Ariana | Blogger | X X

poniedziałek, 6 lipca 2015

Diabolik Lovers: Rozdział 25

Ludzie, zaskakujecie mnie ilością komentarzy i pochwałami w nich zawartymi. Nawet nie wiecie, jak się cieszę, gdy je czytam^^ Ale przejdźmy do rozdziału, na który tak czekaliście. Natsuki została porwana. Kto za tym stoi? Czy zostanie uratowana? Co zrobią bracia Sakamaki?
Zapraszam do czytania ^^



W uwięzieniu

 Gdy odzyskałam przytomność znajdowałam się w całkowicie obcym dla mnie miejscu. Moja własna głowa wydawała mi się dziwnie ciężka, a żeby odzyskać ostrość widzenia musiałam kilkakrotnie zamrugać. Na niewiele jednak się to zdało, gdyż wokół mnie panował półmrok. Gwałtownie poderwałam głowę i zaraz tego pożałowałam, gdy mój kark przeszył ból. Jęknęłam. Chciałam podnieść rękę, żeby rozmasować zesztywniałą szyję, ale poczułam dziwny opór. Zaskoczona obróciłam głowę. Otworzyłam szerzej oczy. Okazało się, że zarówno moje ręce, jak i nogi przywiązane były do krzesła, na którym siedziałam.
Co jest?!
- Widzę, że się obudziłaś – usłyszałam rozbawiony głos. W tej samej chwili pomieszczenie zostało rozświetlone przez pojedynczą żarówkę zwisającą smętnie z sufitu. Zmrużyłam oczy nieprzygotowana na ten nagły blask.
- Ty… - wymamrotałam, gdy moje oczy przyzwyczaiły się już do jasności.
- Owszem. Ja – nieprzyjemny śmiech poniósł się echem po niewielkim pomieszczeniu. Dopiero teraz mogłam się po nim dobrze rozejrzeć.
Nieotynkowane, ceglane ściany. Szare płyty tworzące podłogę. Maluteńkie, zakratowane okienko nad moją głową. Długie pręty odgradzające mnie od drewnianych drzwi zamkniętych na kłódkę. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że znajdowałam się w niczym innym, jak celi.
 Przeniosłam wzrok na znienawidzonego mężczyznę. Nic się nie zmienił od naszego ostatniego spotkania. Cały ubrany na czarno, z ciemnymi włosami sięgającymi kołnierza płaszcza, wpatrywał się we mnie ciemnoczerwonymi oczami.
- Richter – wychrypiałam. – Jakim cudem…? Powinieneś nie żyć!
- No, no, no – mężczyzna zbliżył się do mnie, grożąc mi palcem niczym małemu dziecku. – To było niemiłe.
- Jakbyś ty był miły – prychnęłam. – Gdzie ja jestem? Czego znowu ode mnie chcesz?
- Zdaje się, że niestety nie mogę odpowiedzieć ci na pierwsze pytanie – jego palce sięgnęły do mojego podbródka, ale odwróciłam głowę. – A chcę tego, czego wcześniej.
- Jaka szkoda, że niczego nie dostaniesz – odpowiedziałam, posyłając mu mordercze spojrzenie. – Uwolnij mnie.
 W celi po raz kolejny rozbrzmiał śmiech wampira. Jego palce chwyciły mój podbródek i siłą zmusiły do podniesienia głowy.
- Naprawdę myślisz, że usłucham twoich próśb? Jesteś naiwna. A poza tym – jego twarz znalazła się tuż przed moją. – Jesteś pewna, że niczego nie dostanę? Co może taka marna, ludzka dziewczyna przeciwko mnie? Nic! A przypominam ci, że tym razem nie masz do pomocy moich uroczych bratanków. W pojedynkę nie zdziałałabyś nic nawet przeciwko ludzkiemu mężczyźnie.
- Skoro tak, to czemu mnie związałeś?
- Z bardzo prostego powodu – jego usta rozciągnęły się w uśmiechu. Z kieszeni płaszcza wysunął niewielkie, srebrne pudełko. – Żebyś nie stawiała nawet minimalnego oporu, który mógłby utrudnić moją pracę.
- Pracę? – powtórzyłam, czując gęsią skórkę na ramionach.
Co on planuje ze mną zrobić?
 Richter otworzył pudełko, przyklękając za moimi plecami. Kątem oka dostrzegłam strzykawkę w jego dłoni. Próbowałam się szarpnąć, ale sznury wpijające się w moje ciało skutecznie mi to uniemożliwiały.
- Co zamierzasz zrobić?!
- Och, pobiorę tylko odrobinę twojej krwi dla moich… wspólników. Niestety, nie mogą zrobić tego osobiście. Tylko ja mam ten przywilej.
- Przestań! Nawet nie… - urwałam, gdy igła wbiła się w moje ramię. Zacisnęłam zęby. Richter bynajmniej nie był delikatny. Poczułam mdłości, więc przełknęłam nerwowo ślinę. Po chwili, która wydawała mi się wiecznością, wampir podniósł się i ponownie stanął przede mną. W jego dłoni lśniły nie jedna, lecz cztery strzykawki wypełnione szkarłatną cieczą. Na moich oczach umieścił je na powrót w pudełku, zamknął je i schował do kieszeni. Następnie uśmiechnął się złowrogo.
- A teraz coś dla mnie.
 Pochylił się nade mną, złapał mnie za podbródek i zmusił mnie do odchylenia głowy w bok. Krzyknęłam z bólu, gdy błyskawicznie zatopił kły w mojej szyi. Odsunął się dopiero po wypiciu kilku łapczywych łyków.
- Rzeczywiście niezwykła – stwierdził, ścierając dłonią w czarnej rękawiczce czerwoną strużkę spływającą mu z ust. – Miłej nocy życzę.
 Z tymi słowy opuścił celę. Światło zgasło. Pozostawiona samotnie w ciemnościach, poczułam jak opuszczają mnie resztki odwagi. Byłam przerażona. Zostałam porwana i nie mogłam liczyć na pomoc żadnego z braci Sakamaki.
Czy mnie znajdą? Czy w ogóle będą mnie szukać?
Nawet jeśli tak, to do tego czasu Richter mógł ze mną robić, co mu się żywnie podobało. Nie chciałam o tym nawet myśleć.

