Ariana | Blogger | X X

poniedziałek, 18 maja 2015

Diabolik Lovers: Bonus III

 Yay, wreszcie to napisałam! Kij z tym, że z prawie dwu miesięcznym opóźnieniem... Liczą się chcęci, prawda? Bez dłuższych wstępów życzę po prostu miłego czytania! ^^
P.S.: Czy mam tu jakiegoś fana zespołu One Direction, który obchodził wczorajszy "No Control Day"? Jeśli zespół ten nie jest wśród was lubiany... zignorujcie ten dopisek xD


Bonus III
Potrójne urodziny

19 marca

 Wsunęłam się do pokoju i cicho zamknęłam za sobą drzwi. Następnie powiodłam wzrokiem po trójce  zgromadzonych wampirów, siedzących na fotelach. No dobra, dwójka z nich siedziała, trzeci – Shuu, półleżał na swoim z nogami przewieszonymi przez podłokietnik.
- Więc po co nas tu zebrałaś, tak w środku dnia? – Zapytał Reiji, nawet nie podnosząc na mnie wzroku znad książki, którą trzymał na kolanach.
- Chciałam z wami o czymś porozmawiać – odparłam, siadając na skraju stolika ustawionego między fotelami.
- To raczej oczywiste – westchnął Shuu.
 Przewróciłam oczami.
- Wiem, wiem… W każdym razie. Z tego co się orientuję to jutro, pojutrze i popojutrze przypadają urodziny trojaczków.
- I co w związku z tym? – Zapytał Subaru, krzyżując nogi w kostkach.
- No i w związku z tym – zaczęłam, oparłszy dłonie na blacie za plecami – chciałabym je jakoś uczcić.
 Jeśli do tej pory chłopcy niezbyt zwracali na mnie uwagę, to w tej chwili zostałam przeszyta spojrzeniami całej trójki.
- Co ty znowu kombinujesz? – Reiji poprawił okulary, wpatrując się we mnie z irytacją.
- Nic takiego. Co złego jest w świętowaniu czyichś urodzin?
- Szczerze mówiąc, w tym domu nie świętuje się żadnych urodzin – odparł Shuu.
- Serio? – Otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia. – No to lepiej przygotujcie się na wasze – dodałam z pewnym siebie uśmiechem.
- Już się boję – westchnął Subaru.
- Ej! – Spiorunowałam go spojrzeniem. – Jeśli pomożecie mi z urodzinami trojaczków, to możecie się spodziewać miłych niespodzianek w wasze urodziny.
- A z czym my mamy znowu ci pomagać? – Spytał Reiji.
- Hmm… Doradźcie mi na przykład w kwestii prezentów. Co mogłoby się im spodobać? Jako ich bracia powinniście to lepiej wiedzieć ode mnie.
- Czy ty zawsze musisz podkreślać nasze pokrewieństwo? – Reiji wrócił do wertowania swojej książki.
- Nie moja wina, że ty byś się najchętniej do nikogo nie przyznawał!
Shuu westchnął ciężko, siadając w miarę prosto na swoim fotelu.
- Czy wy musicie się kłócić? A w każdym razie, czy musicie się kłócić tak głośno?
- To on zaczął… - mruknęłam. – No to jakieś pomysły?
- Dla Laito proponuję bilet w jedną stronę do burdelu. Najlepiej takiego po drugiej stronie globu. Gwarantuję stuprocentowe zadowolenie dla wszystkich – stwierdził Reiji.
- Reiji…
- Ale to nie jest wcale taki zły pomysł – przerwał mi białowłosy wampir, pocierając w zamyśleniu podbródek.
- Subaru!
- No co?
- Ech, nic… No to może jakieś pomysły na prezent dla Kanato?
- Bilet w jedną stronę do opuszczonego Disneylandu po drugiej stronie kuli ziemskiej.
- Reiji… No to może dla Ayato? – Zapytałam z przygasającą iskierką nadziei.
- Bilet w jedną stronę do…
- Reiji, do jasnej cholery! – Wrzasnęłam na wampira już nieźle wytrącona z równowagi. – Czy wy nie możecie do tego podejść na poważnie?
- Ale pomysł z burdelem naprawdę nie był zły…
- Subaru, błagam cię – spiorunowałam go wzrokiem.
- Zawsze możesz owinąć samą siebie w jakąś kokardę i po problemie. Wszyscy będą zadowoleni – oznajmił Shuu z nieznacznym uśmieszkiem formującym się na jego ustach.
- Kolejny zboczeniec… Dobra! Sama coś wymyślę, bo z wami się nie da dogadać… W każdym razie na pewno upiekę tort.
Trójka wampirów milczała, znów nie zwracając na mnie uwagi.
- Och, dziękuję! Naprawdę nie musicie się tak pchać z ofertami pomocy. Doskonale poradzę sobie sama!
- To świetnie. Mogę już iść?
 Posłałam Reijiemu mordercze spojrzenie. Daremne moje trudy, chyba nigdy się z nim nie dogadam…
- Idźcie… - zwiesiłam ramiona. – A! I pamiętajcie. Jak coś to postanowiłam świętować te ich urodziny dwudziestego trzeciego, żeby nie było, że któregoś wyróżniam.
- I tak wiadomo, którego wyróżniasz – Shuu posłał mi znaczące spojrzenie zanim wyszedł z pokoju.

20 marca

 Ayato siedział na parapecie jednego z wielkich okien w rezydencji Sakamki. Z beznamiętnym wyrazem twarzy śledził wzrokiem kolejne krople deszczu spływające po szybie. Oparł ramiona na kolanie zgiętej nogi i pozwolił sobie odpłynąć myślami.
 Teoretycznie, na ten dzień przypadały jego urodziny. Teoretycznie. Do tej pory nigdy ich jakoś nie świętował. Nie dostawał prezentów, nie jadł tortu, z niczyich ust nie padały słowa „Wszystkiego najlepszego”. Ale przyzwyczaił się do tego, bo i tak nie miał czego oczekiwać. Ojca praktycznie nigdy nie było w domu, a matka… cóż, od niej to już całkiem nie miał się czego spodziewać, a już na pewno nie matczynej miłości. Ona traktowała go jedynie jako potencjalnego następcę i władcę. Dlatego musiał być we wszystkim najlepszy. Nic więcej jej nie interesowało.
 Z bladych warg wampira wydobyło się ciche westchnięcie. Nie żeby było mu w jakiś sposób przykro… Jednak czuł się w tej chwili lekko rozdrażniony, chociażby ze względu na to, że Natsuki cały dzień dziwnie go unikała i zaszyła się sama w pokoju pod pretekstem nauki na zbliżające się egzaminy. Wyczuwał w tym słabą wymówkę.

21 marca

 Kanato siedział samotnie w pomieszczeniu z pannami młodymi. Wpatrywał się w ich puste, martwe twarze bez wyrazu, wolną ręką gładząc pluszową głowę Teddy’ego. Doskonale wiedział, że właśnie dziś są jego urodziny, ale nie czuł się w żaden sposób wyjątkowo. Był to dla niego zwykły, kolejny dzień roku. Jedyną zmianą była cyfra oznaczająca jego wiek. Nic nadzwyczajnego.
 Gdy był młodszy wyglądało to niemal identycznie. Samotny czas spędzony na zabawie. Czasem matka zawołała go do siebie, ale bynajmniej nie po to, by obdarować go czymkolwiek. Sadzała go po prostu obok siebie i kazała mu śpiewać. Ale nie przeszkadzało mu to.

