pływać. – Jego usta powoli
rozciągnęły się w aż nazbyt znanym mi uśmieszku. – Nauczę cię pływać.
- Ach, to… To nie będzie
konieczne.
Tak na wszelki wypadek
cofnęłam się o krok, ale wampir zamiast zbliżyć się do mnie, wskoczył do wody.
W miejscu, w którym się znalazł, woda sięgała mu do szyi. Wyciągnął do mnie
rękę, ale ja pokręciłam gwałtownie głową i ruszyłam wzdłuż basenu, żeby od
niego uciec. Niestety w tym miejscu przejście znajdowało się przy samej
krawędzi, więc dla Ayato nie było problemem, żeby podpłynąć do brzegu i złapać
mnie za nogę, zanim jeszcze zdążyłam dotrzeć w bezpieczne miejsce.
- Hej! – Zaprotestowałam,
prawie tracąc równowagę na śliskich kafelkach. – Puszczaj!
- Puszczę, jeśli wejdziesz do
wody po dobroci.
- O nie, nie ma mowy.
- Właź albo… - Jego palce
zacisnęły się mocniej na mojej łydce.
- Nawet się nie waż… -
Ostrzegłam, uczepiając się swojego jednorożca, jakby mógł mi pomóc w starciu z
wampirem. W następnej chwili poczułam szarpnięcie, straciłam grunt pod stopami
i z wrzaskiem wylądowałam w basenie. A raczej w ramionach wybitnie zadowolonego
z siebie chłopaka.
-
Ayato Sakamaki – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, wbijając palce w jego
ramiona. – Kiedyś cię zabiję.
Przynajmniej
znajdowaliśmy się w płytszej części basenu, gdzie woda sięgała Ayato zaledwie
do łokci. Gdyby zrobił coś takiego parę
metrów wcześniej, chyba rzeczywiście spełniłabym swoją groźbę.
- Nie zrobiłabyś tego –
odparł, bezczelnie się do mnie szczerząc.
- Chcesz się założyć? –
warknęłam, próbując mu się wyrwać.
- Hej, bo cię upuszczę!
- To mnie postaw!
Nasza szamotanina i rzucane
sobie nawzajem groźby zaczęły ściągać na nas uwagę innych osób obecnych w
pomieszczeniu. Obserwowali nas także z zaciekawieniem bracia Ayato.
Przechodzący akurat obok Reiji, z ręcznikiem przerzuconym przez ramiona, spojrzał
na nas z dezaprobatą.
- Uspokójcie się, bo
przynosicie nam wstyd.
- Widzisz do czego
doprowadziłaś, naleśniku?
- Nienawidzę cię – syknęłam w
odpowiedzi, starając się zignorować fakt, że nie licząc kilku miejsc, nasze
ciała stykały się ze sobą bezpośrednio.
-
Uważaj, bo uwierzę – prychnął wampir. – To jak, będziesz grzeczną dziewczynką?
-
Muszę?
-
Inaczej nie dam ci spokoju.
-
Dobra! – poddałam się, wyrzucając ręce w powietrze i prawie przez to wpadając
do wody. – Naucz mnie pływać.
Zadowolony
z siebie, jakby co najmniej wygrał jakiś los na loterii, Ayato wcielił się w
rolę mojego nauczyciela. Starałam się robić to, co mówił, jednocześnie
ignorując jego dłonie dotykające moich rąk, nóg pleców czy brzucha. Miałam
wrażenie, że nie zawsze ich celem było udzielenie mi koniecznej pomocy. Po
kilkudziesięciu minutach byłam zmęczona i miałam dość.
- Przerwa! – zawołałam,
zatrzymując się i puszczając dłonie holującego mnie Ayato.
- Co, już się zmęczyłaś? – wampir
przeczesał palcami mokre włosy.
- Wyobraź sobie… - Oparłam
dłonie na biodrach. – Od tego pływania zrobiłam się głodna.
Ayato zaśmiał się, a ja
nadęłam policzki i odwróciłam do niego tyłem. Dzięki temu zauważyłam spojrzenia
grupki dziewczyn siedzących w pobliskim jacuzzi, skupiające się na Ayato.
Nachmurzyłam się. Jakby nie mogły patrzeć na któregoś z jego braci. Zerknęłam przez ramię na
wampira i przygryzłam dolną wargę. Musiałam niechętnie przyznać, że nie
dziwiłam się, czemu przyciągnął on uwagę tamtych dziewczyn. Jako, że był ubrany
jedynie w czerwone szorty, miałam dobry widok na jego całkiem zgrabne ciało.
Ayato nie był napakowany, skądże. Był raczej szczupły. Ale z pewnością mógł się
pochwalić pewnymi mięśniami.
Przyłapałam się na tym, że
śledziłam wzrokiem krople wody spływające z jego mokrych włosów po twarzy,
nagim torsie oraz brzuchu.
- Na co tak patrzysz?
Drgnęłam i błyskawicznie
odwróciłam wzrok.
- Na nic. Zdawało ci się.
- Czyżby? – Wampir znalazł się
nagle tuż obok mnie. No ludzie, czy nawet woda nie była w stanie go spowolnić?
To się robiło naprawdę nie fair. - Wątpię. Lepiej przyznaj się po dobroci, o co
ci chodzi.
Spojrzałam
na niego spode łba.
-
W porządku – westchnęłam. – Ludzie się na ciebie patrzą.
-
Serio? – Uśmiechnął się. – Chyba nie ma czemu się dziwić, prawda?
Przewróciłam
oczami.
-
Zapomnij, że coś mówiłam.
Ruszyłam
w stronę drabinki, aby wyjść z basenu, ale powstrzymała mnie przed tym dłoń,
która chwyciła mój nadgarstek. Ayato przyciągnął mnie bliżej i obrócił twarzą
do siebie.
-
Jesteś zazdrosna – powiedział nad wyraz radośnie. – A mnie się czepiałaś.
Przyznaj się.
-
Mówiłam już, że cię nienawidzę?
-
Mówiłem już, że ci nie wierzę? Poza tym, myślisz, że na ciebie nikt nie patrzy?
Naburmuszona,
potrząsnęłam przecząco głową. Odmawiałam spojrzenia mu w oczy, więc ujął mu
podbródek i zmusił do tego siłą.
-
Ale możemy sprawić, żeby oni wszyscy naprawdę mieli na co popatrzeć.
-
Co masz przez to na myśli? – zapytałam, choć domyślałam się odpowiedzi, widząc
charakterystyczny błysk w jego oczach. I nie pomyliłam się.
Ayato
przysunął się jeszcze bliżej, a nasze usta w naturalny sposób zetknęły się ze
sobą. Przymknęłam powieki, opierając dłonie na jego klatce piersiowej, gdy
poczułam jego ramiona na swoich plecach. Jego palce muskały mój kark i bawiły
się kokardą na moim lewym biodrze. Nagle woda, z której chwilę temu pragnęłam
się wyczołgać, przestała mi przeszkadzać. Tak samo, jak spojrzenia innych osób.
Po powolnym pocałunku, który zdawał się trwać w nieskończoność, oderwaliśmy się
od siebie. Ayato oparł podbródek na mojej głowie i zaśmiał się cicho.
-
Co myślisz?
-
Myślę, że smakujesz chlorem – stwierdziłam, przesuwając palcami po jego nagim
torsie.
-
I tylko tyle?
-
A jeśli tak?
-
To chyba będę musiał dać ci nauczkę.
Prychnęłam.
-
Najpierw, to ja chcę coś zjeść.
Ayato w końcu ustąpił i wraz z
resztą jego rodzeństwa (które na nasze małe przedstawienie w basenie
zareagowało na najróżniejsze sposoby – od zniesmaczonych spojrzeń, po głupie
żarciki) spotkaliśmy się w restauracji. Jej menu miało w sobie chyba każdy
rodzaj jedzenia, jaki mógłby komuś przyjść do głowy. Nie potrafiąc się
zdecydować, w końcu postawiłam na ślepy traf i wybrałam danie z zamkniętymi
oczami. Nie pożałowałam swojej decyzji. Owoce morza, które przyniósł dla mnie
kelner były naprawdę wyśmienite.
