Ariana | Blogger | X X

poniedziałek, 10 listopada 2014

Krew... to jest... Cukierek albo psikus?

 Tak, wiem... wyrabianie się z pisaniem w czasie nie należy do moich mocnych stron... Dopiero dzisiaj udało skończyć mi się ten rozdział, czyli odpowiedź na umieszczoną wcześniej przeze mnie "zagadkę". Jest to rozdział bonusowy - nie ma większego wpływu na aktualną akcję opowiadania. Możliwe, że w przyszłości będzie pojawiało się więcej takich bonusów.  Ale do rzeczy. Spóźnionego, wesołego Halloween! 





Bonus I: Halloween
Krew albo psikus?

Halloween, godzina 20:13

  Yuri pociągnęła swojego młodszego braciszka za rękę. Chłopak opierał się, przyciskając do siebie papierową torbę.
- Chodźże wreszcie – warknęła zniecierpliwiona dziewczyna. – Sam chciałeś iść zbierać te głupie cukierki.
- Ale nie do tego  domu – siedmiolatek cofnął się, próbując wyrwać się siostrze. – Czy oni  w ogóle obchodzą Halloween?
- Na pewno. Są tacy mroczni, no i te plotki… muszą obchodzić Halloween, to coś w ich stylu.
- Ale…
- Nie ma żadnego „ale”. Wchodzimy tam, ty dostaniesz te swoje głupie cukierki, a ja pogadam sobie z chłopakami.
 Blondynka uśmiechnęła się do swoich myśli. Tak naprawdę nie obchodziło jej te całe Halloween, a chęć jej brata do zbierania cukierków wykorzystała tylko po to, by mogła spotkać się z braćmi Sakamaki. Była bardzo ciekawa jak ci bogaci i nieziemsko przystojni chłopcy żyją, i jak wygląda ich dom. No i… jakim cudem zadają się z kimś takim jak Natsuki Komori. Wzdrygnęła się na samą myśl o niej. Nie lubiła jej od samego początku. Ten jej sposób bycia, ta zuchwałość, okropny styl… Wszystko to wzbudzało w Yuri odrazę. Nie rozumiała, co może łączyć taką osobę z rodziną Sakamaki.
 Blondynka pokręciła głową odpędzając od siebie niechciane myśli. Była przekonana, że dziś uda jej się zbliżyć do któregoś z braci. Sama była obrzydliwie bogata, ładna i wiedziała, że nie jeden chłopak ze szkoły zrobiłby wszystko żeby z nią być. Była więc pewna, że to starczy, by zauroczyć nawet synów Tougo Sakamaki.
 Pogrążona w myślach, nie zauważyła, że jej brat wycofuje się cichaczem w stronę, z której przyszli. Dostrzegła to dopiero po chwili i czym prędzej złapała chłopaka za pelerynę jego stroju wampira.
- Nigdzie nie uciekasz – skarciła go, po czym pchnęła wysoką, metalową furtkę. Ciągnąc brata za sobą, ruszyła przez dziedziniec posiadłości, rozglądając się wokół z zaciekawieniem.
- Naprawdę nie rozumiem, po co tak bardzo chciałaś tu przyjść, ponuro tu – mruknął chłopczyk.
- Nie marudź.
 Przebrnąwszy wreszcie przez długi dziedziniec, stanęli przed głównym wejściem do budynku. Gdy tylko zbliżyli się do drzwi, z pochodni umieszczonych po obu ich stronach buchnął fioletowy ogień.
Chłopak pisnął, chowając się za swoją siostrą.
- Wow, ciekawe czy to prawdziwe… - odezwała się Yuri, unosząc dłoń by zastukać do drzwi. Ledwie dotknęła drewna, a drzwi otworzyły się same, ze skrzypnięciem niczym w jakimś horrorze. Blondynka wzruszyła ramionami i przekroczyła próg posiadłości, kurczowo zaciskając palce na ramieniu brata, aby się jej nie wyrwał. W tej samej chwili drzwi zatrzasnęły się, więżąc rodzeństwo w półmroku korytarza.
- Może jednak zawrócimy? – szepnął chłopiec, czepiając się siostry jak małe zwierzątko.
- Nie – odpowiedziała krótko.
 Ruszyli więc korytarzem, zagłębiając się we wnętrze domu.
- Czy nie ma tu gdzieś jakiegoś włącznika światła? – mruknęła Yuri, przeczesując wzrokiem ściany. Nagle spostrzegła zwisającą z sufitu ogromną pajęczynę i z trudem powstrzymała pisk.
- Czy ktoś tu w ogóle mieszka? – odezwał się cicho jej brat.
- Oczywiście, że tak. To na pewno tylko atrapa…
 W tej chwili, gdzieś z głębi domu dobiegły ich piski, krzyki i śmiech.
- O, widzisz. Może urządzili imprezę? – blondynka uśmiechnęła się z ulgą.
Uśmiech ten jednak szybko znikł z jej twarzy, kiedy coś futrzastego otarło się o jej ramię.
- Co to było? – niemal krzyknęła, zatrzymując się w kręgu światła rzucanym przez ogromny żyrandol w kolejnym pomieszczeniu. Uniosła głowę, obrzucając wzrokiem tyle pomieszczenia ile tylko wyłaniało się ze światła. I wtedy, przy wielkich schodach dostrzegła… nietoperza. Tak, żywego nietoperza. Zwieszał się on z balustrady i łypał na nią groźnie swoimi małymi, paciorkowatymi oczkami.
- O mój Boże…
- To ty chciałaś tu przyjść…
- Cicho. Idziemy.
 Yuri miała niejaki problem utrzymać brata, kiedy mijali suto zastawione słodkościami stoły ustawione wzdłuż następnego korytarza. Cóż, musiała przyznać, że jej samej na ich widok ciekła ślinka.
Na szczęście, już za następnym zakrętem dostrzegła prostokąt światła padający na posadzkę korytarza, któremu towarzyszyły podniesione głosy i śmiech. Yuri zmarszczyła brwi, usłyszawszy wśród nich ten znienawidzony, dziewczęcy głos. Zatrzymała się jednak dopiero przy progu. Widok, który zobaczyła, całkowicie ją zaskoczył.
 W salonie, oświetlona przez światło wielu świec znajdowała się piątka braci Sakamaki i jedna dziewczyna… Natsuki Komori. Ale to co się tam działo, przeszło wyobrażenia Yuri.
 Ayato Sakamaki z kocimi uszami wystającymi spośród czerwonawych włosów podpierał lewą ręką plecy Natsuki, przechylonej pod dziwnym kątem. W prawej trzymał natomiast lśniący, srebrny sztylet. Uśmiech na twarzy chłopaka nie spodobał się Yuri.
Natsuki trzymała w opuszczonej dłoni złoty, wysadzany kamieniami puchar, a na posadzce wokół niej połyskiwała w świetle świec czerwona ciecz.
 Rozparty na jednej z sof Shuu natomiast, z typowym dla niego znudzeniem wymalowanym na twarzy podrzucał w dłoni sporych rozmiarów nóż. Kiedy przechylił głowę, Yuri dostrzegła czarną opaskę zasłaniającą jego prawe oko.
 Kanato siedzący nieopodal na fotelu, z czarnym kapeluszem z gwiazdkami na głowie i swoim misiem na kolanach w najlepsze pałaszował… gałki oczne.
 Laito, w pelerynie z czarnymi nietoperzymi skrzydłami i rogami w tym samym kolorze zanosił się głośnym śmiechem, bawiąc się pustym pucharem.
 Nieco dalej, rzucając wściekłe spojrzenia najstarszemu z trojaczków, Subaru skrupulatnie poprawiał bandaże pokrywające całe jego ciało.
 Nagle Shuu zaprzestał podrzucania noża i nie odwracając nawet głowy oznajmił:
- Mamy towarzystwo.
 Jak na komendę wszystkie spojrzenia powędrowały w stronę Yuri i jej braciszka.
- Cukierek albo psikus? – pisnął chłopiec, wychylając się zza ramienia swojej siostry, zanim ta zdążyła go powstrzymać.