22 marca

 Laito w samotności wygrywał smętną acz zarazem piękną melodię na fortepianie w pokoju muzycznym. Z przymkniętymi powiekami oddawał się muzyce, jego smukłe palce tańczyły na lśniących klawiszach, a na ustach igrał delikatny, gorzki uśmieszek.
 Są jego urodziny? Doprawdy? Mało go to interesowało. Tak jak i dla jego braci, był to dla niego najzwyklejszy dzień. Nawet jakoś specjalnie nie chciał obchodzenia swoich urodzin. Może to ze względu na niekoniecznie miłe wspomnienia urodzin z dzieciństwa, kiedy to matka odwiedzała go w środku nocy w jego pokoju.
Chociaż… może i byłoby miło, gdyby jakieś usta ułożyły się w uśmiech i złożyły mu życzenia. Mimowolnie pomyślał o Natsuki. W końcu to ona wprowadzała tak wiele zmian do ich życia.
Szybko jednak odepchnął od siebie tę myśl. W końcu, skąd ona w ogóle miałaby znać datę jego urodzin?

23 marca

- No nareszcie! – Zawołałam, gdy do kuchni wkroczył Subaru. – Już się zastanawiałam, czy jesteście aż takimi sadystami, żeby kazać mi samej nieść to czekoladowe monstrum.
 Mówiąc, wskazałam na ogromny tort, na którego zrobienie zeszło mi dobre pół dnia. Nie licząc wcześniejszych prób.
- Dobrze wiesz, że nie musiałaś go robić aż tak dużego – oznajmił białowłosy, bez problemu podnosząc srebrną tacę z tortem.
- Ej! To jest moja dobra wola i wielkie chęci, więc ty się tam lepiej módl, żeby ci smakował.
- Taa… musisz się tak wszystkim przejmować?
- Wcale się nie przejmuję – zaprzeczyłam, krzyżując przed sobą ramiona.
- Nie, wcale. – wampir przewrócił oczami – Tylko od jakiejś godziny biegasz tam i z powrotem, sprawdzając czy wszystko jest w porządku.
- To jeszcze nie znaczy, że…
- Oj, daj już sobie spokój i lepiej weź te świeczki, bo ja mam ręce zajęte, jak sama widzisz.
 Pokazałam wampirowi język, ale tak jak mówił, zgarnęłam świeczki do ręki.
- Kiedy to zamieniliśmy się rolami? – Zapytałam z rozbawieniem.
- Hmm… odkąd zaczęłaś panikować?
- Tylko uważaj na to ciasto! – Ostrzegłam go, drepcząc za nim do salonu.
- I co ja mówiłem…
- Tak, tak, już się uspokajam.
 Ledwie przycupnęłam na podłokietniku fotela, na którym siedział znudzony jak zwykle Shuu, gdy do pomieszczenia weszli Ayato, Kanato oraz Laito.
- Co jest aż takie ważne, że mieliśmy jak najszybciej przyjść i to koniecznie ra… - zaczął Ayato, ale urwał gwałtownie na widok ciasta na stoliku. – Co to ma być?
 Błyskawicznie podniosłam się ze swojego miejsca i z szerokim uśmiechem na ustach podeszłam do trojaczków. Każdy z nich obserwował mnie z identyczną dezorientacją.
- Jako, że o żadnym śpiewaniu raczej nie ma mowy – tu posłałam mordercze spojrzenie w kierunku pozostałej trójki – to powiem krótko i na temat: wszystkiego najlepszego, chłopcy!
- Chwila… co?
Muszę przyznać, że pierwszy raz widziałam tak oniemiałego Laito. Z trudem powstrzymywałam się od śmiechu.
- Z tego co się orientuję, to dwudziesty, dwudziesty pierwszy i dwudziesty drugi marca to daty waszych urodzin, prawda? No więc postanowiłam zrobić wam małą niespodziankę.
- Nie wierzę – Kanato pokręcił głową, wpatrując się w zdumieniu w tort.
- Oj, no chłopcy, darujcie sobie to całe zaskoczenie tylko siadajcie i jedzcie. Ach, Laito, Kanato to prezenty dla was – wskazałam dłonią na dwie paczuszki leżące przed chłopakami.
 Bracia spojrzeli po sobie i wzięli się za rozpakowywanie prezentów podczas, gdy Ayato usadowił się na kanapie. Pociągnąwszy mnie za rękę posadził mnie obok siebie, uśmiechnął się kpiąco i wyszeptał do mojego ucha:
- A dla mnie nic nie ma?
- I tu cię muszę rozczarować , – uśmiechnęłam się do wampira – bo jest. Musisz tylko trochę poczekać.
- Mam się już zacząć bać?
- Oczywiście, że nie – oznajmiłam, dając mu kuksańca w bok.
- Nie wierzę, że to zrobiłaś, maleńka.
Podniosłam wzrok na Laito, który patrzył na mnie z mieszaniną niedowierzania i rozbawienia. W rękach trzymał… zielone bokserki ze wzorem w króliczki oraz z doczepionym z tyłu króliczym ogonem. Wyszczerzyłam się w uśmiechu.
- No to uwierz. Taki mały rewanżyk za święta.
 Laito parsknął śmiechem i opadł na fotel, kręcąc głową.
 Tymczasem Kanato odpakował okulary zerówki w czarnej oprawce na również czarnym łańcuszku z doczepionymi do niego malutkimi nietoperzami.
- I jak? – Zapytałam, obserwując reakcję fioletowookiego.
 Ten posłał mi uśmiech, bawiąc się łańcuszkiem.
- Skąd wiedziałaś?
- Ma się swoje źródła – odparłam ze śmiechem.

Kilka godzin i kawałków tortu później…


- Gdzie ty mnie ciągniesz, naleśniku? – Zapytał zdziwiony Ayato, gdy wyszliśmy na jedną z dróżek w ogrodzie.
- Zobaczysz – mruknęłam, idąc przodem.
- Coś ty dzisiaj taka tajemnicza, co?
- Inaczej to by nie była niespodzianka, proste.
- Ty mała…
- Lepiej uważaj, albo się pogniewam i nici z prezentu – rzuciłam, oglądając się przez ramię. Ayato uniósł brwi, ale już się nie odezwał.
 Wreszcie zatrzymałam się i odwróciłam przodem do Ayato, patrząc na niego z wyczekiwaniem.
- I co? – Zapytałam.
 Staliśmy nad jeziorem przy rozłożonym na trawniku kocu zarzuconym poduszkami. Wkoło rozstawione były talerze, półmiski i koszyczki z jedzeniem oraz kilka butelek napojów. Oczywiście nie zabrakło takoyaki w najróżniejszych sosach, odtwarzacza z muzyką, ani małej, starannie zapakowanej paczuszki.
 Kiedy wampir nie odpowiadał, zaczęłam nerwowo skubać rękaw swetra.
- Jako, że ostatnio padało, nie byłam pewna, czy to wypali, ale jeśli ci się to nie podoba czy coś to…
 Nim zdążyłam dokończyć, zostałam zamknięta w żelaznym uścisku. Zaskoczona spojrzałam na wampira, który oparł podbródek na moim ramieniu.
- Naprawdę za dużo gadasz.
- To… jesteś zadowolony?
- Zgadnij – mruknął, przykładając wargi do mojej szyi. Szybko jednak wyplątałam się z jego ramion.
- Może jeszcze najpierw to otwórz – wytłumaczyłam się, wręczając mu szybko paczuszkę. Ayato zerknął na mnie niepewnie, po czym wziął się za odpakowywanie prezenciku. Wreszcie wyjął kartonowy kwadracik.
- Wszystkiego najlepszego… - odczytał, unosząc pytająco jedną brew.
- Odwróć.
Patrząc na mnie podejrzliwie obrócił kartonik.
- Kupon na co-tylko-chcesz?
 Wampir zaśmiał się, a jego ramiona znalazły się na mojej talii.
- Wiesz, że to może się dla ciebie źle skończyć? – Zapytał ze swoim firmowym uśmieszkiem na ustach.
- Wiem – odparłam, zarzucając ręce na jego szyję. – Mimo to, wszystkiego najlepszego, Ayato.