Po posiłku nadeszła pora na
to, na co najbardziej tego dnia czekałam – przebranie się w yukaty***. Specjalnie na tę okazję
kupiłam śliczną, granatowo-niebieską, do której idealnie (moim zdaniem)
pasowała szafirowa spinka w kształcie motyla. Otrzymałam ją niegdyś od Ayato i
wreszcie nadeszła pora, aby jej użyć. Spięłam nią włosy i z zadowoleniem
przyjrzałam się własnemu odbiciu w lustrze. Całkiem nieźle, skomentowałam swój wygląd w myślach, po czym
dołączyłam do czekającej na mnie reszty. Już sama nie wiedziałam, co było
lepszym widokiem – bracia Sakamaki w kąpielówkach czy w kolorowych yukatach. Z pewnością jednak w obu
przypadkach było na czym zawiesić wzrok.
- Zasłoniłbyś się bardziej –
rzuciłam na przywitanie, szturchając w ramię Ayato, u którego rozchylony,
szkarłatny materiał odsłaniał zdecydowanie więcej skóry na klatce piersiowej
niż powinien.
- Maleńka – odezwał się Laito
w ciemnozielonej yukacie. – Wręcz
pobijasz dziś samą siebie! Wyglądasz tak…
- Laito – warknął Ayato, od
razu przysuwając się do mojego boku. – Mam ci przypomnieć, co ci zrobię, jeśli
się nie zamkniesz?
Rudzielec rozłożył bezradnie
ramiona.
- Nie moja wina, że żaden z
was, a tym bardziej ty nie raczy
skomplementować ubioru naszej uroczej towarzyszki.
- Tak, tak, wygląda ładnie –
westchnął z irytacją Kanato w fioletowym stroju, co nie do końca zabrzmiało jak
komplement. – Czy możemy wreszcie iść? Podobno w barku mają dobre desery.
- Włożyłbyś w to trochę
entuzjazmu. – Laito pokręcił głową, ignorując mordercze spojrzenie Ayato. –
Może ktoś jeszcze spróbuje? Subaru?
- Ja? – Białowłosy w szarej yukacie spojrzał na niego zdziwiony.
Potem przeniósł wzrok na mnie, zamrugał i błyskawicznie odwrócił głowę. Zdawało
mi się, że na jego policzkach pojawił się lekki rumieniec. – Taa… Wygląda
całkiem spoko. O co ci tak właściwie chodzi?!
Laito załamał ręce niczym
nauczyciel zawiedziony ocenami swoich uczniów.
- Naprawdę. Co jest z wami nie
tak? Muszę was uczyć, jak należy traktować kobiety?
- Och, po prostu się zamknij –
powiedzieli jednocześnie Shu (żółta yukata)
i Reiji (granatowa yukata). Spojrzeli
na siebie zaskoczeni, po czym odwrócili się od siebie, krzywiąc się z niesmakiem.
-
Całkiem nieźle – szepnął mi tymczasem do ucha Ayato, korzystając z chwilowego
zamieszania. Uśmiechnęłam się do siebie.
Laito
kontynuował narzekanie na zachowanie swoich braci jeszcze przez chwilę, gdy
szliśmy już do kurortowej „bawialni”. Przez pewien czas zajmowaliśmy się tam
takimi przyziemnymi sprawami jak granie w ping ponga (nigdy więcej grania
przeciwko Subaru; myślałam, że odbita przez niego piłeczka przeleci na wylot
przez moją rakietkę), bilard czy zwyczajne rozmawianie. A kiedy słońce wreszcie
zaszło – wybraliśmy się do łaźni na świeżym powietrzu. Część damska oraz męska
oddzielone były od siebie wysokim murem, więc pomyślałam sobie, że będę miała
chwilę spokoju. Szybko przekonałam się o swoim błędzie. Mur nie tłumił bowiem
odgłosów dochodzących z drugiej strony.
-
Jeśli któryś spróbuje się tam zbliżyć… - zaczął Ayato.
-
Zamknij się wreszcie – przerwał mu Subaru.
-
Coś ty powiedział?!
Usłyszałam
głośny plusk, po którym bracia znowu zaczęli się przekrzykiwać.
-
Nie chlap na Teddy’ego!
-
Wasza wysokość – odezwał się drwiąco
Laito. – Mógłbyś się łaskawie nieco uspokoić? Rozumiem, że jesteś bardzo
zaborczy…
-
Utopię cię!
-
Uspokójcie się albo to ostatni wyjazd, na jaki się wybraliśmy. – To Reiji
próbował zapanować nad swoim młodszym rodzeństwem.
-
Czy odrobina ciszy i spokoju to zbyt duże wymagania? – dodał Shu, bardziej do samego
siebie.
Westchnęłam
i zanurzyłam się w ciepłej wodzie, póki nie sięgała mi szyi. Uniosłam wzrok na
wieczorne niebo, a na moje usta wypłynął szeroki uśmiech. Może i podobnie jak
Shu nie miałam co liczyć na spokój oraz ciszę, ale na pewno czekały mnie bardzo
ciekawe wakacje.
*tatami - tradycyjne, japońskie maty służące do pokrywania podłogi **futon - rodzaj japońskiego łóżka, rozkładanego na podłodze
***yukata - charakterystyczny japoński strój noszony w czasie letnich świąt, festiwali itp., jest podstawowym ubiorem w kurortach z gorącymi źrodłami
Był
burzowy dzień. Wszystko zaczęło się od niewinnej mżawki w piątkowy wieczór, a
skończyło na tym, że zła pogoda utrzymywała się przez cały weekend, w niedzielę
osiągając prawdziwe apogeum. Postanowiłam przeczekać je w swoim pokoju. Tak
więc oto półleżałam na łóżku, z paczką ciastek pod ręką i kotem Shu zwiniętym w
kłębek przy moich stopach. Wcześniej szczelnie zaciągnęłam zasłony w oknach i
zapaliłam światło, aby odgrodzić się od rozbłysków rozświetlających co chwilę
niebo. Próbowałam zignorować także świst wiatru i odgłosy grzmotów, a zamiast
tego skupić się na lekturze trzymanej na kolanach książki.
Gdy byłam małym dzieckiem,
często podczas burzy chowałam się w pościeli albo szukałam pomocy u swego
adopcyjnego ojca. Nie wiedziałam, skąd brał się u mnie ten lęk, ale pozostał ze
mną aż do tej pory. Za każdym razem, gdy tylko pojawiały się pierwsze oznaki
burzy, zaczynałam odczuwać niepokój i nie potrafiłam nic na to poradzić.
Właśnie obracałam stronę w
książce, gdy rozległ się kolejny grzmot. Był tak głośny, że musiał uderzyć
gdzieś w pobliżu. A co gorsza… Po nim w moim pokoju zapadła ciemność. Kot
zerwał się gwałtownie ze swojego miejsca i zamiauczał, przestraszony. Sięgnęłam
po omacku w jego stronę i pogładziłam jego miękką sierść, aby dodać mu trochę
otuchy.
- Spokojnie, Ao – mruknęłam, zamykając książkę. – Nie tylko ty się
wystraszyłeś… Ale to nic takiego.
Wziąwszy
go na ręce, zsunęłam się z łóżka i podeszłam do włącznika światła. Nacisnęłam
go kilka razy, ale bez rezultatu. W pokoju wciąż panował mrok. Uchyliłam drzwi,
by wyjrzeć na korytarz i przekonałam się, że jest tam równie ciemno.
Westchnęłam, drapiąc kota za uchem.
- I jak myślisz, co powinnam zrobić? – zwróciłam się do niego. – Zostać w
pokoju i modlić się, że prąd zaraz wróci czy iść sprawdzić, czy gdzieś indziej
nie pali się światło? Albo po prostu kogoś poszukać?
Kot
miauknął i zaczął wiercić się w moich ramionach, więc delikatnie postawiłam go
na podłodze. Wygiął ogon w charakterystyczny znak zapytania, po czym ruszył
korytarzem przed siebie.
- Czy to ma znaczyć, że mam jednak ruszyć się z pokoju?
Jak
można się domyślić, zwierzak mi nie odpowiedział. Zniknął tylko za zakrętem,
ocierając się po drodze o ścianę.
- Jak to dobrze być kotem… - mruknęłam, wpatrując się nieufnie w ciemny
korytarz.
Dom
Sakamakich nawet za dnia, pełen światła wyglądał, owszem, pięknie, ale również
dość tajemniczo i mrocznie. Ciemność tylko dodawała mu jeszcze więcej tego
specyficznego uroku nawiedzonego domu.