Halloween, godzina 4:17

Reiji podniósł wzrok znad swojej książki i spiorunował mnie wzrokiem. Nerwowym gestem poprawił okulary, prawie wciskając je sobie w twarz.
- Nie.
- Ale Reeeiji – jęknęłam. – Proooszę!
- Dołączam się – oznajmił Laito. – Proszę~.
- Nie.
- Halloween jest zabawne~.
- No właśnie, co ci szkodzi? – zapytałam, kładąc dłonie na jego biurku.
 Reiji zatrzasnął z hukiem książkę, odkładając ją na blat.
- Powiedziałem już: nie.
- Czemu?
- Bo nie.
- „Bo nie” to nie odpowiedź – skrzyżowałam ramiona na piersi.
- Nie będziemy obchodzić głupich zwyczajów śmiertelników.
- Ale… - zaprotestowałam jednocześnie z Laito.
- Nie. Koniec rozmowy.
- No weź, Reeeiji…
Wampir uniósł jedną brew i wykonał dłonią gest jakby opędzał się od natrętnego owada.
- Sio.
- Sztywniak – mruknęłam, kiedy zamknęły się za mną drzwi gabinetu.
- Głowa do góry, Maleńka – odezwał się Laito. – Coś wymyślimy.
- Wątpię. Z tym upartym… - odetchnęłam, powstrzymując się przed użyciem jakiegoś obraźliwego słowa. – Ech, nieważne. Idę spać.

 Jak powiedziałam – tak zrobiłam. Zrzędząc non-stop na sztywniactwo Okularnika wykąpałam się i powlokłam do łóżka. Tak, zepsuł mi humor. Miałam wielką nadzieję, że jednak uda mi się zabawić z braćmi Sakamaki w Halloween. Nigdy jakoś wcześniej nie miałam okazji do obchodzenia tego dnia. Cóż, bycie chrześcijanką, wychowywaną przez kapłana miało w tym jakiś udział…
 Obudziwszy się rano… to jest popołudniu… (godziny czternastej chyba nie można zaliczyć już do rana, co?) ubrałam się, zjadłam śniadanie… i stwierdziłam, że w domu panuje nadzwyczajna cisza. Dobrze wiedziałam, że jest dopiero środek dnia, ale i tak… nawet jak na rodzinę Sakamaki taka dojmująca cisza była aż dziwna. Tym bardziej, że nikt nie dobijał się do mojego pokoju, co było kolejnym zaskoczeniem.
 Gdy nieco później wróciłam do sypialni z biblioteki, zauważyłam na łóżku czarne pudło, przewiązane czerwoną wstążką. Na pudełku leżała biała, złożona na pół kartka. Podniosłam ją, zdziwiona i rozłożyłam papier, na którym widniała następująca informacja: „Załóż to i zejdź do salonu o 17.” Uniosłam brwi, rozpoznając pismo Ayato.
 Odłożyłam kartkę i otworzyłam pudło. Moim oczom ukazała się sukienka. Wyjęłam ją ostrożnie i przyjrzałam się jej uważnie. Nie miała ramiączek, z przodu sięgała nieco powyżej kolan, z tyłu – za kolana. Uszyta ze szkarłatnego materiału, z czarnymi rękawami, rozpoczynającymi się na wysokości dekoltu. Rękawy te, dekolt i dół były artystycznie podarte, a materiał na piersiach ozdobiono delikatnymi, złotymi łańcuszkami.
 Myślałam, że ta sukienka nie będzie na mnie pasować, albo będę w niej źle wyglądała, ale… myliłam się. Zdziwiłam się, okręcając się przed lustrem. Była dość obcisła w górnej części, ale dało się oddychać, więc było dobrze. W sumie… czułam się dziwnie, jedynie w związku z brakiem ramiączek. Rozpuściłam więc włosy, aby dodać sobie trochę pewności siebie.
 Nim się spostrzegłam, ścienny zegar w pokoju wybił godzinę siedemnastą. Ciekawa, co jest grane, zeszłam do salonu. Po drodze zauważyłam, że zmienił się nieco wystrój domu. Ściany pokrywały teraz wielkie pajęczyny, jakby nie sprzątano tu od dawna, postaci na obrazach przypominały zjawy, gdzieniegdzie z żyrandoli, mebli i balustrad zwieszały się żywe (o zgrozo!) nietoperze. Normalne światła pogaszono i teraz jedyne światło dawały groteskowe dynie i czaszki (miałam nadzieję, że sztuczne…) ze świecami płonącymi ogniem o różnych kolorach – zwykłym pomarańczowym, krwistoczerwonym, zielonym, fioletowym, niebieskim.
 W salonie czekała na mnie niespodzianka – cały pokój przystrojono jeszcze bardziej niż resztę domu. Roiło się w nim od kolorowych świec, meble wymieniono na takie w kolorze szkarłatu i czerni, a stół zastawiono… misami z gałkami ocznymi, półmiskami z palcami i talerzem z naturalnej wielkości ludzką czaszką.
- Nie są prawdziwe – odezwał się za moimi plecami Kanato. – To słodycze.
Odwróciłam się i ujrzałam, iż chłopak miał na sobie strój… czarownika. Czarny kapelusz ze złotymi gwiazdami, taka sama peleryna… nawet Teddy miał na swojej pluszowej głowie miniaturowy kapelusik.
Kanato uśmiechnął się i usiadł na jednym z foteli, sięgając po miskę z gałkami ocznymi.
- Hej, nie mówcie, że zaczynacie bez nas~.
 Laito i Ayato weszli do salonu w tej samej chwili. Starszy z nich przebrał się za demona – na głowie zamiast swego ukochanego kapelusza miał parę czarnych rogów, a na plecach dopięte do czarnej peleryny miniaturowe nietoperzowe skrzydła. Uśmiechnął się szeroko, mierząc mnie wzrokiem od stóp po głowę.
- No, no. Ślicznie wyglądasz, Maleńka. Mógłbym cię schrupać – mrugnął do mnie, ale ja już przeniosłam wzrok na jego brata. Niemal wybuchłam śmiechem. Ayato nie przejmował się zbytnio przebieraniem. Z jego włosów wystawały bowiem tylko kocie uszy, a ze spodni długi ogon. Zawsze przypominał mi kota, ale w tej chwili wyglądał po prostu… uroczo.
- Co jest, Naleśniku? – zapytał, gdy gapiłam się na niego z głupkowatym wyrazem twarzy. Kąciki jego ust uniosły się jednak w uśmiechu, kiedy przesunął po mnie powoli wzrokiem.
- Nic – mruknęłam. – Niezły kostium.
- Ty też wyglądasz nieźle.
Zamrugałam. Czy on mnie właśnie skomplementował?
- D-dzięki.
- No i gdzie reszta? – westchnął Laito. – Spóźnia-
- Przymknij się – dobiegł nas głos Subaru, chociaż jego samego nie było widać.
- Nie cierpię, kiedy tak robisz… Skoro tu jesteś, to się pokaż – zażądał Ayato.
 Subaru prychnął w odpowiedzi, ale i tak zszedł ze schodów. Jak się okazało, przebrał się za mumię. Większość ciała miał szczelnie zakrytą bandażami, jednak gdzieniegdzie na jego ramionach i plecach prześwitywała naga skóra.
 Laito zaklaskał w dłonie.
- A więc brakuje nam jeszcze…
- Jestem.
 Trudno w to było uwierzyć, ale Shuu, który właśnie zjawił się w pokoju, również był przebrany. Prawe oko miał zasłonięte czarną opaską, na głowę wsunął również czarny piracki kapelusz, na ramiona zarzucił niedbale pelerynę, a do spodni przytroczył… nóż? Sztylet? Miniaturowy miecz? Nie wiedziałam jak określić broń blondyna.
- Coś nie tak? – posłał mi pytające spojrzenie.
- N-nie, nie, skądże.
 Opadłam na wolne miejsce obok Ayato na kanapie. Przesunęłam wzrokiem po wampirach, komicznie wyglądających w ich przebraniach.
- Okay, to teraz mi powiedzcie: jak udało wam się to zorganizować? Przecież Reiji nie chciał się zgodzić…
- To nie było takie trudne, Maleńka. Mówiłem, że coś wymyślimy.
- Mój brat nie jest taki twardy na jakiego wygląda – oznajmił Shuu, wzruszając ramionami.
- Aha… a gdzie jest teraz? – zapytałam, przekonana, że nawet jeśli zgodził się na obchodzenie Halloween, to i tak nie będzie miał zamiaru w tym uczestniczyć.
- Zaraz powinien przyjść – stwierdził Laito, sięgając po misę z cukierkami.
- Jest dzisiaj odpowiedzialny za napoje – powiedział Kanato.
- Czyli będzie spędzał Halloween z nami?
- Niestety. Będę – odezwał się głos za moimi plecami.
 Odwróciłam się szybko i niemal spadłam z kanapy. Za mną stał Reiji w białym kitlu poplamionym czerwoną farbą. Przynajmniej miałam nadzieję, że była to farba… W każdym razie… przez twarz wampira przebiegała paskudna blizna, jego włosy były w nieładzie, a jedno oko było niemalże całkowicie białe. W dłoniach trzymał srebrną tacę zastawioną pucharami z dziwną, dymiąca substancją.
- Emm… mam nadzieję, że to nie jest zatrute?
- Przekonasz się jak skosztujesz.
Pocieszające.
- No dobra, wszyscy są, więc zaczynajmy zabawę! – Laito wyszczerzył kły w uśmiechu, sięgając po swój puchar. Pozostali poszli za jego przykładem. Ku mojemu zdziwieniu nawet ja dostałam własne naczynie. Uniosłam je więc i zawołałam:
- Wesołego Halloween!
 Szóstka wampirów spojrzała po sobie, po czym wszyscy, grupowo stuknęliśmy swoimi kielichami.