niedziela, 10 maja 2015

Diabolik Lovers: Rozdział 19

Tamtararam, zamawiał tu ktoś może nowiutki rozdzialik DL? Jeśli tak, to proszę bardzo, oto i on! Vandead Carnival się zakończył. Cóż, nie była to do końca udana impreza. W dodatku Shuu zaczął się dziwnie zachowywać. Co może być tego przyczyną? Wszystkim, którzy tak niecierpliwie czekali na ten rozdział życzę miłej lektury ^ ^
P.S. Proszę, nie pytajcie mnie o to, kiedy wstawię nowy rozdział. To naprawdę nie zależy tylko od moich chęci :c




Tajemnica Shuu?

 Z wciąż walącym sercem wpadłam do swojego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Wzięłam głęboki oddech, uspokajając skołatane nerwy. Nie kłopocząc się zapalaniem światła, sięgnęłam po krawędź koszulki, by ją zdjąć. Niestety kilka kropel mojej krwi skapnęło na nią, więc wolałam ją przebrać. Jednak, gdy uniosłam ją zaledwie na kilka centymetrów odsłaniając brzuch, gwałtownie opuściłam ręce. Zdałam sobie bowiem sprawę, że nie jestem sama.
 Czym prędzej doskoczyłam do włącznika światła. W nagłej jasności, która wypełniła pokój dostrzegłam Ayato, siedzącego spokojnie na krześle.
- Czemu przestałaś? – Jego usta wygięły się w typowym dla niego uśmieszku.
- A czemu ty znów siedzisz w moim pokoju? – Odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Przeszkadza ci to?
 Wampir podniósł się z krzesła i podszedł do mnie powoli.
- Może – odparłam, unosząc buntowniczo podbródek i krzyżując ramiona na piersiach.
- Coś ci nie wierzę – mruknął wysuwając ręce w moim kierunku. Nagle jednak znieruchomiał, ze wzrokiem wbitym w moją szyję. Zaklęłam w myślach.
- Który? – Zapytał krótko, oschle.
 Spuściłam wzrok. Wiedziałam, że i tak sam się domyśli. Nie myliłam się. Chłodne palce przesunęły się po niewielkich rankach.
- Shuu? – Mruknął do siebie. – Ten cholerny, pieprzony…
 Ayato odsunął się ode mnie i wykonał ruch, jakby chciał opuścić mój pokój. Złapałam go więc szybko za rękaw bluzy.
- Ayato, nie. Proszę, zostaw go.
- Co? – Wampir odwrócił się i obdarzył mnie niedowierzającym spojrzeniem.
- Shuu… on nie jest sobą – odparłam, szukając właściwych słów. Widziałam jak niedowierzanie w oczach wampira przeradza się we wściekłość. Chwycił mnie za ramiona, boleśnie zaciskając na nich palce.
- Nikt nie ma prawa cię dotykać – wysyczał, patrząc mi prosto w oczy. – Rozumiesz? Należysz do mnie. Tylko i wyłącznie do mnie.
 Z jednej strony poczułam przyjemne ciepło rozlewające się wewnątrz mnie. Z drugiej – irytację. Znowu wyrażał się o mnie tak, jakby mówił o przedmiocie.
Wyszarpnęłam się z jego uścisku i cofnęłam od niego o kilka kroków.
- Bardzo cieszy mnie to, że się o mnie troszczysz – powiedziałam cicho, z większą dawką sarkazmu niż zamierzałam. – Nie wiem, czy ze względu na samą moją osobę, czy ze względu na to, że jestem chodzącym bankiem krwi, ale nie przesadzaj. Shuu naprawdę nie zachowuje się normalnie i chyba sam to zauważyłeś. Więc dziękuję za troskę i w ogóle, a teraz dobranoc.
 I nie czekając na jego reakcję, rzuciłam się na łóżko. Skuliłam się w kłębek plecami do niego i wtuliłam twarz w poduszkę, nasłuchując. Cisza. Czy już sobie poszedł?
 Wypuściłam powoli powietrze przez zęby, czując napływające do oczu łzy. Przecież pomimo tego, że mieszkam z szóstką wampirów, nie na co dzień ktoś rzuca się na mnie z nożem, nie muszę uciekać z płonącego budynku, ani nie jestem atakowana przez chłopaka, którego uważam niemal za starszego brata. Trochę się tego wszystkiego nagromadziło przez ostatnie kilka godzin i w końcu wybuchłam płaczem. W myślach karciłam się za to, że tak łatwo się rozklejałam, ale łzy i tak płynęły, wsiąkając w poduszkę.
 Prawie, że podskoczyłam, czując dotyk chłodnej dłoni na ramieniu.
- Hej, naleśniku.
- Co? – Odburknęłam z twarzą wciąż przyciśniętą do miękkiej poduszki. – Jeszcze sobie nie poszedłeś?
- A powinienem?
- …Nie… - odpowiedziałam po kilku sekundach. Poderwałam się ze swojego miejsca i rzuciłam zielonookiemu na szyję. O mały włos, a siłą impetu zepchnęłabym go z łóżka.
- Ej, idiotko, nie rzucaj się tak na mnie! – Jego słowa może i nie były zbyt miłe, ale za to w jego głosie pobrzmiewała nuta rozbawienia.
- Przymknij się – szepnęłam, wtulając się w jego klatkę piersiową. Ayato niespodziewanie delikatnie pogładził mnie po włosach. To tylko pogorszyło sprawę i na nowo zaczęłam szlochać.
 Oddech wampira połaskotał mnie w szyję, kiedy ten zaśmiał się cicho, obejmując mnie ramionami w talii.