Wzięłam
głęboki oddech i ruszyłam powoli w ślad za kotem. Na wszelki wypadek cały czas
trzymałam jedną dłoń na ścianie, ponieważ mój wzrok nie przyzwyczaił się
jeszcze do mroku. Zaczęłam ostrożnie schodzić po schodach, licząc na to, że uda
mi się kogoś spotkać na parterze, na przykład w salonie. Jakimś cudem nie
potknęłam się po drodze i w jednym kawałku dotarłam na sam dół. Ledwie jednak
zeszłam z ostatniego stopnia, gdy nagle z czymś się zderzyłam. Mimowolnie
wydałam z siebie cichy pisk, lecz szybko się opanowałam i stanęłam w pozycji
obronnej.
- Mogę wiedzieć, co ty wyprawiasz? – rozległ się znajomy głos.
Podniosłam
głowę, przesuwając powoli wzrok w górę, aż natknęłam się nim na parę jadowicie
zielonych tęczówek lśniących w mroku niczym dwie lampki.
- O, hej, Ayato.
Uśmiechnęłam się z ulgą, opuszczając ramiona i prostując plecy.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- Po prostu mnie wystraszyłeś. Mógłbyś się tak nie skradać – wytknęłam mu. –
Szczególnie, gdy jest tak ciemno.
- Nie skradałem się. Zawsze ci to powtarzam. To po prostu ty jesteś strachliwa.
- No przepraszam bardzo, że nie mam tak wyczulonych zmysłów jak ty. – Dźgnęłam
go palcem w klatkę piersiową. – Ale mniejsza o to. Nie wiesz, czy działa gdzieś
prąd, czy wywaliło go w całym domu? I czemu, tak właściwie, jest tu tak
cholernie ciemno?
- Chyba w całym i… nie wiem. Nie moja wina, że twój ludzki wzrok jest taki
słaby.
- Mógłbyś łaskawie przestać mnie obrażać? Zamiast tego chodź ze mną do salonu.
- Po co?
- Chcę sprawdzić, czy na kogoś się natkniemy – wyjaśniłam. – A jeśli nie, to
poszukamy innych.
Wampir pochylił się nade mną, a ja poczułam na policzku jego oddech, kiedy się
odezwał.
- Ja ci już nie wystarczam, naleśniku?
W
sumie, to w tej chwili nawet się cieszyłam, że było tak ciemno. W następnej
sekundzie uświadomiłam sobie jednak, że wzrok Ayato nie ulega pogorszeniu w
takich warunkach i przeklęłam go za to w myślach.
- Hmm… - udałam, że na poważnie zastanawiam się nad jego pytaniem. – Nie. Nie
słyszałeś, że im więcej osób, tym weselej?
- Co za bzdura – prychnął, odsuwając się ode mnie. – Ale znając cię, nie dasz
mi spokoju, póki tam z tobą nie pójdę, prawda?
- Faktycznie dobrze mnie znasz – z aprobatą poklepałam go po ramieniu. – Chodźmy.
Wampir
westchnął, jakby miał wykonać najcięższą czynność w swoim życiu. Albo
najbardziej uciążliwą. Odwrócił się i ruszył w kierunku salonu, a ja dreptałam
za nim, uczepiwszy się jego rękawa.
- Czego chcesz od mojej bluzy?
- Wsparcia? Nie chcę się zabić po drodze.
- Niemożliwa – mruknął. – Puść.
- Naprawdę ci to przeszkadza? – zapytałam, zdziwiona. Nie myślałam, że zaledwie
w jeden dzień mógł się zrobić tak nietykalski.
- Po prostu puść.
- No dobra… - bąknęłam, zawiedziona i zabrałam palce z materiału. Kiedy
chciałam całkowicie cofnąć dłoń, poczułam, jak zaciska się na niej inna, większa
i chłodniejsza. – Ayato?
- Jak już musisz się czegoś trzymać, to lepiej mnie, a nie moich ubrań.
Uśmiechnęłam
się szeroko i z zadowoleniem splotłam nasze palce. Ayato nic nie powiedział,
ale też nie puścił mojej dłoni. Traktując to jako przyzwolenie, uśmiechnęłam
się jeszcze szerzej.
- Ach, jakież to urocze – usłyszałam rozbawiony głos gdzieś nad naszymi
głowami. – Macie zamiar skorzystać ze sprzyjającej dzięki braku prądu atmosfery?
- Ni…
- Nic ci do tego – przerwał mi Ayato.
- Jak to nic? – obruszył się jego brat. – Chyba mam prawo wiedzieć, czy zostanę
wuj…
- Laito! – syknęłam.
Odpowiedział mi chichot.
- Jak ja uwielbiam się z tobą drażnić, maleńka.
- Co za…
- Chciałaś kogoś znaleźć, nie? – szepnął do mnie Ayato. – Znalazłaś, więc nie
marudź.
- Tak, tak. Hej, Laito, gdziekolwiek jesteś. Może stamtąd zleziesz i dołączysz
do nas w salonie?
- Proponujesz mi trójkąt? Nie podejrzewałem cię o takie upodobania, maleńka.
Miałam
wielką ochotę, aby uderzyć się otwartą dłonią w czoło. Przy tym wampirze
naprawdę trzeba było uważać, co się mówi. Chociaż nawet wtedy, kiedy starałam
się jak najostrożniej dobierać słowa, on i tak potrafił znaleźć do nich jakieś
zboczone nawiązanie. Jego umysł musiał być strasznym miejscem.
- Nie. Wpadłam tylko na genialny pomysł, że moglibyśmy wszyscy razem spędzić
trochę czasu.
- Natsuki po prostu boi się ciemności i nie chce być sama.
Drgnęłam na dźwięk kolejnego głosu.
- No dzięki, Kanato – skrzywiłam się. Nie
musiałeś tak otwarcie i na głos mi tego wytykać, dodałam już w myślach.
- Przecież to prawda. Mam rację, Teddy?
- Dobra! Nieważne z jakiego powodu chciałam was zebrać. Nie macie ochoty
spędzić trochę czasu w rodzinnym gronie?
- W rodzinnym gronie? – odezwał się Subaru, tak jak jego przyrodni bracia
pojawiając się znikąd i o mały włos nie przyprawiając mnie o zawał. – Chyba
pomyliłaś domy.
- Też tak często myślę… - wymamrotałam do samej siebie. – Idziecie czy nie?
- W sumie, to chyba nie mam nic lepszego roboty – stwierdził Laito.
- Może być ciekawie – dodał Kanato.
- Ech, niech wam będzie – zgodził się z ociąganiem najmłodszy.
Całą
piątką udaliśmy się więc do salonu. Tam natknęliśmy się na drzemiącego na
kanapie Shu. Przy okazji dowiedziałam się, dokąd udał się Ao, zwinięty w kłębek
na klatce piersiowej swego pana. Zorientowałam się, że tam leżał, kiedy
zdecydowałam się obudzić Shu. Początkowo, tuż po przebudzeniu wampir nie chciał
się zgodzić na „spędzanie czasu w rodzinnym gronie” i kazał nam zostawić go w
spokoju.
- Proooszę – starałam się brzmieć jak najbardziej przekonująco. – Nie bądź taki,
Shu.
- No dalej, zgódź się – poparł mnie Laito. – Zrób to dla naszej maleńkiej.
- Jesteście męczący – odrzekł jedynie blondyn. Mimo wszystko, nie opuścił
pokoju.
- To znaczy, że z nami zostajesz? – zapytałam z nadzieją.
- To znaczy, że nie ruszam się z tej kanapy.
- Ha, sukces! A więc brakuje nam już tylko…
- Czy wyjaśni mi ktoś, co się tutaj dzieje?
- Reiji! – zawołałam triumfalnie. – Jak dobrze cię… słyszeć. Chcemy pospędzać
trochę czasu wszyscy razem. Co ty na to?
- Spasuję.
- Chyba sobie żartujesz. Wszyscy inni się zgodzili!
- A ja nie.
- Reiji…
Wspólnymi siłami, przy pomocy
marudzenia oraz kilku gróźb, udało się nam przekonać Reijiego, aby również do
nas dołączył.
- To… co tak właściwie mamy robić? – przerwał chwilową ciszę Subaru.
- Na dobry początek może trochę tu rozświetlimy? – zaproponowałam. – Jestem
pewna, że macie gdzieś jakieś świece czy coś.