Halloween, godzina 20:21

  Kiedy wypiliśmy już po dwie kolejki napoju sporządzonego przez Reiji’ego (a trzeba przyznać, że się postarał, bo napój był przepyszny), atmosfera się rozluźniła i chłopcy przytargali do salonu tarczę do rzutek. Tylko, że tarcza była w kształcie ludzkiej czaszki, a rzutki zastąpili najróżniejszymi nożami i sztyletami.
- Trzydzieści dziewięć do trzydziestu ośmiu dla Shuu – oznajmił Laito, bawiąc się pustym kieliszkiem. Chwilę wcześniej Reiji wyszedł po kolejną dolewkę, a Kapelusznikowi już widać było tęskno do picia.
- Niech cię! – warknął Ayato, sięgając po kolejny sztylet.
- Czyżbyś wyszedł z wprawy? – zapytał Shuu, podrzucając w jednej dłoni spory nóż.
- Chciałbyś! Naleśniku, podaj mój kielich.
- A „proszę” to już dla ciebie za wiele?
Ayato rzucił mi nieprzyjemne spojrzenie. Przegrana nie wprawiała go bynajmniej w dobry nastrój.
- Już idę, idę.
 Z westchnięciem podniosłam się ze swojego miejsca, chwyciłam kielich Ayato i ruszyłam w jego stronę. Nie zauważyłam jednak, że jeden z bandaży Subaru rozwiązał się i leżał teraz rozciągnięty na dywanie. Pech chciał, że zaplątałam się w materiał i byłabym wyrżnęła o posadzkę, gdyby nie Ayato. Wampir wykazał się swoim nadzwyczajnym refleksem i zdążył złapać mnie jedną ręką zanim upadłam. Niestety, cała zawartość kielicha, który trzymałam w ręce znalazła się na podłodze. Przez chwilę z zaskoczeniem wpatrywaliśmy się sobie nawzajem w oczy.
- Przepraszam… - mruknął Subaru gdzieś za nami.
- Nie wierzę! Przepraszający Subaru? – Laito parsknął głośnym śmiechem.
- Zamknij się!
- Mamy towarzystwo – odezwał się nagle Shuu.
 Wszyscy, pomijając blondyna z jednakowym zdumieniem spojrzeliśmy w stronę wejścia do salonu. W progu stała… Yuri z jakimś małym chłopcem. Otworzyłam szerzej oczy. Co ONA tu robi?
 Blondynka miała na sobie jasną suknię i makijaż upodabniający jej twarz do zjawy. Chłopiec natomiast, który wyglądał zza jej pleców ubrany był w lekko kiczowaty kostium Draculi.
- Cukierek albo psikus? – pisnął.
 Ayato puścił mnie, upewniając się, że odzyskałam równowagę, po czym spojrzał porozumiewawczo na swoich braci.
- Co tu się dzieje? – zapytał tymczasem Reiji, wyłaniając się z korytarza z kolejną porcją napojów.
- Intruz – odezwał się Shuu, ciskając nożem w tarczę. Ostrze wbiło się wprost w jeden z oczodołów czaszki. Jak na komendę bracia podnieśli się ze swoich miejsc.
- „Cukierek albo psikus”? – powtórzył Ayato, uśmiechając się nieprzyjemnie. – A może raczej „Krew albo psikus”?
 Mina zrzedła Yuri natychmiastowo. Dziewczyna pociągnęła chłopca za ramię, wycofując się w korytarz,  którym musiała tu przyjść. Wyminąwszy Reiji’ego puściła się biegiem.
***