 Kiedy obudziłam się kilka godzin później, słońce znajdowało się już wysoko na niebie. Dopiero po kilku sekundach po uniesieniu powiek zdałam sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze, moja głowa spoczywała na nieunoszącej się klatce piersiowej. Po drugie, palce miałam kurczowo zaciśnięte na koszulce mojej „poduszki”.
 Powoli podniosłam głowę, napotykając wzrokiem spojrzenie zielonych, kocich tęczówek. Blade usta rozciągnęły się w lekkim uśmieszku.
- Długo mnie tak obserwujesz?
- Może – odpowiedział Ayato, stosując tą samą wymijającą odpowiedź co ja przy wielu okazjach.
 Westchnęłam i opuściłam głowę, ukrywając twarz we własnych, splątanych po śnie włosach. Czułam jak niechciany rumieniec wypływa na moje policzki. Nie mogłam powstrzymać się od myślenia o tym, że nigdy jeszcze nie miałam chłopaka, co wiązało się z brakiem różnego rodzaju fizycznych kontaktów z płcią przeciwną. A teraz, odkąd zamieszkałam w rezydencji Sakamaki już wielokrotnie spałam w jednym łóżku z Ayato. A on nie dość, że był chłopakiem to w dodatku krwiożerczym stworem, który z łatwością mógłby pozbawić mnie za równo drogocennego płynu z moich żył, jak i życia.
Oczywiście, do niczego między nami nie doszło, nie licząc kilku pocałunków… ale jednak.
- Nie musiałeś siedzieć tu całą noc – wymamrotałam.
- Tak jakby nie miałem wyjścia. Uczepiłaś się mnie i nie chciałaś puścić. Jestem aż tak wygodny?
 W odpowiedzi dźwignęłam się na łokciach i uderzyłam go najbliższą poduszką. Wampir najpierw spojrzał na mnie zaskoczony, a potem złapał jedną ręką za poduszkę, a drugą za mój nadgarstek.
- Nie wierzę, że to zrobiłaś, naleśniku.
- To uwierz – odgryzłam się.
- Chyba za dużo sobie pozwalasz – mruknął, odrzucając poduszkę i wolną ręką łapiąc mnie za drugi nadgarstek.
- Chyba? – Pisnęłam, kiedy wylądowałam na plecach, z nadgarstkami przyszpilonymi za głową. Wampir znalazł się nade mną z szerokim uśmiechem na ustach.
- Trzeba pomyśleć o jakiejś karze za takie zachowanie, prawda?
- Obejdzie się – zaprzeczyłam szybko, potrząsając głową.
- Jesteś pewna? – Pochylił się, oblizując demonstracyjnie wargi. – Mi też się coś należy.
 Nasze twarze dzieliły już zaledwie marne centymetry, kiedy drzwi do mojego pokoju otworzyły się gwałtownie. W progu stał wyszczerzony… Laito. Norma. Widząc pozycje w jakich się znajdowaliśmy, teatralnym gestem przyłożył dłoń do klatki piersiowej.
- No, no, moi drodzy. Jest dopiero środek dnia. Zostawcie sobie takie rzeczy na czas jak wszyscy będą spać.
- W takim razie, idź spać – warknął Ayato.
- Po tym, co właśnie zobaczyłem, chyba nie mógłbym zasnąć – Laito pokręcił głową z dezaprobatą, choć kąciki jego ust unosiły się w uśmiechu.
 Z piersi Ayato wydobył się głuchy warkot, więc postanowiłam zainterweniować, aby jeszcze przypadkiem nie doszło do rękoczynów. Położyłam dłonie płasko na torsie Ayato i odepchnęłam go, bym mogła usiąść.
- Chciałeś coś? – Zwróciłam się do Laito. W końcu, chyba nie przylazłby do mnie tak „wcześnie” bez powodu, prawda?
Rudowłosy przyłożył dłoń do brody, jakby próbował sobie coś przypomnieć.
- Hmm… - wzruszył ramionami – nie – oświadczył.
A jednak…
 Westchnęłam, załamując ramiona, podczas gdy Laito uśmiechnął się po raz kolejny i wymaszerował z pokoju.
- Czasami zastanawiam się, który z was jest bardziej niemożliwy… - mruknęłam.
- Raczej nie przegrywam z tym niewyżytym seksualnie rudzielcem? – Ayato uniósł pytającą jedną brew.
- No wieeesz… w końcu jesteście braćmi, macie te same geny i w ogóle…  Pod pewnymi względami na pewno jesteście podobni – zaśmiałam się i… oberwałam tą samą poduszką, która wcześniej mi posłużyła za broń.

 Kiedy wreszcie wylazłam z łóżka i ogarnęłam się po tej naprawdę dłuuugiej nocy, postanowiłam dowiedzieć się wreszcie czegoś na temat dziwnego zachowania Shuu.
Naprawdę, naprawdę nie chcę tego robić… ale chyba nie mam wyjścia, pomyślałam, stojąc przed drzwiami do gabinetu Reijiego.
- Raz kozie śmierć – wymamrotałam do siebie.
 Wzięłam głęboki wdech i zastukałam w ciemne drewno. Po usłyszeniu pozwolenia na wejście, uchyliłam ostrożnie drzwi i wślizgnęłam się do pomieszczenia, rozglądając się czujnie. Reiji siedział za biurkiem, z niewzruszoną miną przeglądając zaściełające blat papiery.
 Pewnym krokiem podeszłam bliżej i stanęłam przed wampirem, krzyżując przed sobą ramiona. Reiji podniósł na mnie powoli wzrok swoich różowych tęczówek. Zawsze uważałam, że ten kolor do niego nie pasuje. Był zbyt dziewczęcy, zbyt… delikatny? Gdyby chociaż miał czerwone jak Subaru, albo fioletowe jak Kanato… No ale cóż, sam na to wpływu chyba nie miał. Chociaż kto go tam wie…
- Chciałaś coś? – Zapytał, spoglądając na mnie wyczekująco.
- Owszem. Z tego co wiem, jesteś biologicznym bratem Shuu.
- Niestety. Co w związku z tym?
- Więc na pewno zauważyłeś jego dziwne zachowanie po wybuchu pożaru podczas karnawału, prawda?
- Niezbyt – wampir wzruszył ramionami, wracając wzrokiem do dokumentu trzymanego w dłoni. – Szczerze, to nie obchodzi mnie co się z nim dzieje, póki nie przynosi to hańby naszej rodzinie.
 Zatkało mnie. Po prostu mnie zatkała jego postawa. Przecież byli braćmi!
- Jesteś… jesteś… okropny! – Wydusiłam z siebie.
- Tak? Dziękuję.
- Przecież wiesz, że to nie był komplement!
- Och, naprawdę? Chcesz może herbaty?
- Nie, dziękuję. Nie mam nastroju na bycie otrutą. Wolałabym raczej usłyszeć odpowiedzi na moje pytania.
- Jaka szkoda… a jakie masz pytania?
 Myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Reiji coraz bardziej wyprowadzał mnie z równowagi. I pewnie o to mu chodziło. Odetchnęłam, uspokajając się.
- Czy to możliwe, że Shuu boi się ognia? – Wypaliłam, a Reiji wreszcie podniósł na mnie wzrok. Jego spojrzenie momentalnie stało się lodowate.
- A czemu cię to w ogóle interesuje?
- Może dlatego, że skoro już z wami mieszkam, to chciałabym się czegoś o was dowiedzieć?
- Nie ma takiej potrzeby.
- Słucham?
- Powiedziałem, że nie ma takiej potrzeby – powtórzył, przeszywając mnie wzrokiem. – Nawet nie wiesz z jakiego powodu do nas trafiłaś, więc nie ma potrzeby, żebyś wiedziała coś o nas. Jedyne, o czym musisz pamiętać, to to, że jesteś zdana na naszą łaskę.
- A co to ma w ogóle do rzeczy?! – Wściekła wyrzuciłam ręce w powietrze. Jak zwykle z Reijim nie dało się dogadać. – Po prostu mi odpowiedz, czy wiesz o czymś, co mogłoby być przyczyną zachowania Shuu?
- Naprawdę nie rozumiem, po co ci ta informacja – wampir westchnął zrezygnowany i podparł brodę dłonią w białej rękawiczce. – Jako dziecko widział pożar jakiejś wsi. Nie wiem czemu miałoby to mieć na niego jakikolwiek wpływ, ale nic innego nie przychodzi mi do głowy.
 Wow! Nareszcie jakaś konkretna informacja padła z jego ust!
- To wszystko? – Upewniłam się.
- Tak, wiesz już co chciałaś, więc możesz sobie iść.
- Och, milutki jak zwykle.
- No chyba, że wolisz zostać. Na pewno znajdzie się coś do roboty – uśmieszek wampira przyprawił mnie o dreszcze.
- Dziękuję bardzo i raczej nie skorzystam! – Zawołałam, na odchodnym zatrzaskując za sobą drzwi.