 Ayato gwałtownie otworzył oczy, wybudzając się ze snu. Nie wiedział czemu, ale nagle ogarnęły go bardzo złe przeczucia. Usiadł na kanapie, zginając prawą nogę w kolanie. Nie przejmował się tym, że wciąż miał ubrane buty. Przeczesał palcami czerwonawe włosy, zastanawiając się skąd też u niego takie dziwne, niepokojące uczucie.
 W tej samej chwili do salonu wpadł Subaru z ewidentnie zmartwioną miną.
- Coś się stało – oznajmił z miejsca. – Chyba coś się stało.
- To chyba czy na pewno? – warknął Ayato, obserwując młodszego, przyrodniego brata. – I o czym ty mówisz?
- Natsuki jeszcze nie wróciła.
 Ayato zmarszczył brwi.
- Co w związku z tym? – starał się mówić tak, jakby zupełnie go to nie obchodziło. – Czy nie mówiła, że idzie do tego durnego kościoła?
- Tak. Ale minęły już trzy godziny!
- To jeszcze nie powód, żeby tak panikować.
- Dlaczego zachowujesz się tak, jakby cię to nie obchodziło? – Subaru zacisnął dłonie w pięści.
- Bo może mnie nie obchodzi – burknął, wzruszając ramionami.
- Jasne – Subaru przewrócił oczami, opierając się plecami o ścianę.
- Czy ja dobrze słyszałem, że maleńka zaginęła? – Laito wkroczył do pokoju, spoglądając na swoich braci z zaciekawieniem.
- To nie jest pewne – syknął Ayato, mrużąc oczy. Odczuwał narastającą w nim złość. Czemu oni wszyscy, do cholery, musieli brać tą informację na poważnie? Przecież nie minęło aż tak dużo czasu…
- Może po prostu się z kimś spotkała? – podsunął spokojnie Laito.
- O tej porze? – Subaru uniósł brwi. – Jest środek nocy…
- A co to za przeszkoda? – rudowłosy opadł na jeden z foteli.
- I niby z kim mogłaby się spotkać? – drążył Subaru.
- Z kimkolwiek. Ze znajomymi. Z chłopakiem – przy ostatniej propozycji, Laito zerknął znacząco na Ayato, uśmiechając się do niego złośliwie. Ayato jedynie prychnął w odpowiedzi, krzyżując ramiona.
- Z Kou Mukami – odezwał się Kanato, który dopiero wszedł do salonu.
Pozostali posłali mu zdziwione spojrzenia.
- No co? – Fioletowooki zacieśnił uścisk na pluszowym ciałku Teddy’ego. – Ostatnio spędzają ze sobą dużo czasu. Chyba pracują nad jakimś występem czy coś.
- W sumie to Kanato ma rację – przytaknął Subaru. – Dla Mukami spotkanie w nocy nie byłoby niczym dziwnym.
Ayato jedynie coraz bardziej się denerwował, wysłuchując wymiany zdań między braćmi. Miał ochotę wyjść, ale coś trzymało go na miejscu.
- Dobra, nie wiem jak wy – zaczął Laito – ale ja jestem za tym, żeby jeszcze trochę poczekać, nim cokolwiek zrobimy.
Ayato niechętnie przytaknął, tak jak pozostali. Oparł się plecami o oparcie kanapy i postanowił cierpliwie czekać.