 Yuri biegła ile sił w nogach, ciągnąc swego brata za sobą. Ozdoby, które wcześniej wydawały jej się ciekawym pomysłem na urządzenie domu na halloweenową imprezę, teraz napawały ją przerażeniem.
- Przecież to ty chciałaś tu przyjść! – Wysapał jej brat.
- Myliłam się. To dom wariatów!
 Przebiegając obok tak zachwycających ją wcześniej stołów ze słodyczami prawie dostała zawału. Między stolikami stał bowiem Kanato z przerażającym uśmiechem na ustach i… gałką oczną nabitą na palec wskazujący. Jak gdyby nigdy nic, pomachał jej radośnie.
Ta jeszcze bardziej przyspieszyła, ale nie pobiegła za daleko. W pewnej chwili po prostu zaplątała się w wielką pajęczynę, a następnie potknęła o coś (wolała nie wiedzieć co) zalegającego podłogę. Kiedy podnosiła się z pomocą swego braciszka dostrzegła opartego o ścianę, uśmiechniętego Laito.
- Zdajesz sobie sprawę, że nie uciekniesz?
 Blondynka poderwała się błyskawicznie i kuśtykając w swoich szpilkach ponownie rzuciła się w stronę drzwi, od których dzieliło ją już tylko kilka metrów. To jednak wystarczyło by zdążyła natknąć się jeszcze na Ayato. Usta chłopaka rozciągnęły się w szyderczym uśmieszku.
- Już nas opuszczasz?
  Nieco dalej, tuż przy drzwiach, czekała już na nią Natsuki. Czarnowłosa otworzyła przed nią drzwi, uśmiechając się kpiąco.
- I jak się podobało?
 Ale blondynka nie odpowiedziała jej. Pognała ze swym bratem prosto przez dziedziniec, wyklinając po drodze na rodzinę Sakamaki i znienawidzoną koleżankę. Kiedy tylko zniknęła z terenu posiadłości, w środku rozległy się śmiechy, a siódemka nastolatków wróciła do przerwanego świętowania.  

środa, 29 października 2014

Zagadka...

 Witajcie, moi drodzy czytelnicy! Czy wiecie co się zbliża? Nie? Może małą podpowiedź dadzą wam te dwa fragmenty pewnego MEP'a, które znalazłam na YouTube:

https://www.youtube.com/watch?v=KcVIpI7d_nU

https://www.youtube.com/watch?v=6z4sXRErxO0


 Jeśli domyśliliście się  już, o co mi chodzi - świetnie. Jeśli nie - trudno, nic nie szkodzi. Odpowiedź poznacie pod koniec tego tygodnia, o ile się wyrobię (jak nie to trochę później). Więc... miłego oczekiwania :3

poniedziałek, 13 października 2014

Diabolik Lovers: Rozdział 9

 Spóźniony, bo spóźniony, ale wreszcie jest! 9 rozdział DL! Świeżutki, cieplutki, nic tylko łapać i czytać :3 Podobno ten rozdział wyszedł mi "trochę romantycznie"... Cóż, przekonajcie się sami xD Ah, a jeśli chcecie posłuchać piosenki, którą śpiewa tutaj Natsuki przewińcie post trochę w dół. Tam wkleiłam filmik. No dobrze, to chyba tyle, zapraszam do czytania ^ ^



„Bezdźwięczny głos”