- Kanato, czyń honory – zwrócił się Laito do swego brata.
- Czy ja ci wyglądam na żywą zapalniczkę? – zaprotestował tamten.
- Nie bądź taki~. Tobie to pójdzie najszybciej, więc czemu z tego nie
skorzystać?
Kanato
wydał z siebie coś, co podejrzanie przypominało warknięcie, lecz już po
krótkiej chwili mrok panujący w pomieszczeniu został rozproszony przez blask
licznych świec. Szczerze mówiąc, nawet nie wiedziałam, że jakieś już wcześniej
były tam poustawiane.
- Dziękuję – uśmiechnęłam się z ulgą, kiedy wreszcie mogłam normalnie widzieć
swoje otoczenie. – Od razu lepiej!
Jako,
że Shu zajmował jedną z kanap, nasza szóstka rozsiadła się na pozostałych
wolnych miejscach. Ayato zajął fotel, po czym przywołał mnie do siebie i
posadził na swoich kolanach. Nie protestowałam.
- To co teraz? – odezwał się, gdy już wszyscy się rozlokowali.
- Teraz… Cóż, możemy na przykład w coś zagrać, skoro tyle nas jest.
- Niby w co? – zapytał Shu, głaszcząc swojego kota.
- Nie wiem, może… - Zastanawiałam się chwilę. – W butelkę?
Laito klasnął w dłonie z nagłym ożywieniem.
- W jaką wersję? Tą z całowaniem czy z rozbieraniem?
- Ani w jedną, ani w drugą! – zaoponowałam. – Czy tobie naprawdę tylko jedno w
głowie? Poza tym, do takiej wersji potrzeba w miarę parzystej liczby
przedstawicieli obu płci. Ja nie mam zamiaru się ze wszystkimi całować. –
Poczułam, jak ramiona Ayato oplotły mnie ciasno w pasie. Coś czułam, że taka
gra z jego powodu nie miałaby nawet szans przejść. I dobrze. – A wy chyba na
tyle się nie kochacie, żeby okazywać tak sobie wzajemnie miłość.
Bracia Sakamaki skrzywili się z obrzydzeniem na samą sugestię.
- No właśnie. Tak więc, zagramy w zwykłe „prawda czy wyzwanie”. Ma ktoś pod
ręką jakąś butelkę?
Niedługo
później siedzieliśmy już całą siódemką w kółku na dywanie. Pomachałam w
powietrzu pustą butelką, którą mieliśmy grać.
- To kto zaczyna?
Laito podniósł rękę.
- Zgłaszam się na ochotnika.
Podałam
mu więc butelkę. Przyglądałam się, jak obracała się wprawiona w ruch. W końcu
zatrzymała się, z szyjką skierowaną w… moją stronę. Rudowłosy wampir uśmiechnął
się promiennie.
- Prawda czy wyzwanie?
- Prawda.
- Ależ maleńka… - Wyglądał na zawiedzionego. – Prawda jest taka… dla frajerów.
- Prawda jest bezpieczna – odpowiedziałam, niezrażona.
- No dobrze – westchnął. Zastanawiał się przez chwilę, po czym ponownie
uśmiechnął. – W takim razie powiedz, czy gdybym wam nie przeszkodził,
rzeczywiście skorzystalibyście z tej atmosfery?
- Nie. Od początku chciałam was poszukać.
- Jaka szkoda… - mruknął, popychając butelkę w moją stronę. Posyłając mu
mordercze spojrzenie, zakręciłam przedmiotem. Wskazał na siedzącego z
zamkniętymi oczami najstarszego z braci.
- Prawda czy wyzwanie, Shu?
- Prawda – odparł, nawet na mnie nie patrząc.
- Więc może… Twoje ulubione danie? – palnęłam, czym zasłużyłam sobie wreszcie
na dziwne spojrzenie blondyna.
- Stek. Krwisty.
Gdy
butelka przestała wirować, okazało się, że tym razem kolej padła na Laito. Shu
uniósł jedynie pytająco brew.
- Wyzwanie.
Blondyn westchnął.
- Przywołaj jakiegoś chowańca.
- Tylko tyle? – Laito splótł palce ze sobą i strzelił nimi demonstracyjnie.
Następnie wyciągnął przed siebie prawą rękę i zagwizdał. Czekałam z
zaciekawieniem na to, co się stanie. W mojej obecności jeszcze nigdy nie były
wzywane żadne chowańce, więc bardzo mnie to interesowało.
Kiedy
tak zastanawiałam się, co takiego przywoła Laito, do salonu wleciał ciemny
kształt. Przemknął za moimi plecami, aż poczułam delikatny powiew i zgasił przy
okazji jedną ze świec. Zatoczył kółko nad naszymi głowami, aby ostatecznie
zawisnąć głową w dół na wyciągniętym ramieniu wampira. Na zakończenie,
nietoperz wydał z siebie cichy pisk.
- Wow – powiedziałam, zafascynowana. – Nieźle.
Laito
posłał mi zadowolony uśmiech. Natomiast siedzący obok mnie Ayato prychnął, w
ogóle nie poruszony.
- Nie ma czym się zachwycać. To było banalne. I przewidywalne.
- Czyżby? – Jego brat po raz kolejny wprawił butelkę w ruch, a ta w dziwnym
zbiegu okoliczności wskazała wprost na Ayato. – Co teraz powiesz, braciszku?
Ayato
pochylił się do przodu, patrząc na niego wyzywająco. Napięcie, jakie nagle
pojawiło się w powietrzu, było wręcz namacalne. Wszyscy z zainteresowaniem
obserwowali tę dwójkę.
- Wyzwanie.
- Tak myślałem. Wypuszczę mojego chowańca – oznajmił Laito, wskazując na
zwierzątko uczepione rękawa jego koszuli. – A ty będziesz musiał go złapać.
Ayato zaśmiał się lekceważąco.
- Dajesz.
Laito
machnął ręką, co spowodowało, że nietoperz z piskiem poderwał się w powietrze.
Gdy chłopak gwizdnął, stworzenie błyskawicznie opuściło pokój.
- Ruszaj, braciszku.
Nie
musiał tego dwa razy powtarzać. Gdy Ayato zniknął, jego brat przeniósł wzrok na
zegar wiszący na ścianie.
- Ciekawe, ile mu to zajmie~.
Okazało się, że wystarczyło mu
kilka minut. Przemoczony do suchej nitki, z nietoperzem trzepoczącym się w jego
dłoniach, zajął swoje poprzednie miejsce. Laito zaklaskał.
- Brawo, braciszku. Ale trwało to chyba trochę długo, prawda?
- Zamknij się. Moja kolej.
Od
tego momentu rozpętała się zaciekła rywalizacja. Nawet Shu i Reiji, którzy
wcześniej najbardziej się opierali zaczęli traktować to na poważnie. Już nikt
poza mną nie wybierał prawdy, a kolejne wyzwania robiły się coraz bardziej
wymyślne oraz trudne. Jakiś czas później, większość z braci miała przemoczone
lub podniszczone ubrania, a po podłodze salonu walały się przeróżne przedmioty,
poczynając od naczyń, na broni kończąc. Gra całkowicie wszystkich pochłonęła.
- I sto – oznajmił Subaru, zrzucając z siebie Kanato pełniącego rolę
obciążenia, z którym musiał wykonać sto pompek. Fioletowooki usiadł, posyłając
mu oburzone spojrzenie i przyciskając do siebie Teddy’ego, którego futerko z
brązowego stało się po ostatnim wyzwaniu różnokolorowe.
W czasie, kiedy akurat
rozmawiałam z Shu przywracającym do życia swój rozłożony na części odtwarzacz
muzyki, Reiji zdążył wykonać zadanie powierzone mu przez Subaru i zakręcić
butelką. Wskazała na mnie. Już miałam dokonać takiego samego wyboru, jak za
każdym poprzednim razem, gdy chłopcy mi przerwali.
- Jako jedyna nie wzięłaś jeszcze wyzwania – wytknął mi Laito. – Zdecyduj się
na nie chociaż raz.
Bracia
zadziwiająco zgodnie go poparli, a ja bezradnie przenosiłam wzrok z butelki na
nich i z powrotem. W końcu poddałam się z ciężkim westchnięciem.
- W porządku. Niech będzie wyzwanie.