 Mimo, że czegoś się dowiedziałam, to i tak nie byłam w pełni zadowolona. Zawsze istniała szansa, że Reiji nie mówił mi całej prawdy. A wręcz było to niemal pewne.
Na moje szczęście jednak, w jednym z pokoi na parterze zastałam Subaru, samotnie grającego w rzutki.
- Hej, Subaru! – Zawołałam radośnie od progu.
Wampir obrócił się w moją stronę z pytającym spojrzeniem.
- Cześć. Wszystko w porządku? To znaczy… po imprezie?
Czyżby się o mnie martwił? Jaki słodziak.
- Tak, tak. Mogłabym cię o coś spytać?
Białowłosy uniósł brwi, ale skinął głową.
- Czy wiesz może… - starałam się jak najlepiej dobrać słowa – co mogłoby być przyczyną lęku Shuu przed ogniem? Wiesz, tak teoretycznie.
 Subaru oparł się o stojący za jego plecami stół do bilardu, obracając między palcami rzutkę. Wyglądał na zaskoczonego.
- Zdaje się, że kiedyś na jego oczach spłonęło jakieś miasto albo wieś. Sam tego nie pamiętam, słyszałem to tylko od kogoś. Chyba zginął wtedy jakiś jego przyjaciel.
- Naprawdę? Biedny Shuu…
 Nawet jeśli Shuu był wampirem i teraz zdawał się niczym nie przejmować, to w dzieciństwie musiał być wrażliwszy. Coś takiego dla każdego byłoby wielkim ciosem. Szczerze mu współczułam.
- Więcej nie wiem – wzruszył ramionami.
- Okay, okay, wielkie dzięki, Subaru – uśmiechnęłam się szeroko do wampira. Jakie szczęście, że chociaż z nim dało się normalnie porozmawiać.
 Miałam już więc rozwiązanie zagadki, albo przynajmniej bardzo dobry trop. Obawiałam się zapytać Shuu wprost o tą sprawę, ale z drugiej strony wciąż mnie to dręczyło. Było mi go szkoda i z chęcią poprawiłabym mu humor… Tylko jak?

niedziela, 3 maja 2015

Zakochany Demon: Rozdział 1

 Phew, wreszcie wolne... Tak jak obiecałam w następnej kolejności pojawia się kontynuacja Zakochanego Demona. Jako, że wreszcie napisałam ten rozdział, będę mogła brać się za Diabolik Lovers :3 Jednak chciałabym coś wam przekazać, moi drodzy czytelnicy. Cieszy mnie to, że tak wam się podoba DL, ale to nie znaczy, że porzucę na jego rzecz inne opowiadania. I wiem, że teraz długo nie pisałam, ale po prostu nie miałam na to zbytnio czasu. Tak jak mówiłam, piszę wtedy, kiedy mam i czas, i wenę. Bez jednego z tych czynników nic nie wyjdzie. No cóż, to chyba tyle. Życzę miłego czytania ^^.


Rozdział 1

 Sytry wciąż nie mógł uwierzyć w to, czego dowiedział się zaledwie kilka godzin temu. Nie dość, że zadurzył się w ludzkiej dziewczynie, to jeszcze ona okazała się pochodzić z tych Twinigów. A co za tym idzie, musiała być również potomkinią samego Salomona. Ale… kobieta? Jak do tej pory nie słyszał o ani jednym, żeńskim przedstawicielu z linii Salomona. Może się jednak pomylił? Może…
- Sytry.
 Wściekłe syknięcie przywróciło demona do rzeczywistości. Ze skruchą i niepewnością podniósł wzrok na siedzącego obok niego Baalberitha.
- Tak, wuju?
- Mógłbyś sprawiać chociaż pozory, że ta rozmowa cię interesuje.
Oczy Króla Pająków przeszywały go, przyprawiając o nieprzyjemne uczucie niepokoju.
- Wybacz, wuju.
Baalberith prychnął tylko, oparłszy podbródek na dłoni zaciśniętej w pięść.
 Sytry tymczasem powiódł wzrokiem po reszcie zgromadzonych. Byli tam, we własnej osobie Samael, Belzebub wraz ze swoim faworytem – Camio oraz Astaroth, przywódczyni Nefilimów w towarzystwie Dantaliona.
 Zniecierpliwiona Astaroth, uniosła znacząco brwi.
- Czy możemy wrócić do głównego wątku?
- Ależ oczywiście – odparł Baalberith, posyłając Sytry ostrzegawcze spojrzenie. Białowłosy demon poruszył się nerwowo na swym fotelu, po czym wbił wzrok w Astaroth, starając się przybrać jak najbardziej skupiony wyraz twarzy.
- Dziękuję.
- Więc… - zaczął Belzebub. – Lucyfer znowu zapada w sen?
- A co za tym idzie, trzeba wybrać kolejnego Namiestnika Piekieł – dopowiedział Samael.
 Sytry ponownie poruszył się niespokojnie, wiedząc doskonale, co będzie dalej.
- Czy wiadomo już, czy ten, który wybiera się pojawił? A mówiąc dokładniej – czy wiadomo, kto nim jest? – Zapytał Belzebub.
Astaroth odchyliła się na oparcie swojego fotela, krzyżując ramiona na piersiach.
- Jak sami zapewne dobrze wiecie, jeszcze się nie przebudził. I chyba każdy doskonale pamięta z jakiej rodziny wywodzi się ten, który wybiera.
- Cóż, co tu więcej dyskutować? – Wtrącił się Samael. – Wszyscy wiedzą, co w związku z tym. Życzę powodzenia drogim kandydatom. I to by było na tyle, prawda? Uważam, że spotkanie można uznać za zakończone.
 Camio, Dantalion oraz Sytry wymienili się spojrzeniami. Po raz kolejny startują przeciwko sobie w tym samym konkursie. W konkursie o względy tego, który wybiera.