 Po kolejnej godzinie Subaru nie wytrzymał i uderzył dłonią w ścianę, ściągając na siebie spojrzenia pozostałej trójki.
- Wciąż jej nie ma – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Naprawdę myślicie, że może być na jakimś spotkaniu?
- Może – mruknął bez przekonania Ayato, wbijając wzrok w stolik przed nim.
- Hej, widzę, że jeszcze nikt nie wpadł na taki genialny pomysł – Laito klasnął w dłonie. – Może byśmy tak po prostu do niej zadzwonili?
 Subaru uderzył się otwartą dłonią w czoło, po czym wysunął z kieszeni swoich spodni telefon komórkowy.
- I co wy byście beze mnie zrobili? – Laito dumny z siebie założył ręce za głowę.
Ayato po raz kolejny prychnął, przenosząc swój wzrok na białowłosego wampira. Mina Subaru nie wyrażała jednak żadnych pozytywnych emocji, kiedy zrezygnowany opuścił dłoń z telefonem.
- Nie odbiera.
- Wyłączyła telefon? – zapytał rudowłosy.
- Nie. Jest sygnał, ale nie odbiera.
- Może nie słyszy dzwonka, albo ma go wyciszony? – Kanato przechylił głowę na bok.
- Nie wiem. Nie podoba mi się to – mruknął Subaru.
- Może spróbuj za chwilę jeszcze raz? – Laito opuścił ramiona, zakładając nogę na nogę. Subaru skinął głową. – A ty co tak cicho siedzisz, braciszku?
Ayato spojrzał na rudzielca spode łba. Jego opanowanie powoli zanikało, a niepokój rósł.
- A co mam mówić? – warknął. – Świetnie sobie radzicie beze mnie.
- Ale wyglądasz, jakby to wszystko cię to nie ruszało – stwierdził tamten, obserwując uważnie swego brata. – Jedyną oznaką, która temu zaprzecza jest fakt, że wciąż tu siedzisz.
- Zamknij się – Ayato zmrużył oczy.
- Wybacz, bracie, ale jesteś kiepskim aktorem. Może Natsuki się na to nabrała, ale…
- Zamknij się!
- Obaj się zamknijcie! – krzyknął Subaru, wybierając po raz kolejny numer dziewczyny. Jednak wciąż odpowiadał mu tylko równomierny, przeciągły sygnał informujący o nawiązywanym połączeniu. Żaden z braci Sakamaki, podobnie jak sama Natsuki, nie zdawał sobie jednak sprawy, że jej telefon leżał porzucony na posadzce kościoła.