Usta Reijiego ułożyły się w
przebiegły uśmiech. Wstał i przyniósł mi stojącą wcześniej na stoliku
filiżankę. Znajdował się w niej dziwnie pachnący, ciemny płyn.
- Wypij to.
- A co to tak właściwie jest? – zapytałam nieufnie.
- Niech to pozostanie moją słodką tajemnicą. Pij.
- Ale nie zaszkodzi mi to?
- To się okaże.
Spiorunowałam
go wzrokiem. Stwierdziwszy, że nie mam innego wyjścia, uniosłam naczynie do ust
i ostrożnie upiłam kilka łyków.
- Obrzydlistwo! – zawołałam, odstawiając filiżankę na podłogę. Zakaszlałam.
Dziwna substancja paliła mnie w gardło i miała okropny smak. Co gorsza, miała
też dziwne skutki. Obraz przed moimi oczami rozmazał się, potem wyostrzył
gwałtownie. Następnie oślepiła mnie dziwna biel, a po niej nastąpił wybuch
niezliczonych kolorów. Zamrugałam, oszołomiona.
- To było… dziwne – wydukałam w końcu.
- Nic ci nie jest? – spytał Ayato, marszcząc brwi.
- Nie – pokręciłam głową. – Chyba.
Gra
ruszyła dalej, a ja nagle zdałam sobie z czegoś sprawę. Podeszłam do okna i
odsunęłam odrobinę ciężką zasłonę, aby wyjrzeć na zewnątrz.
- Burza się skończyła! – przekazałam reszcie. W tej samej chwili zaświecił się
ogromny żyrandol zwisający z sufitu. Uśmiechnęłam się, zadowolona. – To co,
koniec imprezki, nie?
- Chyba żartujesz! – zaprotestował Laito. – Gra dopiero zaczęła się rozkręcać!
- No właśnie, muszę się jeszcze zemścić – mruknął Kanato, wskazując na
kolorowego misia.
Do
nich dołączyły kolejne głosy. Wynikało z tego, że wszyscy zgodnie chcieli
kontynuować zabawę, do której wcześniej mieli tak sceptyczne podejście.
- Więc nagle zmieniliście zdanie, co do spędzania wspólnie czasu? – zaśmiałam
się, szczerze rozbawiona ich zachowaniem. – Dobra, w takim razie idę po coś do
picia i jedzenia. Poczekajcie na mnie!
Kto by pomyślał, że zwykła gra w butelkę może tak wciągnąć szóstkę wampirów.
Nie wiem czemu, ale ostatnio miałam jakąś straszną blokadę weny... Nie potrafiłam z siebie nic wykrzesać ani na drugiego bloga, ani na konkurs, a ten bonus pisałam przez kilka dni... Mam tylko nadzieję, że nie wpłynęło to na jego jakość (sama nie potrafię zbyt dobrze ocenić własnego opowiadania, więc pozostawiam to zadanie wam).
Przypominam też o dzieleniu się waszymi pomysłami na uczczenie 5 rocznicy istnienia DL oraz zbliżającego się 40 rozdziału mojego ff (poprzedni post). Na razie swoje propozycje podały tylko 3 osoby, więc liczę na jeszcze jakieś. Macie pomysły? Nie krępujcie się i piszcie!
A teraz życzę wszystkim miłego czytania i czekam na szczere opinie. ^^
Zestresowany Jenot
Pot spływał cienką strużką po moich plecach pod materiałem obcisłej sukienki, a oczy zaczynały mnie już boleć od ostrego światła reflektorów. Mimo to, moje usta rozciągały się w uśmiechu. Szerokim i pełnym satysfakcji.
Zerknęłam w bok. Stojący po mojej lewej stronie Kou podchwycił to spojrzenie. Również się uśmiechał. Mrugnął do mnie, po czym wyciągnął rękę. Bez wahania ujęłam jego wyraźnie chłodniejszą w dotyku dłoń i razem się ukłoniliśmy. Wydawało mi się, iż w reakcji na to widownia jeszcze głośniej zaczęła bić brawo, nie przestając skandować przy tym naszych imion.
- Och, to był dobry występ! - oznajmiłam opadając na kanapę w garderobie. Nie miałam zamiaru ukrywać, że byłam zadowolona z tego, jak wypadliśmy oraz jak zareagowała na nas publiczność. Przed występem jak zwykle miałam tremę, ale po zejściu ze sceny wiedziałam, że dałam z siebie wszystko i udało mi się zaśpiewać zgodnie z własnymi oczekiwaniami. Szczerze mnie to uszczęśliwiło.
Kou zajął miejsce na fotelu ustawionym naprzeciwko kanapy. Posłał mi szeroki uśmiech, wyciągając przed siebie nogi.
- Zgadza się - przytaknął. Splótł dłonie i założył je za głowę. - Ale czy mam ci przypomnieć, kto się tak bardzo opierał, kiedy za pierwszym razem zaproponowałem duet?
Przewróciłam oczami.
- Naprawdę masz zamiar mi to ciągle wypominać? Przecież nie było w tym nic dziwnego... W końcu, może nie pamiętasz, ale tak jakby jesteś dosyć sławnym idolem. Z rzeszą bardziej lub mniej zdrowych na umyśle fanek. A ja? - Rozłożyłam ręce. - Przeciętna dziewczyna, która w gimnazjum bawiła się w zespół i nagle znikąd pojawia się u twego boku na scenie. To raczej oczywiste, że przejmowałam się tym, jak zostanę przyjęta i czy jakieś fanki przypadkiem mnie nie rozszarpią i pożrą żywcem przy pierwszej lepszej okazji.
Kou parsknął śmiechem, wyglądając na szczerze rozbawionego moją wypowiedzią.
- No jasne. Śmiej się. - Odchyliłam głowę na skórzane oparcie kanapy. - Ale ja nadal wolę pozostać czujna.
- Nie dramatyzuj, kotku. Chyba widzisz, że nie masz czym się przejmować, prawda? - Błysnął zębami w uśmiechu. - Zresztą sama słyszałaś. Jesteśmy uważani za świetny duet i to nie tylko na scenie.
Miał rację. Ku mojemu zaskoczeniu już za pierwszym razem, kiedy wystąpiłam z nim na scenie zostałam całkiem ciepło przyjęta przez publikę. Obawą za to napełnił mnie fakt, iż Kou wcale nie zamierzał kryć się z tym, że łączy nas coś także w prywatnym życiu. Ale jak się okazało, ta informacja również nie wywołała żadnego skandalu. Niestety nie byłam w stanie nic poradzić na swoją podejrzliwość. Byłam na sto procent pewna, że znalazłaby się jakaś fanka (tudzież psychofanka) Kou, która źle mi życzyła.
Przeciągnęłam się leniwie, zamykając przy tym oczy.
- Dalej dziwi mnie to, że twój menadżer i ogólnie całe szefostwo tak po prostu zgodziło się żebym z tobą występowała.
- Mam swoje sposoby.
- Taak - zgodziłam się. - Wiem coś o tym. A skoro nawet w pracy robisz to, co chcesz, to na serio im współczuję.
- To ich robota. Zresztą, dzięki mnie zarabiają sporo kasy.
- Co prawda, to prawda...
- I zapewne nie mogliby już beze mnie żyć...
- Już nie przesadzaj.
- ... tak jak ty.
Otworzyłam oczy. Blondyn pochylał się nad dzielącym nas stolikiem z pewnym siebie uśmieszkiem na ustach i patrzył na mnie w prowokujący sposób. Sięgnęłam po leżący obok mnie ręcznik, po czym rzuciłam nim w twarz wampira. Ten złapał go w ostatniej chwili, nachmurzony.
- Uważaj, bo wrócisz do bycia solistą. I to nie tylko na scenie - dodałam, przedrzeźniając go.
- Schowaj te pazurki, kotku - odparł, przewieszając ręcznik przez oparcie fotela. - Chyba zacznę myśleć, że chcesz mnie wygryźć, aby mieć scenę tylko dla siebie.
- No nie - jęknęłam, udając rozpacz. - Już przejrzałeś mój niecny plan?
- Oczywiście. - Mrugnął do mnie swoim "wszystkowiedzącym"* okiem. - Niczego przede mną nie ukryjesz.