***
 Tymczasem w świecie ludzi, Willa Twining odbywała zwyczajowe, cotygodniowe lekcje pod uważnym okiem jej prywatnej nauczycielki, pani Davis. Była to pulchna kobieta o szarych, surowych oczach skrytych za okularami na srebrnym łańcuszku, popielatych włosach wiecznie spiętych w ciasny kok na czubku głowy oraz lekko skrzekliwym głosie.
 Pani Davis wodziła wzrokiem za swoją uczennicą, wykonującą figury walca angielskiego, jednocześnie zadając jej kolejne pytania.
- Twierdzenie Pitagorasa?
- W trójkącie prostokątnym suma kwadratów długości przyprostokątnych jest równa kwadratowi długości przeciwprostokątnej – odpowiedziała blondynka bez zawahania, wykonując przy tym krótkie chasse*.
- Prawo powszechnej grawitacji?
- Wartość siły grawitacji, którą przyciągają się dwie jednorodne kule, jest wprost proporcjonalna do iloczynu ich mas i odwrotnie proporcjonalna do kwadratu odległości między ich środkami.
- Translacja to…?
- Przetłumaczenie sekwencji nukleotydów RNA na sekwencję aminokwasów w białku – to mówiąc Willa wykonała zgrabny obrót. – Zachodzi ona na rybosomie, który łączy dostarczane przez tRNA aminokwasy zgodnie z kolejnością wyznaczaną przez kodony mRNA.
- Konferencja w Poczdamie. Kto, gdzie i kiedy.
- Jak sama już pani wspomniała, konferencja ta odbyła się w Poczdamie. Obrady toczyły się od siedemnastego lipca do drugiego sierpnia tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku. Uczestniczyli w nich Józef Stalin reprezentujący ZSRR, prezydent Stanów Zjednoczonych Harry Truman oraz nasz premier, Clement Attlee.
- Kto wchodził w skład wielkiej trójki francuskiego oświecenia?
- Wolter, Diderot oraz Rousseau.
- Przetłumacz mi to zdanie: „Vanitas vanitatum et omnia vanitas”*1.
- „Marność nad marnościami i wszystko marność”.
- Dobrze. To teraz… stój! Źle! Powinnaś opaść w trzecim kroku, a nie już w pierwszym!
- Byłoby mi zdecydowanie łatwiej gdybym miała partnera. Takiego z krwi i kości, a nie wyimaginowanego – mruknęła Willa, zatrzymując się. – Zresztą męczy mnie już pani chyba od godziny, każąc bez przerwy tańczyć i odpowiadać na ten grad pytań. Jestem już zmęczona!
 Pani Davis zmrużyła oczy, mierząc blondynkę wzrokiem.
- Nie zapominaj, dziecko, że masz jeszcze na dziś zaplanowaną lekcję jazdy konnej, szermierki, gry na skrzypcach oraz łaciny. Im szybciej uporamy się z tym, tym szybciej będziemy mogły przejść dalej.
- Ale chyba należy mi się chociaż chwila odpoczynku – jęknęła dziewczyna.
- Pięć minut i wracamy do pracy.
- Pięć minut?
- Nie marudź, dziecko. Taki plan na dzisiaj dostałam od twojej szanownej matki, więc będziemy się go trzymać.
- Ale…
- Żadnych ale.
 Blondynka skuliła się pod srogim spojrzeniem szarych oczu nauczycielki i już więcej nie ośmieliła się zaprzeczyć.
 Willa zaznała prawdziwego odpoczynku dopiero późnym wieczorem. Bolały ją chyba wszystkie możliwe mięśnie i wciąż czuła suchość w ustach od ciągłego recytowania najróżniejszych regułek, praw, wierszy i czego tam jeszcze sobie jej nauczycielka nie zażyczyła.
 Po długiej, relaksującej kąpieli dziewczyna wróciła wreszcie do swojego pokoju. Rozejrzała się po nim z pewną nostalgią. Łóżko z baldachimem zarzucone wieloma kolorowymi poduszkami, plakaty z ulubionymi zespołami i piosenkarzami na ścianach, pułki uginające się pod niezliczoną ilością książek i komiksów, miękkie dywany na podłodze, pufa przy oknie i te de. Blondynka lubiła spędzać czas w swoim pokoju i czasami żałowała, że musi chodzić do szkoły z internatem. Z drugiej jednak strony tam nie miała żadnej pani Davis, która sterczałaby nad nią, zarzucając pytaniami z każdej możliwej dziedziny naukowej.
 Willa westchnęła cicho i rzuciła ręcznik na łóżko, podchodząc do biurka. Włączyła swojego laptopa, szybko przejrzała Facebook’a, pocztę i kilka innych stron. Spojrzała na zegarek. Dochodziła północ. Blondynka już miała wyłączyć komputer, gdy przypomniała się jej jedna rzecz. Jej palce zawisły na chwilę nad klawiaturą, po czym przemknęły po niej wystukując imię chłopaka, którego wcześniej spotkała. Po prostu było to nietypowe imię, a dziewczynie wydawało się, że skądś już je zna. Chciała więc sprawdzić skąd.
 Kliknęła w pierwszy link jaki się pojawił. Była to strona z Wikipedii. Normalne.
- W tradycji okultystycznej, demon, prałat,
a według Dictionnaire Infernal książę piekła – przeczytała na głos, unosząc przy tym brwi. Zaciekawiona prześledziła resztę tekstu wzrokiem, natykając się na kolejny ciekawy fragment. - Potrafi rozpalać namiętność kobiet do mężczyzn i mężczyzn do kobiet. Potrafi nakłaniać do rozebrania się. Odkrywa sekrety kobiet i zarazem chętnie je obraża. Ukazywany jest jako człowiek z głową geparda i ze skrzydłami gryfa. Na rozkaz przyzywającego może przemienić się w pięknego człowieka.*2
 Willa parsknęła śmiechem.
- No proszę, proszę. Albo jego rodzice są jakimiś satanistami albo chłopak ma ciekawe mniemanie o sobie.
 Kręcąc głową zamknęła laptopa i rzuciła się na swoje łóżko. Musiała przyznać, że chłopak w jakiś sposób ją zaintrygował. Przedstawiać się imieniem demona… ciekawe. W dodatku doskonale pamiętała, że miał nietypową urodę. Szczególnie zafascynowały ją jego włosy. Była ciekawa czy je farbuje.
 Rozmyślając o tajemniczym, nowopoznanym chłopaku, Willa zapadła w głęboki sen.

***
 Sytry stał samotnie, oparty o balustradę otaczającą balkon i wpatrywał się w mrok spowijający Piekło. Jego myśli, czy tego chciał czy nie, wciąż odpływały w kierunku tamtej dziewczyny.
- A więc tu się skrywa mój ulubieniec – odezwał się nagle głos za jego plecami. Niebieskooki spiął się cały i odwrócił powoli, stając oko w oko ze swoim wujem. Choć usta Baalberitha rozciągały się w uśmiechu, spojrzenie jego oczu pozostawało lodowate.
- Znów się zamyślasz? – zapytał, podchodząc do niego powoli.
Sytry przełknął ślinę, błądząc wzrokiem wszędzie wokół, byle tylko nie patrzeć na rozgniewaną twarz Króla Pająków.
- Ja… to znaczy… - bąknął cicho.
- Nie obchodzi mnie to – uciął krótko jego wuj. – Weź się w garść i tym razem lepiej nie spartacz tej roboty.
 Złapał białowłosego za gardło i zmusił go do spojrzenia mu w oczy.
- Rozumiesz? – Syknął Baalberith.
- Tak, wuju – odparł Sytry.
- To świetnie.
 Baalberith po raz kolejny uśmiechnął się nieprzyjemnie, puścił drugiego demona i odmaszerował, pozostawiając go samego z jego mieszanymi uczuciami.