  Stoję sama na pustej scenie. W dłoni kurczowo ściskam mikrofon. Ciemność na sali rozpraszają lampy ustawione wokół sceny w ciasnym kręgu. Światło mnie oślepia, a od jego gorąca zaczynam się pocić.
 Nagle część lamp przygasa i znika. Moim oczom ukazuje się widownia. Niekończące się rzędy ludzi wpatrujących się we mnie pustym wzrokiem. Ciszę przerywa melodia. Rozglądam się w poszukiwaniu źródła dźwięku, ale go nie znajduję. Wszystko poza widownią spowija teraz ciemność.
 W melodii rozpoznaję znajome nuty. Unoszę dłoń z mikrofonem. Poruszam ustami, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Piosenka zaczyna się od nowa. Ponownie więc próbuję zaśpiewać, ale i tym razem moje struny głosowe milczą.
 Lampy ponownie rozbłyskują, wszystkie skierowane na mnie. Z widowni dobiega mnie jednogłośne buczenie setek ludzi. Buczenie błyskawicznie przeradza się w warkot. Światło przygasa na chwilę, a gdy ponownie się zapala przede mną zamiast ludzi pojawia się sfora wilków. Wielkich, szarych bestii z obnażonymi kłami. Przerażona cofam się, ale podłoże znika spod moich stóp. Spadam w ciemność; nieprzenikniony mrok wyciąga po mnie swoje łapska. Chcę krzyczeć, wrzeszczeć z przerażenia i wołać pomocy, ale mój głos niknie zanim jeszcze wydobędzie się z mych ust.
 Usiadłam gwałtownie na łóżku. Rozejrzałam się wokół i odetchnęłam z ulgą. Byłam w swoim łóżku, w swoim pokoju.
- Czyżby zły sen?
 Podskoczyłam na dźwięk znajomego głosu. Ponownie przeczesałam pokój wzrokiem i dopiero teraz zauważyłam Ayato rozpartego na krześle przy moim łóżku. Na jego twarzy gościł szeroki uśmiech, a kocie oczy błyszczały w półmroku panującym w pokoju.
- Może… - mruknęłam, naciągając kołdrę aż pod brodę.
 Uśmiech na twarzy wampira jeszcze bardziej się poszerzył.
- Przykro mi, Naleśniku, ale pora wstawać. Mam ci pomóc?
- Nie, dziękuję! – odmówiłam szybko. – Poradzę sobie.
 Strasznie, ale to strasznie nie lubiłam szykować się z Ayato w moim pokoju. Cały czas czułam na sobie jego wzrok. Jadowicie zielone oczy śledziły każdy mój ruch.
 Jakimś cudem udało mi się wymknąć z pokoju, żeby w samotności móc się przebrać. Następnie wróciłam do sypialni by dokończyć przygotowania. Zaplotłam włosy z tyłu głowy i swoim zwyczajem podkręciłam je na końcach. Na szyi zapięłam oczywiście swój nieodłączny naszyjnik ze srebrnym krzyżykiem. Przez cały ten czas widziałam w lustrze odbicie uśmiechu Ayato.
 Tego wieczoru nie byliśmy jedynymi osobami przybywającymi w limuzynie. Pod szkolnym budynkiem stały rzędy zaparkowanych drogich samochodów najróżniejszych marek i kolorów. Na dzisiejszy apel zjechali się rodzice i inni krewni większości uczniów. My jednak nie mogliśmy liczyć na spotkanie ani mojego ojca, ani tym bardziej ojca wampirów.
 Gdy tylko przekroczyliśmy próg szkoły naszym oczom ukazały się jasno oświetlone korytarze pełne wystrojonych uczniów. W pierwszej chwili poczułam się dziwnie zwyczajnie i nijako w swojej prostej czarnej sukience. Wrażenie to minęło, gdy chłopcy otoczyli mnie dość ciasnym półkolem  i w ten sposób ruszyliśmy w stronę auli. No, bo jaka jeszcze dziewczyna może pochwalić się paradowaniem po szkole z szóstką zabójczo przystojnych wampirów?
 Na sali panował istny chaos. Występujący uczniowie tłoczyli się przy scenie, pozostali przepychali się by znaleźć na widowni swoje miejsca. Nauczyciele krążyli w pośpiechu między uczniami, sceną i rodzicami wydając ostatnie polecenia, witając się i dopinając wszystko na ostatni guzik.
- Przykro mi, że muszę cię opuścić, Maleńka – odezwał się Raito, nachylając się do mojego ucha. – Ale chcę sprawdzić jak stoją sprawy z fortepianem.
 Skinęłam mu głową i gdy po chwili zniknął w tłumie rozejrzałam się po sali. Wszędzie było pełno ludzi. Nawet nie przypuszczałam, że nasza szkoła ma tylu uczniów. Przyglądając się liczbie gości, ich eleganckim strojom i ogólnemu zamieszaniu stwierdziłam, że to już nie jest zwykły apel podsumowujący tylko prawdziwa impreza.
 Zaczęłam się denerwować. Nie widząc jednak sensu pchania się jeszcze na scenę stanęłam pod ścianą i po raz kolejny zaczęłam przypominać sobie słowa piosenki.
Nagle zauważyłam, że w moją stronę przez tłum przedziera się jedna z młodszych uczennic.
- Hej, proszą cię żebyś skoczyła do pokoju muzycznego po jakieś nuty – oznajmiła, stając przede mną.
Zdziwiona, uniosłam brwi, ale skinęłam głową.
- Masz klucze? – zapytałam.
- Tak, pójdę z tobą.
 Chociaż powiedziała, że pójdzie ze mną nie miała chyba jednak przez to na myśli, że będzie ze mną rozmawiać. Ilekroć próbowałam zacząć konwersację zbywała mnie krótkimi odpowiedziami. Wreszcie się więc poddałam i w milczeniu dreptałam za nią korytarzem, wsłuchując się w stukot własnych butów na posadzce.
 Szkoła w tym skrzydle wydawała się dziwnie opuszczona. Nie docierał tutaj hałas z auli, a oświetlone były tylko główne korytarze.
 Wreszcie stanęłyśmy przed drzwiami do sali muzycznej. Moja małomówna towarzyszka bez słowa przekręciła klucz w zamku i otworzyła drzwi. Następnie przeniosła wzrok na mnie.
- Zaczekam tu na ciebie.
- Okay – wzruszyłam obojętnie ramionami i weszłam do pomieszczenia.
 Spojrzałam na półkole ustawione z instrumentów, których nie zabrano na występ i na biurko nauczyciela. Przejrzałam wszystkie pulpity, ale nigdzie nie widziałam żadnych nut. Poczułam, że coś jest nie tak. Za późno.
- Hej, tu nie ma żadnych… - nie dokończyłam zdania, gdyż w tej chwili drzwi się zatrzasnęły. – Hej!
 Podbiegłam do nich i szarpnęłam za klamkę. Zamknięte. Zaczęłam uderzać nerwowo w drzwi.
- To nie jest śmieszne! Hej, ty! Wypuść mnie! Słyszysz?! Wypuść mnie stąd!
 Lecz dziewczyna, o ile w ogóle jeszcze tam była, nie miała zamiaru wysłuchać moich próśb. Spanikowana zaczęłam krzyczeć jeszcze głośniej, ale szybko przestałam. Nie chciałam stracić głosu. Chociaż z drugiej strony, jeśli nie zdążyłabym na apel to nie miałoby to żadnego znaczenia…
 Przygryzłam dolną wargę, rozglądając się po pomieszczeniu. Znajdowałam się na drugim piętrze. Jedyne drzwi zostały zamknięte na klucz. Co robić?
 Nadzieja już mnie opuściła i pogodziłam się z tym, że zabraknie mnie na apelu, ale wtedy usłyszałam ciche warknięcie dochodzące z korytarza. Przytknęłam ucho do drewna, nasłuchując. Ktoś musiał tam być.
- Pomocy! Hej! Ratunku!
- Natsuki?... – dobiegł mnie zdziwiony głos z drugiej strony drzwi.
- Subaru! O mój Boże, co za ulga!
- Co ty tam robisz?
- Ktoś mnie tu zamknął. Powiedziała mi, że mam przynieść jakieś nuty, ale…
- Wiesz, że apel się zaraz zacznie?
- Wiem! Mógłbyś pójść po klucze? Proszę, Subaru…
- Odsuń się od drzwi.
- Słucham?
- Odsuń się od drzwi – powtórzył.
- Dobra… - mruknęłam i odsunęłam się na bok. Okazało się, że całkiem słusznie, ponieważ już po kilku sekundach rozległ się straszliwy huk i drzwi otworzyły się gwałtownie, uderzając przy tym z całym impetem w ścianę.
 Niepewnie wysunęłam głowę zza framugi. Subaru powoli opuścił nogę i przeniósł na mnie wzrok.
- D-dzięki… - wybąkałam. Zerknęłam na drzwi, które wyglądały jakby miały w każdej chwili wypaść z zawiasów. – Emm… tylko jak to wytłumaczymy?
Subaru wzruszył ramionami.
- Problem Shuu.
- Shuu?
- Jest właścicielem tego pokoju.
Już otwierałam usta żeby zadać kolejne pytanie, ale białowłosy mi przerwał.
- Lepiej się pośpiesz, bo nie zdążysz na swój występ.
- Ah, racja! Dzięki wielkie, Subaru! – zawołałam i pomknęłam w stronę auli.
 O mały włos spóźniłabym się na rozpoczęcie apelu. Wszyscy pozajmowali już swoje miejsca na widowni lub przy scenie. Światła przygasły i paliło się teraz tylko kilka lamp oświetlających scenę.
- Gdzieś ty się podziewała, Maleńka? – zapytał Raito, gdy tylko stanęłam obok niego. – Już myślałem, że zeżarła cię trema.
- Miałam mały wypadek… - mruknęłam.
 Niedługo później apel rozpoczął się przemówieniem dyrektorki. Szczerze mówiąc, to nie za bardzo jej słuchałam, byłam bowiem zbyt pochłonięta szybkim przypominaniem sobie tekstu piosenki.
- Spokojnie Maleńka – mruknął Raito, obejmując mnie ramieniem. – Jestem tuż obok…
 Spojrzałam na niego spode łba, na co zareagował jedynie szerokim uśmiechem. Prychnęłam i odwróciłam głowę.
 Jeszcze przed nami występowała ów blondynka z młodszej klasy, która od kilku dni tak niechętnie reagowała na mój widok. Wreszcie przypomniałam sobie jej imię. Yuri. W swojej śnieżnobiałej sukience oraz takim samym futerkowym bolerku była tego wieczoru moim całkowitym przeciwieństwem.
 Zaśpiewała jakiś znany świąteczny przebój, czym wcale mnie wielce nie zachwyciła. Oczywiście publika natomiast, w przeciwieństwie do mnie, nagrodziła ją gromkimi brawami. Kiedy schodziła ze sceny, jej wzrok powędrował w naszą stronę. Napotkawszy moje spojrzenie zrobiła zaskoczoną minę. W odpowiedzi posłałam jej spokojny uśmiech.
Tak myślałam, że miała z tym coś wspólnego.
 Nie miałam jednakże zbyt wiele czasu na swoje przemyślenia, gdyż oto przyszła pora na występ mój i Raito.
- Mam ochotę jej dokopać… - wymamrotałam wchodząc po stopniach z boku sceny.
- No, no, Maleńka… Pokażemy im? – Raito wyciągnął do mnie rękę.
 Po chwili wahania przyjęłam ją z uśmiechem. Chyba nie zaszkodzi mi chociaż raz dogadać się z Raito…
- Jasne.
 Podchodząc do mikrofonu umiejscowionym na środku sceny zerknęłam na wampira. Usadowił się on już na swoim miejscu przy fortepianie. Jego elegancka, ciemnozielona koszula połyskiwała delikatnie w świetle lamp. Niemal parsknęłam widząc kapelusz na jego głowie. Oczywiście, nie mógł zrezygnować ze swojego ulubionego dodatku.
 Raito uniósł pytająco brew, zawieszając dłonie w powietrzu nad klawiszami instrumentu. Odetchnęłam głęboko, przełknęłam ślinę i skinęłam mu głową.
 Lampy wycelowały strumienie światła wprost na nas. Szmery na widowni ucichły. Aulę wypełniły pierwsze dźwięki doskonale znanej mi już melodii. Z bijącym sercem przebiegłam wzrokiem po widowni. Pamiętałam, że na takich występach najlepiej wbić wzrok gdzieś w przestrzeń nad głowami widzów. Tego wieczoru postanowiłam jednak postąpić inaczej. Odnalazłam na widowni twarz Ayato. A co mi tam. Zacisnęłam drżące dłonie na mikrofonie i rozchyliłam usta. No to zaczynamy… Miałam tylko nadzieję, że mój głos nie zaniknie tak jak w moim koszmarze. I tak się na szczęście nie stało. W odpowiedniej chwili zgrałam się z Raito, a z moich ust popłynęły następujące słowa:

Noc, wszędzie zapadła
martwa cisza.
Pada śnieg,
na me wyciągnięte dłonie
spadają drobne płatki i momentalnie się rozpływają.
Cóż za ulotne życie.
Śnieg gromadzi się bezdźwięcznie
jak światłość.
Zgarniasz go do siebie i uśmiechasz się.
„Jak teraz brzmi mój głos?”
Nawet jeśli odpowiem,
ty już nie usłyszysz.
Powiedz mi, że cierpisz.
Powiedz mi, że jesteś samotny.
Odnajdę cię,
gdziekolwiek byś był…
Proszę, nie zostawiaj mnie samej, proszę, błagam cię.
Czy nie dzielimy przecież tej samej duszy..?
Zupełnie jak otaczający nas śnieg,
powoli zanikasz.
Jedyne co mogę zrobić to mocno cię objąć.
Jeśli to możliwe, choć raz,
pozwól mi usłyszeć twój głos.
Jeszcze raz, tylko jeden raz
wypowiedz me imię…

 Odsunęłam się nieco od mikrofonu i powiodłam wzrokiem po widowni. Shuu, ku mojemu zdziwieniu patrzył w moją stronę, zaciekawiony. Kanato ściskał kurczowo swojego misia, ale również nie spuszczał ze mnie wzroku. Twarzy Subaru nie widziałam, gdyż siedział najdalej od reszty jak tylko mógł. Ayato wydawał się być zaskoczony i tylko Reiji wciąż zachowywał kamienny wyraz twarzy.
 Wsłuchując się uważnie w dźwięki wygrywane przez Raito przyjrzałam się reszcie publiki. Niektórzy wyglądali na znudzonych inni wręcz przeciwnie. Czy dobrze mi się wydaje, że jedna z dziewczyn się popłakała?
 Czułam przyspieszony rytm własnego serca. Bardzo lubiłam tą piosenkę i nie chciałam jej zepsuć. Spojrzałam w kierunku Raito, który uśmiechnął się do mnie nad instrumentem. Odwzajemniłam lekko ów uśmiech, nabrałam powietrza w płuca i ponownie zaczęłam śpiewać:

W twych pustych, pozbawionych wyrazu oczach
pojawiła się mała kropelka.
W szarym świecie
wszystko się zatrzymało,
tylko śnieg wciąż pada
Twe ciało stało się zimne,
twój głos zniknął bezpowrotnie.
Nie możemy nawet rozpuścić się razem
Usłysz mnie, uśmiechnij się do mnie jeszcze raz…
Nie mam już nawet łez,
którymi mogłabym cię ogrzać…
Jeśli to możliwe,
zabierz mi mój głos
i podaruj mojemu ukochanemu.
Jeśli miałabym pozostać na tym świecie
bez ciebie
proszę… zabierz mnie…
ze sobą.
Nie mogąc ci już powiedzieć
jak bardzo cię kocham.
Wiem
nasz świat
zmierza ku końcowi.
Nieważne jak głośno będę krzyczeć
ani ty, ani twój głos nie powróci.
Płatki śniegu,
błagam, nigdy nie przestawajcie padać
i zabierzcie mnie razem z nim.
Niech wszystko zniknie razem ze mną i moim marnym głosem.
Niech wszystko…
pokryje się bielą…*

 Ostatnie dźwięki fortepianu ucichły. Na sali zapanowała całkowita cisza. Z nerwów przygryzłam dolną wargę. Wciąż czułam przyspieszone bicie własnego serca. Dłonie miałam wilgotne od potu.
 I wtedy rozległo się klaskanie. Najpierw pojedyncze, ciche, stopniowo stawało się co raz głośniejsze. Wreszcie aplauz swą siłą pobił ten, który otrzymała Yuri. Nie wierząc własnym oczom i uszom byłam w stanie jedynie wpatrywać się w bijącą brawo widownię, a wśród niej… również braci Sakamaki.




* Valshe - „Soundless voice”


niedziela, 28 września 2014

Nastoletni Terror: Rozdział 2

Szkoła to zło ;__; No, ale mimo wszystko udało mi się napisać 2 rozdział Nastoletniego Terroru, więc chyba nie jest tak źle, prawda? Bardzo wszystkim dziękuję za komentarze i te ponad 4000 wyświetleń ^^ A teraz zapraszam do czytania :3