Zaśmiałam się, chociaż wiedziałam, że to prawda. Gdyby chciał, wystarczyłoby mu jedno spojrzenie i mógłby czytać ze mnie jak z otwartej książki. Na szczęście jednak nie wykorzystywał tak często swojej zdolności. Co nie zmieniało faktu, że stanowiło to jego ulubioną groźbę.
- Wiem, wiem. - Sięgnęłam po leżącą na stoliku torebkę i wyjęłam z niej swoją komórkę, by sprawdzić godzinę. - A teraz lepiej się już zbierajmy, bo chłopaki urwą nam głowy, jeśli znowu spóźnimy się na kolację.
Wróciliśmy do domu późno w nocy, ale i tak udało nam się zdążyć na posiłek przygotowany przez Rukiego. Jak zazwyczaj zjedliśmy go wspólnie, całą piątką w niezwykle rodzinnej atmosferze - wdając się w bezsensowne kłótnie, dogryzając sobie nawzajem oraz podkradając co lepsze kąski z cudzego talerza. Po napełnieniu naszych żołądków odmeldowaliśmy się z Kou i udaliśmy do jego pokoju. Chłopak od razu padł jak długi na swoje łóżko.
- Ugh... - wymamrotał z twarzą ukrytą w poduszce. - Jestem zmęczony.
- Chyba ty akurat powinieneś już być przyzwyczajony do takich występów, prawda?
- Jestem przyzwyczajony do występów. - Odwrócił twarz w moją stronę. Wyglądał jak nadąsane dziecko. - To ludzie są męczący.
Uniosłam brwi, opierając dłonie na biodrach.
- Chyba się obrażę - oznajmiłam.
Wampir ziewnął i usiadł na łóżku.
- Jesteś wyjątkiem.
- Tak lepiej. - Skinęłam głową z uśmiechem, po czym klapnęłam na materac obok niego. Błyskawicznie to wykorzystał, zmieniając swoją pozycję i kładąc się ponownie, tym razem z głową na moich kolanach.
- Nie za wygodnie ci tak przypadkiem?
- Hmm... nie. Jest idealnie.
Prychnęłam, lecz uśmiech nie schodził mi z ust. Wsunęłam palce w jego jasne włosy i ostrożnie je przeczesałam. Kou najwyraźniej nie miał nic przeciwko temu, gdyż zamknął oczy i pozwalał mi robić, co chciałam. Prostowałam więc jego poskręcane kosmyki między palcami, ciesząc się tą spokojną chwilą. Lubiłam bawić się włosami blondyna. Były takie gładkie i przyjemne w dotyku.
- Pomożesz mi się przebrać? - przerwał nagle ciszę. Przeniosłam wzrok na jego klatkę piersiową, gdzie jego smukłe palce walczyły z guzikami koszuli. Jeden z nich był już rozpięty i odsłaniał skrawek bladej skóry. Odwróciłam szybko wzrok czując, że moje policzki stały się cieplejsze.
- Nie wygłupiaj się - skarciłam go, wyplątując dłoń z jasnych włosów.
- Ale naprawdę przydałaby mi się pomoc...
Pstryknęłam go palcami w czoło. Jego twarz wykrzywiła się w lekkim grymasie.
- Wiesz, szłoby ci znacznie lepiej, gdybyś po prostu otworzył oczy - zauważyłam z przekąsem.
Chłopak westchnął i uniósł powieki z widoczną niechęcią.
- Gdzie w tym zabawa?
Wzruszyłam ramionami, odchyliłam się do tyłu i oparłam dłonie na materacu za plecami.
- Stresujesz się niedzielnym występem? - zapytał niespodziewanie Kou.
- Tak - przyznałam szczerze. - W końcu to już pojutrze. W dodatku to ważny program. Nie chcę żebyś przeze mnie gorzej wypadł...
Idol zmrużył swoje jasnoniebieskie oczy.
- O czym ty mówisz? Nie masz się czym przejmować. Od dawna już przecież umiemy dobrze wykonać tę piosenkę. Mamy jeszcze prawie dwa dni, żeby ją na spokojnie przećwiczyć, a potem tylko zaśpiewamy tak, jak na próbach i gotowe.
Przygryzłam dolną wargę.
- Tak, ale... Nic na to nie mogę poradzić, że się martwię.
Kou uniósł rękę. Opuszki jego palców musnęły moje czoło.
- Marszczysz je - wyjaśnił, gdy posłałam mu pytające spojrzenie. - Uważaj, bo porobią ci się zmarszczki.
Usłyszawszy to, trzepnęłam go w dłoń.
- Nie strasz nastolatki zmarszczkami!
Zachichotał, nie przejmując się moją wypowiedzią.
- A zmieniając temat na coś przyjemniejszego... - Popatrzyłam na stojącą na szafce nocnej papierową torbę. - Czy nie dostaliśmy przypadkiem jakichś słodyczy w prezencie po naszym występie?
Chłopak przytaknął, siadając tylko po to, by podać mi wspomnianą torbę, po czym wrócił do beztroskiego wylegiwania się z głową na moich kolanach. Wyjęłam z torby pierwszą paczuszkę, na jaką natrafiłam palcami. Brązowe pudełko było przewiązane wstążką w kolorze złota i nie miało na sobie żadnych napisów ani charakterystycznych symboli, po których można byłoby rozpoznać producenta. Domyśliłam się jednak, że w środku musiały znajdować się czekoladki, gdyż Kou już wcześniej dostawał takie słodycze zapakowane w podobny sposób.
Otworzyłam pudełko i uniosłam do ust pierwszą pralinkę. Wampir złapał mnie za nadgarstek, powstrzymując tym samym przed zjedzeniem słodkości.
- O co chodzi?
Zamiast odpowiedzieć, po prostu rozchylił własne wargi. Jasne oczy patrzyły na mnie z oczekiwaniem. Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
- Jesteś niemożliwy - oznajmiłam, ale bez protestowania włożyłam mu czekoladkę do ust.
Nie minęło nawet kilka sekund, kiedy poderwał się gwałtownie z moich kolan, krztusząc się i kaszląc. Przestraszona jego reakcją szybko przysunęłam się do niego bliżej.
- Co się stało?! - zapytałam zaniepokojona. - Wszystko w porządku?
Blondyn opuścił dłoń, którą zasłaniał usta. Skrzywił się tak, jakby co najmniej wypił duszkiem szklankę soku z cytryny.
- To... było... - wykrztusił wreszcie. - Ohydne!
Zamrugałam, zbita z tropu.
- Aż tak?
- Aż tak! - potwierdził. Wziął pudełeczko z pozostałymi czekoladkami i cisnął nim przez pokój. Zderzyło się z cichym stuknięciem ze ścianą, a następnie upadło na podłogę. - W życiu nie jadłem czegoś tak obrzydliwego! Chyba naprawdę musiało mu to nie smakować...
- Okay... To może masz ochotę na coś innego? - zasugerowałam, przeglądając pozostałą zawartość torby.
- O, nie. - Pokręcił energicznie głową. - Nie ma mowy. Na dzisiaj mam zdecydowanie dość słodyczy.
Następnego ranka z łóżka wyciągnęły mnie smakowite zapachy dochodzące z kuchni. Wciąż będąc w piżamie podreptałam ich tropem. Jak się okazało, Ruki właśnie kończył przygotowywać śniadanie. Azusa i Yuma siedzieli już natomiast przy stole. Nigdzie nie widziałam Kou.
- Dobry - przywitałam się. Jedną dłonią przygładziłam rozczochrane włosy, a wierzchem drugiej stłumiłam ziewnięcie. - Nie widzieliście Kou?
Azusa pokręcił przecząco głową. Yuma uniósł jedną brew.
- Mógłbym zapytać cię o to samo. Myślałem, że razem spędziliście noc.
Kątem oka dostrzegłam ostrzegawcze spojrzenie, jakie Ruki posłał brązowowłosemu. Byłam pewna, że moje policzki się zaróżowiły.
- Dobrze wiesz, że to nie prawda - fuknęłam, starając się ukryć swoje zawstydzenie.
- No tak, wtedy pewnie byłoby głośniej.
Azusa zachichotał, więc obu spiorunowałam wzrokiem. Podobnie jak Ruki, który z hukiem postawił przed Yumą talerz.
- Moglibyście darować sobie takie żarty z samego rana i tak dla odmiany może ktoś by mi pomógł?