*chasse – krok w stylu odstaw-dostaw. Jeden z podstawowych kroków tanecznych.
*1 Vanitas vanitatum et omnia vanitas” – fragment biblijnej księgi Eklezjastesa
*2 Fragment artykułu z Wikipedii, oto link do całości: http://pl.wikipedia.org/wiki/Sytri

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Inu x Boku SS: Rozdział 1

 Pora na zwycięzce naszej ostatniej ankiety. Przed wami pierwszy rozdzialik Inu x Boku SS! Życzę miłego czytania ^^



Uparta vs Nieustępliwy

  Apartament okazał się całkiem przestronny i naprawdę przyzwoicie urządzony, a rozmiarami dorównywał przeciętnemu mieszkaniu. Miał jasne ściany, połyskującą, drewnianą podłogę oraz całkowicie przeszkloną ścianę równoległą do drzwi. Większość pomieszczenia zajmowało coś w stylu salonu. Z lewej strony znajdował się aneks kuchenny oddzielony od reszty długim blatem z dostawionymi do niego barowymi stołkami. Dalej była mini-sypialnia, składająca się głównie z dużego, dwuosobowego łóżka.
Natomiast po prawej stronie pokoju znajdowało się przejście do łazienki oraz garderoba. Wszystko było dobrze utrzymane i lśniło czystością. Najbardziej wybredna osoba nie miałaby tu chyba na co narzekać.
 Gdy tylko skończyłam się rozglądać, zabrałam się za rozpakowywanie, a później za przestawienie wszystkiego według własnego widzimisię. Wszystko dla zabicia czasu. Kiedy wreszcie byłam zadowolona z efektu, na zewnątrz już zmierzchało.
 Jako, że w mojej lodówce wciąż jeszcze ziało pustkami, postanowiłam zejść na kolację do restauracji znajdującej się na parterze. W końcu podczas posiłku nie musiałabym z nikim rozmawiać, a przy zamawianiu posiłku wystarczy zwyczajna uprzejmość.
 Podjąwszy tą decyzję otworzyłam drzwi na korytarz i… zamarłam w chwilowym bezruchu z ręką wciąż zaciśniętą na klamce. Przede mną, z promiennym uśmiechem na ustach stał ten sam białowłosy mężczyzna.
- Emm… ch-chciałeś czegoś ode mnie? – Zapytałam, jąkając się ze zdziwienia, jakie u mnie wywołał.
- Czekałem na ciebie, panienko Ayano – odpowiedział spokojnie, skłaniając przy tym głowę.
- P-po…  - odchrząknęłam – Po co? Przecież powiedziałam, że możesz sobie iść.
- Stwierdziłem, że na pewno będzie panienka potrzebowała kogoś, kto oprowadzi ją po kompleksie.
 Westchnęłam. Jeśli tylko o to mu chodziło, to w porządku. I tak miałam zamiar sama się później rozejrzeć.
- Tak, przyda mi się małe oprowadzenie, więc pozwolę ci chociaż tyle zrobić.
- Dziękuję. W takim razie, proszę za mną.
 Podczas naszej krótkiej wycieczki krajoznawczej, Miketsukami pokazał mi, gdzie znajduje się siłownia, wspólne łaźnie dla wszystkich mieszkańców, bar, pokoje dla służby, ogród, a w końcu restauracja, jadalnia, czy też jak kto woli. Opowiedział mi również krótko o innych mieszkańcach zajmujących poszczególne piętra. W końcu podziękowałam mu i po raz kolejny tego dnia odesłałam. Jednak, gdy odbierałam z kuchni swoje zamówienie, on wciąż niewzruszenie stał obok mnie, z tym samym promiennym uśmiechem.
- Posłuchaj, Miketsu-  zaczęłam, ale mężczyzna przerwał mi w pół słowa.
- Czy mógłbym ci towarzyszyć podczas posiłku, panienko Ayano?
- No… dobrze… - westchnęłam, zrezygnowana i opadłam na krzesło przy najbliższym stoliku. Miketsukami jednak nie usiadł, tylko stanął obok mojego krzesła. Przegryzłam kilka kęsów kanapki, upiłam trochę herbaty, a ten wciąż stał i obserwował mnie swoimi dwukolorowymi oczami. W końcu nie wytrzymałam.
- Dlaczego nie usiądziesz?
- Nie ma takiej potrzeby, panienko Ayano. Mogę postać.
- Ale… ach, rób co chcesz!

 Drugi dzień wcale nie był lepszy. Miketsukami czekał już na mnie, gdy wstałam, towarzyszył mi podczas śniadania oraz obiadu, a gdy tylko znikał mi z oczu i tak czułam, że czai się gdzieś w pobliżu. Był jak rzep, który uczepił się psiego ogona. I za nic nie dało się go wyplątać z sierści.
 Najbardziej nie rozumiałam tego, dlaczego on nie chce zostawić mnie w spokoju. Przecież cały czas powtarzałam mu, że nie potrzebuję ani nie chcę żadnego ochroniarza. Normalny człowiek już dawno dałby sobie spokój. Nie wiedziałam, czy chciał się przypodobać mojej rodzinie, czy tylko koniecznie chciał mieć coś do roboty, a może po prostu jeszcze nikt mu nie odmówił. No bo, powiedzmy sobie szczerze, jaka dziewczyna nie chciałaby mieć za prywatnego ochroniarza młodego, wysokiego, dżentelmeńskiego a przede wszystkim okropnie przystojnego mężczyzny? Dobrze… jaka normalna dziewczyna by takiego nie chciała. Bo ja do takowych raczej się nie zaliczam.
 Westchnęłam, wkładając do uszu słuchawki. Postanowiłam skorzystać z tego, że w Ayakashi Kan była siłownia i trochę sobie poćwiczyć. Od dziecka lubiłam biegać. To zawsze poprawiało mi humor i pozwalało poczuć się chociaż przez chwilę tak cudownie wolną. Niestety, mieszkając w rezydencji rodziców rzadko miałam okazję, by pobiegać. Dlatego czasami uciekałam.
 Włączyłam bieżnię, a zaraz potem muzykę w telefonie. Wskoczyłam na bieżnię, podkręciłam tempo o kilka poziomów i zaczęłam biec.
 Spokojna muzyka płynąca ze słuchawek, stopy rytmicznie uderzające w bieżnię. Chwila zapomnienia. Coś, co szczerze uwielbiałam. No i w takich chwilach nie musiałam się niczym ani nikim przejmować.
 Kiedy skończyłam swój trening, byłam rozgrzana i mokra od potu, ale za to szczęśliwa. Wyszłam z siłowni na nieco drżących nogach, nie mogąc pozbyć się głupkowatego uśmieszku z ust.
 Kupiłam sobie butelkę zimnej, niegazowanej wody z automatu i usiadłam na ławeczce w korytarzu. Wypiłam łapczywie kilka łyków, po czym oparłam głowę o chłodną ścianę i przymknęłam oczy.
 Przez tą krótką chwilę dekoncentracji, nie zwróciłam uwagi na dźwięk zbliżających się kroków, póki te nie zatrzymały się tuż przede mną. Gwałtownie zerwałam się z miejsca, stając twarzą w twarz z mężczyzną w kominiarce. Złodziej?
- Hej, laleczko – odezwał się zachrypniętym głosem, przyszpilając mnie do ściany – może się zabawimy?
- Och, jasne – odparłam spokojnie, patrząc wyzywająco w ciemne oczy mężczyzny – ale na moich warunkach.
 Pozwoliłam, by moje ciało przybrało wygląd mojej drugiej formy. Pozwoliłam, by demon drzemiący w mojej skórze się przebudził. Wyraźnie zdezorientowany, mój „napastnik” zaczął się cofać.
- C-co jest grane?
- Coś nie tak? – Zapytałam z pobrzmiewającą w mym głosie nutą fałszywej troski. – Nie chcesz już się bawić?
 Odepchnęłam się od ściany, ruszając wolnym krokiem w stronę prawdopodobnego złodziejaszka. Uśmiechnęłam się, widząc strach w jego oczach.
- O-odejdź, potworze!
- Potworze? – Prychnęłam, podchodząc jeszcze bliżej. – Tak, jestem potworem. A czego się spodziewałeś, przychodząc tutaj?
- Powiedziałem: odejdź! – Wrzasnął mężczyzna, wyciągając pistolet.
- Och, no naprawdę. Daj sobie spokój – mruknęłam, wytrącając mu broń z dłoni. Następnie wzięłam krótki zamach i mężczyzna wylądował pod ścianą.
 Odwróciłam się i podeszłam do okna, by przyjrzeć się swojemu odbiciu. Choć i tak doskonale wiedziałam, co zobaczę.
 Szare oczy z pionowymi źrenicami. Włosy mieniące się kolorami niczym pióra szpaka. I skrzydła. Wielkie, czarne skrzydła wyrastające z moich pleców. Dotknęłam delikatnie szyby palcami o długich, czarnych pazurach.
 Wpatrując się we własne odbicie zbyt późno zorientowałam się, że coś jest nie tak. Zbyt późno zorientowałam się, że mężczyzna wcale nie stracił przytomności, tak jak początkowo myślałam. Zbyt późno zorientowałam się, że celuje teraz do mnie z pistoletu.
 Odwróciłam się, ale on już nacisnął spust, a pocisk niczym na zwolnionym filmie mknął w moją stronę. W głowie szybko obliczałam swoje szanse. Uniosłam dłoń, gotowa do obrony, ale… nagle w polu mojego widzenia znalazły się czyjeś plecy.
- Co jest…
 Całkowicie zaskoczona podniosłam wzrok napotykając spojrzenie dwukolorowych oczu.
- Miketsukami?!
- Nic ci nie jest, panienko Ayano?
- Nie, ale…
- Cieszę się – i znów ten uśmiech – Przepraszam, że tak późno.
 Otworzyłam usta, by powiedzieć mu, że przecież w ogóle nie musiał przychodzić, ale ten już odszedł, by rozprawić się z mężczyzną w kominiarce.