Ucieczka

 Zjechaliśmy z głównej drogi, wjeżdżając w boczną uliczkę. Coraz bardziej oddalaliśmy się od centrum miasta. Auto podskakiwało na nierównej nawierzchni. Wpatrywałam się uparcie w okno po swojej stronie, jednak nie rozpoznawałam mijanej okolicy.  Zniknęły wieżowce i nowocześniejsze zabudowania. Minęliśmy już też małe, podstarzałe  domy mieszkalne. Teraz jechaliśmy wśród magazynów i rzędów dziwnych, opuszczonych budynków.
- Gdzie wy mnie wywozicie? – zapytałam, odrywając wzrok od szyby.
- Też chciałbym to wiedzieć – mruknął chłopak za kierownicą.
 Mój wybawca, Natsume, pochylił się do przodu i szepnął coś do kierowcy. Ten gwałtownie skręcił kierownicą tak, że całym pojazdem zarzuciło. Musiałam przytrzymać się jedną ręką drzwi, a drugą fotela by utrzymać się na swoim miejscu.
- Chyba sobie żartujesz! – wrzasnął kierowca, kiedy już zapanował nad samochodem.
- Ja? Czy ja kiedykolwiek żartuję? – Natsume wyszczerzył zęby w uśmiechu, spoglądając na mnie kątem oka.
 Nie wiedząc o co chodzi, wolałam milczeć. Kto wie co może zrobić rozzłoszczona banda terrorystów? Choć na pierwszy rzut oka wyglądali niegroźnie, to wolałam jednak nie ryzykować. Wbiłam się bardziej w swój fotel i obserwowałam jak zdenerwowany chłopak zaciska dłonie na kierownicy.
- Dalej z nią nie jadę – oznajmił w pewnym momencie zatrzymując się na opuszczonej stacji benzynowej. – Natsu, wysiadka. Musimy sobie porozmawiać.
 Zostawszy sama z okularnikiem, którego imię - jeśli dobrze pamiętałam ze szkoły - brzmiało Ryutaro, obserwowałam jak Natsume wraz z kierowcą oddalają się od samochodu. Stąd mogłam się im dobrze przyjrzeć. Kierowca był wyższy od mojego wybawco-oprawcy i starszy może o jakieś dwa lata. Miał czarne nastroszone włosy i ubrania podobne do tych Natsume – wszystkie w ciemnych odcieniach. Podczas rozmowy żywo gestykulował, wyraźnie zły. Zastanawiałam się o czym mogą dyskutować.
- Co ty masz takiego w sobie? – odezwał się Ryutaro, wyrywając mnie tym samym z zamyślenia. Spojrzałam na niego. Przeszywał mnie swoim wzrokiem, jakby chciał przejrzeć mnie na wylot. – Co jest w tobie tak niezwykłego, że aż nasz głupiutki Natsu się tobą zainteresował?
 Odwróciłam wzrok nie wiedząc, co odpowiedzieć. A poza tym… dziwnie czułam się pod wpływem spojrzenia chłopaka. Przyprawiał mnie o dreszcze.
 W tej chwili do samochodu wróciła pozostała dwójka. Kierowca z westchnięciem opadł na swój fotel, zatrzasnął drzwi, po czym odwrócił się w moją stronę. Po raz kolejny obdarzył mnie swoim chłodnym spojrzeniem. Nie wyglądał na zadowolonego tym, co miał właśnie powiedzieć. Westchnął jeszcze raz, pomasował nasadę nosa i dopiero przemówił:
- Masz jedno wyście. Zostać naszą wspólniczką.
- Nie, nie, Kuro. Ma jeszcze jedno wyjście – wtrącił okularnik. Uniósł dłoń i demonstracyjnie przesunął palcem wskazującym po swojej szyi.
 Przełknęłam głośno ślinę, wpatrując się w nich w osłupieniu. Ja? Ich wspólniczką? To chyba jakiś żart.
- Słucham? – zdołałam wykrztusić.
- Słyszałaś. Zostaniesz naszą wspólniczką albo, tak jak wspomniał Ryu, zginiesz. Wybór należy do ciebie.
- Ale… czemu? – sięgnęłam dłonią do klamki, jednak kierowca błyskawicznie wcisnął przycisk blokady.
- Natsu twierdzi, że możesz się nam przydać – burknął, mierząc chłopaka morderczym spojrzeniem. Ten jednak niezbyt się tym przejął. Wręcz przeciwnie. Uśmiechnął się promiennie i odwrócił w moją stronę.
- A poza tym, wisisz mi przysługę za uratowanie cię – oznajmił, puszczając do mnie oczko.
 Nie czekając na jakąkolwiek moją reakcję, kierowca uruchomił silnik i wyjechał ze stacji benzynowej. Samochód ruszył w stronę, z której przybyliśmy.
 Chłopcy wysadzili mnie dość blisko centrum, rzucając na koniec jeszcze ostrzeżeniem: „Pamiętaj, żeby trzymać gębę na kłódkę”. Przez chwilę stałam tak jak ten kołek, na środku chodnika i wpatrywałam się w zakręt, za którym zniknął minivan. Wreszcie westchnęłam, poprawiłam pasek torby i powlokłam się w stronę domu.
 Stojąc przed budynkiem starałam się jak najbardziej odwlec moment przekroczenia jego progu. Minuta, dwie…pięć… Zebranie się na odwagę by sięgnąć do klamki kosztowało mnie naprawdę sporo silnej woli. Miałam nadzieję, że uda mi się chociaż przemknąć niezauważoną do swojego pokoju. Myliłam się. Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi wejściowe, z salonu wypadła moja matka. Miała na sobie poplamioną nocną koszulę i wytarte, rozpadające się kapcie. Jej ciemne włosy były w nieładzie, a pod oczami malowały się ciemne kręgi. W dłoni trzymała niedopałek papierosa. Tak jak się spodziewałam, była wściekła. Zmierzała w moją stronę z twarzą wykrzywioną gniewem. Mimowolnie skuliłam się w sobie, pod wpływem spojrzenia jej przekrwionych oczu.
- Gdzieś ty była?! – warknęła.
Przełknęłam głośno ślinę, zdenerwowana.
- W centrum był wypadek i…
- Dzwoniłam do ciebie. Dlaczego nie odbierałaś tego cholernego telefonu?!
- Przepraszam. Miałam go wyciszony… i jakoś w tym całym zamieszaniu… nie zwróciłam zbytnio uwagi, że… - jąkałam się.
 Tak naprawdę doskonale wiedziałam, że do mnie dzwoniła. Przez całą drogę powrotną czułam wibrowanie telefonu w kieszeni. Celowo nie odbierałam.
- Nie kłam! – wrzasnęła, unosząc dłoń.
 Cios był szybki i mocny. Siarczysty policzek wymierzone w dokładnie to samo miejsce, w które wcześniej zostałam uderzona przez Yui. Tyle, że moja matka była silniejsza.
 Poczułam łzy, wzbierające w kącikach moich oczu. Zatoczyłam się w tył i potknęłam o dywan, chcąc uniknąć kolejnego ciosu. Wpadłam na szafę, uderzając w nią głową.
- Przestań… - załkałam. – Przestań!
 Odepchnęłam się od mebla i wyminąwszy matkę pomknęłam wzdłuż przedpokoju, a następnie w górę po schodach. Wpadłam do swojego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Zamknęłam je na klucz. Zaślepiona nagłą złością bezsensownie wyładowałam się na najbliższym przedmiocie – obrotowym krześle. Kopnęłam w nie tak mocno, że poczułam ból w stopie. Krzesło natomiast upadło z głośnym hukiem.
Uniosłam dłonie do ust, słysząc zbliżające się kroki.
- Co ty wyprawiasz, gówniaro? Przestań pokazywać swoje zasrane humory!
Klamka poruszyła się w górę i dół. Zagryzłam wargę, chociaż i tak wiedziałam, że drzwi są zamknięte; że w pokoju jestem bezpieczna.
- Znowu się zamknęłaś?! – łomotanie w drzwi. – Głupia gówniara…
Przez chwilę wsłuchiwałam się w oddalające się kroki i skrzypienie schodów. Kiedy zastąpił je ryk telewizora puszczonego na cały regulator, oparłam się plecami o drzwi i osunęłam na podłogę. Podciągnęłam nogi do klatki piersiowej, ukryłam twarz w dłoniach i pozwoliłam płynąć gorącym łzom.
 Gdy wreszcie się uspokoiłam w pokoju panowała ciemność. Przez okno wpadał blady blask księżyca. Wpatrywałam się pustym wzrokiem w cienie i światła samochodów przesuwające się powoli wzdłuż ścian mojego pokoju. Po długim płaczu czułam się dziwnie pusta w środku.
 Wierzchem dłoni pozbyłam się ostatnich śladów po łzach. Podniosłam się z podłogi i podeszłam do szafy. Wyciągnęłam sportową torbę leżącą na jej dnie, zagrzebaną pod stosem ciuchów. Rzuciłam ją na środek pokoju i uklęknęłam obok. Zaczęłam w niej skrupulatnie układać kolejne ubrania. Po chwili zawahania dorzuciłam do nich również szkolny mundurek.
 Mój wzrok zawisł na zdjęciu w ramce, stojącym na moim biurku. Przedstawiał moją szczęśliwą rodzinę. Mnie, mającą może z osiem, dziewięć lat. Ojca, zanim od nas odszedł. Matkę, nim popadła w nałogi.
 Zacisnęłam usta i wepchnęłam zdjęcie na sam spód torby. Wrzuciłam do niej jeszcze kilka innych najważniejszych moim zdaniem rzeczy, po czym wysunęłam jedną z szuflad biurka. Z jej drugiego dna wydobyłam zwitek pieniędzy. Przeliczyłam je i wsunęłam do małej, wewnętrznej kieszonki torby.
 Rozejrzałam się po pokoju.  Już w pełni spakowaną torbę wrzuciłam za łóżko, a następnie, tak na wszelki wypadek, przykryłam kocem.
 Uchyliłam cicho drzwi i na palcach wyszłam na korytarz. Z parteru wciąż dochodził dźwięk telewizora, ale nic poza tym. Przemknęłam więc szybko do łazienki.
 Myjąc zęby spojrzałam z determinacją na swoje odbicie w lustrze. Rano zrobię coś, co odwlekałam już wystarczająco długo, pomyślałam.
***
 Dotrzymałam słowa. Determinacja nie opuściła mnie następnego ranka. Kiedy tylko otworzyłam oczy, wciąż byłam gotowa na zrobienie tego wielkiego jak na mnie kroku. Jak każdego dnia najzwyczajniej w świecie zjadłam śniadanie, umyłam się, ubrałam… Po czym sprawdziłam, czy matka na pewno wyszła z domu. Gdzie? Do pracy, jakiegoś faceta, baru, na zakupy… Nie obchodziło mnie to zbytnio. Liczyło się to, że nie było jej w domu i w niczym nie mogła mi przeszkodzić.
 Ostatni raz rozejrzałam się po swoim pokoju. Po plakatach zdobiących ściany, regałach uginających się pod ciężarem książek… Zakłuło mnie w piersi, ale zignorowałam to. Zarzuciłam sportową torbę na ramię, zbiegłam po schodach. Zatrzymałam się na przedpokoju. Zerknęłam na zapasową parę kluczy leżącą samotnie na garderobie. Pokręciłam głową. Nie były mi potrzebne.
 Odetchnęłam pełną piersią dopiero wtedy, gdy wybiegłam z domu i znalazłam się na innej ulicy. Skierowałam swe kroki w stronę najbliższej stacji kolejowej. Tam, czekając na przyjazd pociągu sięgnęłam po swój telefon. Wyjęłam z niego starą kartę startową i zastąpiłam nową.