 Całe ciało zaczynało mnie już niemiłosiernie boleć. W szczególności unieruchomione ramiona oraz nogi. Na skórze czułam zaschnięte ślady własnej krwi, pozostałe ugryzieniu Richtera oraz po pobieraniu jej przez niego.
 Kiedy pierwsza fala szoku już przeszła i uspokoiłam się na tyle, by trzeźwo myśleć, zaczęłam zastanawiać się nad opcjami jakie miałam oraz ewentualnymi sposobami ucieczki.
Telefon!, olśniło mnie.
 Z nadzieją, spróbowałam pomimo więzów, sięgnąć do kieszeni kurtki. Udało mi się wsunąć do niej palce, ale oprócz kilku monet i zmiętej chusteczki niczego w niej nie znalazłam. Zaklęłam w myślach, próbując swojego szczęścia w drugiej kieszeni, ale i w niej nie znalazłam komórki. Zalała mnie rozpacz.
Moja prawdopodobnie jedyna szansa, jedyna nadzieja…
Zagryzłam drżącą wargę, zastanawiając się, co jeszcze mogłabym zrobić. Nic jednak nie przychodziło mi do głowy.
- Jak tam, ochłonęłaś już i jesteś gotowa na współpracę? – zapytał Richter, wyłaniając się z mroku niczym duch.
- Nigdy – potrząsnęłam przecząco głową.
- Aleś ty uparta – westchnął teatralnie, okrążając mnie powoli, niczym drapieżnik swoją ofiarę. I tak właściwie, to tak było.
- I co zamierzasz z tym zrobić? – zapytałam, obserwując jego ruchy. – Już dwa razy wygrałam z Cordelią.
- Mówi się, że do trzech razy sztuka, prawda? – Richter uśmiechnął się, przesuwając palcami po mojej żuchwie. Wzdrygnęłam się pod wpływem jego dotyku.
- Więc, co tym razem zrobisz? Suknia, z tego co wiem, spłonęła – przypomniałam. – I ty też powinieneś – dodałam.
- Jesteś tak głupia, czy udajesz? Nie potrzebuję sukni, by przebudzić Cordelię.
- To co zamierzasz?
- Och, nic takiego. Sprawię, że będziesz tak długo cierpiała psychicznie i fizycznie, aż nie będziesz w stanie dłużej z nią walczyć.
- Nie poddam się – oznajmiłam. – Nie licz na to.
Sadystyczny uśmiech wykrzywił jego twarz.
- Nie bądź taka pewna siebie. Odpowiednio się tobą zaopiekuję, zobaczysz.
Pogładził mnie po policzku, po czym po raz kolejny pozostawił mnie samą, przywiązaną do krzesła w ciemnej, zimnej celi. W tej chwili okropnie żałowałam tego, że postanowiłam wybrać się do kościoła. Ale nie tylko tego. Żałowałam również tego, że nie chciałam porozmawiać z Ayato, że się z nim nie pogodziłam.
 Jestem głupia… Tak bardzo chciałabym cofnąć czas…
 Podniosłam wzrok na niewielkie okienko. Przez kraty przedzierał się blask księżyca, oświetlając niemrawo pomieszczenie, w którym się znajdowałam. Uśmiechnęłam się krzywo, czując spływającą po policzku pojedynczą łzę.
A może mi się należało?
- Ayato… przepraszam… - wyszeptałam w otaczający mnie mrok.

niedziela, 5 lipca 2015

Zapomniana Melodia: Partytura 2

Dziś prezentuję wam drugi rozdział ostatniego opowiadania z ankiety. Czytając go, przeniesiecie się wraz z zagubioną Elizabeth do zupełnie innych, obcych dla niej czasów. Spotkacie tam przystojnego Victora oraz tajemniczego białowłosego mężczyznę. Czy coś się wyjaśni? Jeśli chcecie wiedzieć - musicie sprawdzić sami. Życzę miłej lektury :3