 Miketsukami wrócił po kilku minutach, gdy siedziałam na ławce na powrót w swojej ludzkiej formie. Uklęknął przede mną ze zmartwionym wyrazem twarzy. Było to tylko na pokaz, czy może naprawdę się o mnie martwił? Nie, nie, oczywiście, że nie. Dlaczego miałby się o mnie martwić, skoro prawie w ogóle mnie nie znał?
- Na pewno nic ci nie jest, panienko Ayano? Nic ci nie zrobił? Naprawdę przepraszam, że tak późno się zjawiłem.
- Nie musisz przepraszać – potrząsnęłam głową. – Nic mi nie jest. W ogóle nie musiałeś przychodzić.
- Oczywiście, że musiałem.
- Nie… chwila, ty krwawisz! – Krzyknęłam, dopiero teraz zauważając, że z jego dłoni sączyła się krew.
 Białowłosy podążył za moich wzrokiem i uśmiechnął się lekko.
- To nic. Cieszę się, że mogłem panienkę ochronić. W końcu to moje zadanie.
- Nie. To nie jest twoje zadanie! – Wrzasnęłam, podrywając się z ławki. – Tyle razy już ci mówiłam, że nie potrzebuję żadnej ochrony! Nie potrzebuję i nie chcę! Doskonale poradzę sobie sama!
- Panienko Aya-
- Posłuchaj mnie uważnie, Miketsukami! – Kontynuowałam, patrząc na niego z góry. Nie wytrzymałabym dłużej. Musiałam wszystko z siebie wyrzucić i dać mu to jasno do zrozumienia. – Wprowadziłam się tu tylko dlatego, że chciałam uciec. Chciałam spokoju i samotności! Nigdy nie chciałam żadnego ochroniarza. Wiesz dlaczego? Bo unikam wszelkich relacji międzyludzkich! Cały czas próbuję ci to dać do zrozumienia! Jakiekolwiek relacje ze mną przynoszą tylko obustronne problemy, cierpienie, smutek albo inne negatywne uczucia i emocje. Nie ufam ludziom, a oni mi. I niech tak pozostanie. Nie chcę więcej cierpieć. Nie chcę żeby nikt inny przeze mnie cierpiał. Więc proszę cię, odpuść sobie! Nie chcesz mieć ze mną żadnego związku. A ja nie chcę ochroniarza… Już przeze mnie jesteś ranny, a dopiero co się tu wprowadziłam… Nie zasługuję na to!
 Po wykrzyczeniu tego wszystkiego musiałam złapać oddech. Poczułam pieczenie pod powiekami, jakbym w każdej chwili miała się rozpłakać. Miketsukami tymczasem wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami.
- Panienko Ayano…
- Wiesz już teraz, dlaczego nie chcę, żebyś dla mnie pracował. Możesz iść do swoich szefów i wyjaśnić im całą sytuację. Powiedz prawdę, że to ja cię odesłałam. Jeśli będziesz miał z tego powodu jakieś problemy, to mi powiedz. Sama to wtedy załatwię.
 Odwróciłam wzrok i chciałam odejść, ale Miketsukami złapał mnie za nadgarstek zdrową ręką, wciąż klęcząc na podłodze.
- Zaczekaj, panienko Ayano.
- O co chodzi? Przecież już ci wszystko powiedziałam…
- Daj mi szansę.
- Słucham? – Zapytałam z niedowierzaniem.
- Daj mi szansę, proszę, panienko.
- A-ale… ja właśnie…
Dwukolorowe oczy wpatrywały się we mnie z zupełną powagą.
- Proszę, pozwól mi, a także sobie, spróbować. Jeśli będziesz niezadowolona z mojej pracy i rozkażesz mi odejść – odejdę. Ale najpierw spróbujmy, dobrze?
- Ja… ja… - jąkałam się, szukając odpowiednich słów. Właśnie powiedziałam mu wszystko, wyjaśniłam, czym to grozi, a on wciąż nalegał, był nieustępliwy. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z takim zachowaniem.
 Przygryzając dolną wargę spojrzałam na jego krwawiącą rękę. No właśnie. Przecież stanął w mojej obronie, narażając samego siebie. Przeze mnie był ranny. I miałabym go teraz odtrącić? Mimo wszystko byłam mu coś winna. Wzięłam głęboki oddech.
- Dobrze – wyszeptałam.
 Twarz Miketsukamiego momentalnie się rozpromieniła. Jego oczy zalśniły.
- Dziękuję, panienko Ayano. Nie będziesz tego żałować.
 Po czym pochylił się i ucałował wierzch mojej dłoni, po raz kolejny tego dnia wprawiając mnie w osłupienie.
 Jeśli miał dla mnie pracować, to chyba będę musiała przygotować się na mnóstwo podobnych zaskoczeń.