- Ja ci pomogę! - Stanęłam prosto i uniosłam dłoń niczym uczeń zgłaszający się na ochotnika do odpowiedzi. Ruki skinął głową z aprobatą.
- Jedna porządna.
W dziecinnym odruchu pokazałam reszcie język, zabierając się do rozstawiania na stole naczyń podawanych mi przez ciemnowłosego. Wkrótce cały blat został zastawiony pieczywem, wędlinami, nabiałem oraz świeżymi warzywami. Zmieściwszy jeszcze jakoś na nim dzbanek z dopiero co zaparzoną herbatą zerknęłam w kierunku korytarza. Kou wciąż się nie pojawił. Czyżby jeszcze spał?
- To ja może po niego pójdę? - zasugerowałam.
Ruki przytaknął.
- Idź i każ mu się pospieszyć.
- Naszej gwieździe zebrało się na leniuchowanie - dobiegł mnie jeszcze rozbawiony głos Yumy, gdy wyszłam już na korytarz. Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem.
Zapukałam w zamknięte drzwi pokoju Kou. Nie doczekałam się żadnej odpowiedzi.
- Kou? - zawołałam, ponowiwszy czynność. - Wstałeś już?
Nadal nic.
- Bez jaj... - mruknęłam zniecierpliwiona i otworzyłam drzwi. - Pobudka, leniu!
Problem w tym, że Kou wcale nie spał. Jego łóżko było puste, nie licząc rozgrzebanej pościeli oraz kupki ubrań.
- Huh? Gdzie on...
Drgnęłam na dźwięk gwałtownie otwieranych drzwi do łazienki przylegającej do sypialni wampira.
- Mamy problem!
Zmierzyłam stojącego na progu blondyna uważnym wzrokiem. Nie miał na sobie nic poza ręcznikiem przewiązanym w pasie. Dzięki temu mogłam dokładnie przyjrzeć się jego szczupłemu ciału. Na czym przyłapałam się dopiero po kilku sekundach. Zarumieniona, szybko podniosłam wzrok wyżej, na jego twarz. Myślałam, że skomentuje moją reakcję jakimś głupkowatym tekstem, ale pomyliłam się. Kou wyglądał raczej na spanikowanego niż rozbawionego.
- Jaki prob... - urwałam w pół słowa, gdyż wreszcie zauważyłam powód dziwnego zachowania chłopaka. Z jego wciąż wilgotnych po kąpieli włosów wystawała para zaokrąglonych uszu. Futrzastych, zaokrąglonych uszu. - O-okay... Chyba wiem, o czym mówisz.
- To nie wszystko!
- A... Co jeszcze? - Wolałam nie zsuwać wzroku z jego twarzy, aby samodzielnie się o tym przekonać.
Kou wydał z siebie coś pomiędzy ciężkim westchnięciem a jękiem. Obrócił się do mnie tyłem i wskazał okolice swoich lędźwi.
- To!
Nad krawędzią jego ręcznika poruszył się dość długi, puchaty... ogon. Zarówno on jak i uszy były w tym samym kolorze, co włosy chłopaka.
- Okay. Okay... - Potarłam dłonią czoło. Szczypanie w ramię nic nie dało. To naprawdę się działo. Kou dorobił się uszu i ogona. Czegoś takiego się nie spodziewałam. - Mógłbyś mi to jakoś sensownie wyjaśnić?
Z powrotem stanął twarzą do mnie. Rozłożył bezradnie ręce.
- Sam tego nie rozumiem. - Na jego twarzy malowała się najprawdziwsza rozpacz. - Kiedy wstałem i wziąłem prysznic... to wszystko już po prostu było tak, jak widzisz! Na początku myślałem, że to tylko czyjś głupi żart, ale to... - to mówiąc dotknął najpierw jednego ucha, a potem ogona - i to... to jest prawdziwe! To pewnie wina tych pieprzonych czekoladek. Zdecydowanie podejrzanie smakowały...
- Tak myślisz?
Pokiwał głową i przesunął dłonią po twarzy.
- Nie jadłem ani nie dotykałem niczego innego podejrzanego... To jedyne rozwiązanie, jakie przychodzi mi do głowy.
- Wiesz... - zaczęłam niepewnie. Trzeba przyznać, że była to bardzo dziwna sytuacja. - Wydaje mi się, że powinniśmy o tym porozmawiać z resztą. Może ktoś będzie miał jakiś pomysł co z tym zrobić.
Blondyn westchnął.
- Tak, masz rację. Jestem pewien, że jakoś mi pomogą.
Yuma wybuchnął takim śmiechem, że prawie spadł przez to z krzesła.
- Wyglądasz... jak... - dukał, nie potrafiąc się uspokoić.
- Jenot - dokończył za niego Azusa.
Nie potrafiłam powstrzymać chichotu, za co zostałam obrzucona przez Kou oburzonym spojrzeniem.
- Ty też?!
- Wybacz. - Odchrząknęłam i po odzyskaniu powagi powiodłam wzrokiem po zebranych przy stole. - A tak na poważnie, to macie jakiś pomysł co to może być i jak się tego pozbyć?
Azusa i Yuma pokręcili głowami. Ruki wyglądał na zamyślonego.
- Wspominaliście, że Kou zjadł jakąś podejrzaną czekoladkę - odezwał się po chwili. - Od kogo je dostaliście?
- Od prowadzących wczorajszy program - odparłam. Kou wyglądał na zbyt przybitego, więc zdecydowałam się przejąć pałeczkę w przeprowadzeniu tej rozmowy.
- Na pewno musiały w sobie zawierać jakąś magię - stwierdził oczywisty fakt. - Ale możliwe, że oni nawet o tym nie wiedzieli. Jeśli rzeczywiście zjadłeś tylko jedną, to jej działanie samoistnie powinno zaniknąć.
Kou z nadzieją spojrzał na swojego starszego brata.
- Jak długo to może potrwać?
- Nie mam pojęcia.
Ta odpowiedź sprawiła, że jego ramiona opadły w wyrazie zawodu.
- I co ja mam teraz zrobić? - Jego ton przybrał niemalże płaczliwy ton. - Jutro wieczorem mamy występ. Co jeśli do tego czasu się tego nie pozbędę? Jak ja mam się pokazać ludziom?!
- Może spróbujesz to czymś zasłonić? - podsunął Yuma.
- A może wcale nie trzeba będzie? - wtrąciłam się, zanim Kou zdążył odpowiedzieć.
- Co masz przez to na myśli?
- Jeśli te uszy i ogon rzeczywiście nie znikną do jutra, to ja też zawsze mogę się przebrać. Wiecie, wystarczy, że ubiorę opaskę ze sztucznymi uszami. Ogon też raczej nie byłby problemem. Zawsze można wszystkich wkręcić, że taki jest nasz koncept.
- Myślisz, że nikt się nie zorientuje? - Azusa przypatrywał mi się z zaciekawieniem.
- Raczej nie powinien. To program dla ludzi. Skoro nie zorientowali się, że Kou jest wampirem, to zwierzęce uszy też nie powinny wzbudzić podejrzeń.
- To nie jest taki głupi pomysł - poparł mnie Ruki. - Na pewno jest to lepszą opcją, niż gdybyście mieli wycofać swój udział.
- Właśnie. - Przeniosłam wzrok na pogrążonego w myślach idola. - Co ty na to?
Kou popatrzył na mnie i powoli skinął głową.
- Chyba nie mamy innego wyjścia. Zgadzam się.
Tak więc czas, jaki pozostał do niedzielnego programu spędziliśmy zgodnie z pierwotnym planem, czyli na szlifowaniu piosenki, którą mieliśmy zaśpiewać. Niestety, nowe części ciała Kou nie zniknęły i chłopak zdawał się być coraz bardziej zestresowany. Z drugiej strony, ja byłam zaskakująco spokojna, więc to zupełnie tak, jakbyśmy zamienili się rolami.
W końcu nieubłaganie nadszedł niedzielny wieczór...
- Jak wyglądam? - zapytałam, poprawiając na głowie opaskę z kocimi uszami.
Kou spojrzał na mnie zdezorientowany. Musiałam wyrwać go z zamyślenia.
- Ach, tak. - Nerwowo skubał rękaw swojej marynarki. - Pasują ci.
Sprawdziłam jeszcze, czy czarny ogon trzymał się tyłu mojej sukienki, po czym podeszłam bliżej blondyna.