 Wysiadłam w centrum miasta. Czemu? Nie wiedziałam. Byłam kierowana jakimś wewnętrznym impulsem. Po drodze minęłam ruiny centrum handlowego. Tak, zostały z niego jedynie samotne, smętne ruiny. Zadziwiające, że tak potężny, liczący sobie kilka pięter budynek, mógł się tak łatwo zawalić. Niczym najzwyklejszy domek z kart. Ludzkie dzieła niekoniecznie są tak trwałe jakbyśmy myśleli.
 Z zamyślenia wyrwał mnie ekran na jednym z wieżowców. A raczej napis na nim widniejący – „Zamach w biały dzień”. Młoda reporterka przywitała widzów uśmiechem, po czym spoważniała i zaczęła relacjonować wydarzenia:
- Wczoraj w godzinach popołudniowych doszło do zamachu na centrum handlowe. Z najświeższych danych wynika, że nie ma ofiar śmiertelnych. Rannych natomiast zostało siedem osób. Za atakiem stoi najprawdopodobniej grupa terrorystów określająca się mianem „Explosive Rabbits”. Co było ich celem – nie wiadomo. Centrum zostało jednak doszczętnie zniszczone. Nie ma niestety niepodważalnych dowodów na sprawców całego zamieszania, gdyż wszystkie kamery przestały pracować na kilka minut przed pierwszym wybuchem. Prawdopodobnie, więc sprawcy posłużyli się również atakiem hackerskim.
 Zmusiłam się do oderwania wzroku od ekranu i ruszyłam dalej przed siebie. Szczęście mnie nie opuszczało. Gdy bowiem kręciłam się ulicami bez konkretnego celu, lunął deszcz. Już po kilku minutach byłam przemoknięta do suchej nitki. Oczywiście nie pomyślałam wcześniej o tak ważnej rzeczy, jak to, gdzie się zatrzymam.
 Marudząc pod nosem i przeklinając na swoją głupotę zawędrowałam do jednej z bocznych uliczek. Nie mając lepszego pomysłu, usiadłam po prostu pod ścianą jednego z budynków, by choć trochę ochronić się przed deszczem.
 W pewnym momencie podszedł do mnie jakiś starszy mężczyzna. Pogrążona w swoich myślach, nawet nie zauważyłam, kiedy się do mnie zbliżył.
Miał na sobie brązowy płaszcz, okulary na nosie, a z czarnych włosów ściekała mu woda. Uśmiechał się ciepło, ale jego oczy lśniły dziko. Miałam złe przeczucia.
- Co się stało, dziewczynko? Zgubiłaś się? – zapytał.
- Nie – odparłam, siląc się na spokojny, pewny siebie ton. – Proszę mnie zostawić.
- Ale ja z chęcią ci pomogę. Powiedz, czego potrzebujesz, skarbie?
- Niczego. Niech mnie pan zostawi!
- Nie bądź taka nieśmiała! – mężczyzna złapał mnie za ramię i szarpnięciem postawił na nogi. Drugą dłonią złapał mnie brutalnie za podbródek, siłą zmuszając bym na niego spojrzała. Wyczuwałam od niego silną woń alkoholu.
- Masz takie śliczne, zielone oczka. Aż jestem ciekawy jak będą wyglądać wypełnione łzami – mówiąc to uśmiechnął się szeroko, nieprzyjemnie.
- Puszczaj! – krzyknęłam szarpiąc się rozpaczliwie. Jednakże nie miałam żadnych szans z silniejszym od siebie mężczyzną.
 Ten przygwoździł mnie do ściany. Jedną dłonią wciąż trzymając mój podbródek, a drugą przesuwając w stronę moich bioder. Jego dotyk mnie obrzydzał. Serce waliło mi ze strachu. Kiedy jego dłoń wylądowała na moim brzuchu, ponownie zaczęłam się szarpać.
- Puszczaj! Przestań! – wrzeszczałam. – Pomocy!
- Zamknij się, głupia su… - urwał w pół słowa, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami, by po sekundzie osunąć się bezwładnie na ziemię. Nad nim, z metalową rurą w uniesionych rękach stał Natsume.