- Kiedyś zamorduję tych stylistów za to, że każą mi nosić takie szpilki - wymamrotałam. W butach, które miałam na sobie, byłam o jakieś dziesięć centymetrów wyższa. - O ile sama wcześniej przez nich nie zginę...
Kou jedynie uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu. Położyłam dłoń na jego ramieniu.
- Hej, to do ciebie niepodobne, żeby tak stresować się jakimś występem.
- Wiem - westchnął. - Ale nic na to nie poradzę.
- Przynajmniej zakosztujesz odrobinę tego, co ja zazwyczaj przeżywam - zażartowałam, dając mu kuksańca. - Będzie dobrze.
W tej chwili podszedł do nas jeden z pracowników pomagający przy nadzorowaniu programu.
- Jesteście gotowi? - spytał, podnosząc na nas wzrok znad podkładki z logo programu.
Skinęliśmy głowami.
- Wchodzicie następni - przypomniał, po czym odmaszerował w kierunku innych uczestników.
Wzięłam głęboki oddech. Oby to wypaliło.
Nie było już czasu na zmianę planu, gdyż w tym momencie ze sceny dobiegł głos prowadzącego:
- A teraz powitajmy nasz kolejny duet, Natsuki Komori oraz Kou Mukami!
Rozległy się wiwaty, a ja po raz ostatni zerknęłam na Kou, by następnie jako pierwsza wyjść na scenę. Dostrzegłam kilka zdziwionych min na widowni, ale zamiast nich skupiłam się na rozpoczynającej się piosence. Przymykając powieki, uniosłam mikrofon do ust.
Straciłam oddech
Kiedy pierwszy raz cię zobaczyłam
Nie potrzebowałam już dłużej powietrza
Potrzebowałam tylko ciebie
Unosząc się jak sen
Ty i ja kołyszemy się razem
Wszystko wygląda oschle
Kiedy cię tutaj nie ma
Tonąc w basenie miłości
Bez tchu, nie wyciągaj mnie
Jesteś snem
Nie budź mnie teraz
Przez krótką, zatrważającą chwilę myślałam, że Kou zrezygnował z naszego występu, ale wtedy zauważyłam, że zbliżał się do mnie powolnym krokiem. Kiedy skończyłam swoją część, od razu, bez żadnego zawahania zaczął śpiewać kolejną zwrotkę.
Więc przejmij mnie
Pokaż mi, co robisz
Wciągnij mnie
Tonę w tobie
Pozwoliłaś swoim włosom opaść
Na moje ramiona
Twoje ciepło na mojej skórze
Jest przyjemniejsze od słońca
Jeśli ucieklibyśmy dzisiejszej nocy
Nie kłóciłbym się
Jesteś moją wymówką
By być ryzykownym**
Uśmiechnęłam się widząc, że Kou odzyskał swoją pewność siebie. Dzięki temu bez problemu udało się nam doprowadzić nasz występ do końca.
- A nie mówiłam? - zagadnęłam chłopaka, gdy schodziliśmy już ze sceny. Nie doczekałam się jednak odpowiedzi. - Kou?
Nie było go u mojego boku, chociaż zaledwie sekundę temu szliśmy ramię w ramię. Rozejrzałam się, kompletnie zdezorientowana. Wreszcie mój wzrok padł na coś... raczej niespodziewanego. Przy moich stopach siedział bowiem jenot. Jenot o bardzo jasnej sierści i niebieskich oczach.
- To chyba jakiś żart... Kou?
- Tak! - rozległ się jęk w mojej głowie.
- To już przegięcie.
- Mi to mówisz?!
Schyliłam się i czym prędzej wzięłam zwierzątko na ręce, żeby przypadkiem ktoś inny go nie zabrał.
- I co my teraz zrobimy? - Zmarszczyłam brwi. - Zaraz będą wywoływać wszystkich uczestników na scenę... Poza tym, jak to mogło tak daleko zabrnąć?!
- Nie wiem!
- Myśl, Natsuki, myśl - mamrotałam do samej siebie, gorączkowo szukając jakiegoś rozwiązania tej pokręconej sytuacji.
- A teraz zapraszam na scenę wszystkich uczestników dzisiejszego programu! - zawołał prowadzący. - Za chwilę ujawnimy wyniki dzisiejszego konkursu!
- Och, no nie... Trudno. Nie mamy innego wyjścia.
- Hej! Czekaj! - Kou protestował w moich ramionach. - Gdzie ty mnie zabierasz?!
- A jak myślisz? - szepnęłam, ponownie wchodząc na scenę. - Zachowuj się.
Jakby nigdy nic się nie wydarzyło dołączyłam do rzędu, który utworzyli już inni piosenkarze. Przywitałam się z dziewczyną, obok której stanęłam, ale jej uwagę niemal od razu przykuł Kou w swojej nowej formie.
- Jenot? - Przytaknęłam. - Wygląda dość nietypowo.
- Tak, pochodzi ze specjalnej hodowli - palnęłam.
- Wypraszam sobie!
- A gdzie twój partner?
Uśmiechnęłam się, wskazując na trzymanego na rękach futrzaka.
- Wiesz... To taki nasz koncept.
- Aaa... - Zachichotała. - Bardzo ciekawy. Na pewno się wyróżniliście.
- Dzięki - odpowiedziałam, a w duchu odetchnęłam z ulgą.
Wszystkie rozmowy ucichły. Prowadzący upewnił się, że wszyscy są już na swoich miejscach, po czym zamachał w powietrzu kolorową kopertą.
- Wszystkie dzisiejsze występy były wspaniałe... - zaczął swoją wypowiedź. - Ale jak wiecie, zwycięzca może być tylko jeden. Tak więc, przechodząc do rzeczy, w tym tygodniu nasz program wygrywa duet składający się z... - Zawiesił dramatycznie głos. W denerwująco wolnym tempie otworzył kopertę i wyjął z niej złożoną kartkę. Miałam ochotę podbiec do niego, wyrwać mu ją i uciec ze sceny, byleby tylko szybciej się to skończyło. - Natsuki i Kou! Och. Tego się nie spodziewałam. Znowu.
- Uwierzysz? - opuściłam Kou na podłogę w garderobie. - Mimo wszystko, udało się nam to wygrać!
- Też tam byłem, jeśli nie zauważyłaś.
- Wiem, wiem, ale wciąż jestem tym zaskoczona. - Odwróciłam się w stronę drzwi, uważnie nasłuchując dźwięków dochodzących z zewnątrz. - Teraz tylko się modlić, żeby nikt tutaj nie zajrzał w poszukiwaniu ciebie...
Nagle poczułam ramiona oplatające mnie od tyłu w talii. Drgnęłam, zaskoczona i odwróciłam głowę, by ujrzeć rozpromienioną twarz Kou.
- Wróciłeś do siebie? - Obróciłam się, by móc lepiej mu się przyjrzeć. - I z tego, co widzę, uszy i ogon też ci zniknęły.
- Zgadza się, kotku! - Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, którego zaczynało mi już brakować. - To coś wreszcie przestało działać.
- To świetnie! - Ucieszyłam się, ale w tym samym momencie moje plecy zderzyły się z drzwiami. - Co ty wyprawiasz?
Zamiast odpowiedzieć, przysunął się bliżej i bez ostrzeżenia złączył nasze usta w pocałunku.
- Hej... - zaprotestowałam cicho. - Ktoś może tu przyjść.
- Daj mi chociaż chwilę - poprosił. Nasze twarze dzieliły zaledwie milimetry, a jego dłonie spoczywały na drzwiach po obu moich stronach skutecznie odcinając mi ewentualne drogi ucieczki. - Należy mi się po tym wszystkim.
- Hmm... Chyba w sumie masz rację.
Objęłam jego szyję ramionami i tym razem to ja go pocałowałam. Bardziej od wygranej cieszył mnie powrót Kou do normalności. I starałam się mu to jak najlepiej pokazać.
*Przez "'wszystkowiedzące' oko" Natsuki miała na myśli prawe oko Kou, dzięki któremu może on zajrzeć w ludzką duszę i sprawdzić, czy dana osoba mówi prawdę, czy kłamie.
**KOLAJ & Eric Nam - "Into You"
[Zamieszczony fragment został przetłumaczony przeze mnie (jakoś trzeba sobie radzić, kiedy w internecie nie ma tłumaczenia T^T), więc może nie być idealny.]