 Odwróciłam się bardzo powoli, niczym na zwolnionym filmie. Serce biło mi w zadziwiająco szybkim tempie. Przede mną stał Victor Redmond we własnej osobie. To nie mogła być pomyłka. Nie wiedziałam czemu, ale byłam stuprocentowo pewna, że to on.
 Długie, złote włosy miał zaplecione w warkocz. Zapewne gdybym zobaczyła je u kogoś w dwudziestym pierwszym wieku najzwyczajniej w świecie bym go wyśmiała. Jednak jemu… świetnie pasowały.
 Piękne szmaragdowe oczy błyszczały radośnie, patrząc wprost w moje. Mężczyzna miał na sobie czerwono-złoty płaszcz sięgający niemalże ziemi, a pod nim białą marszczoną koszulę i również białe, obcisłe spodnie. Cały ubiór wyglądał dostojnie i z całą pewnością… dziewiętnastowiecznie.
 Mężczyzna uśmiechnął się do mnie, rozkładając ramiona i wyciągając w moją stronę dłonie w białych rękawiczkach zupełnie, jakby chciał mnie przytulić. Ja jednakże cofnęłam się na drżących nogach.
- K-kim… j-jak…
Chciałam wydusić z siebie coś więcej, ale głos uwiązł mi w gardle, a przed oczami pojawiły się ciemne plamki. W następnej chwili wszystko się rozmyło, a ja osunęłam się bezwładnie w ciemność.
 Pierwszą moją myślą zaraz po przebudzeniu było „Gdzie jestem?”. Najpierw pomyślałam, że może jednak jestem wreszcie w swoim pokoju, że już po wszystkim… póki nie zobaczyłam ciemnofioletowego baldachimu nad swoją głową. Raczej pamiętałabym, gdybym miała coś takiego u siebie.
- Och, obudziłaś się – dobiegł mnie męski głos. Odwróciłam w jego stronę głowę i ujrzałam tego samego, przystojnego blondyna. Uśmiechał się do mnie delikatnie.
- Wybacz, jeśli cię wystraszyłem. Nie chciałem, Lizzy.
Wlepiłam w niego wzrok, zaciskając dłonie na materiale sukni. Czy to jednak nie był zwyczajny sen?
- Dlaczego mówisz do mnie „Lizzy”? – Nie wiem czemu zadałam właśnie to pytanie jako pierwsze. Może dlatego, że do tej pory mówili do mnie tak wyłącznie moi zastępczy rodzice i czasami Kate. – Skąd znasz moje imię? Co to za miejsce? Kim ty tak naprawdę jesteś? Co ja tu robię? Czy to jakiś żart? Jak mogę się stąd wydostać? Co to ma wszystko znaczyć?
 Zalałam go masą kolejnych pytań, nie dając mu nawet okazji na odpowiedzenie. Przez ułamek sekundy wydawał się zmieszany. Jego uśmiech stał się przepraszający. Nie potrafiłam odczytać emocji czających się w jego oczach.
 Nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć otworzyły się drzwi i do pokoju wkroczył jeszcze jeden mężczyzna. Ten wyglądał mi na rówieśnika… hmm… Victora i był od niego nieco niższy. Miał również bledszą cerę. Jego śnieżnobiałe włosy w porównaniu do złotego warkocza Victora wydawały mi się teraz dziwnie krótkie – ich koniuszki ledwo muskały kołnierz jego czarnego płaszcza. To jednak wystarczyło aby szczelnie zasłonić jego lewe oko. Prawe natomiast miało zadziwiającą, wręcz rubinową barwę. Albinos?
 Mężczyzna ukłonił się, wchodząc do pokoju. Następnie szybkim krokiem podszedł do łóżka, na którym siedziałam i przyjrzał mi się uważnie, ze zmartwionym wyrazem twarzy.
 - Słyszałem, że zemdlałaś, panienko. Czy wszystko w porządku? – zapytał. – Proszę, wybacz mi, że nie było mnie przy tobie. Spotkanie nieco się przedłużyło.
 Dopiero teraz zauważyłam, że na lewym oku, tym ukrytym pod włosami ma czarną opaskę. Starałam się nie gapić na niego, więc opuściłam wzrok na własne dłonie.
- To musi być jakaś pomyłka. Nie jestem tą, za którą mnie bierzecie. Kimkolwiek ona jest… - oznajmiłam.
 Kątem oka zauważyłam, że mężczyźni wymieniają spojrzenia.
- Lizzy, jak widać, chyba jeszcze wciąż źle się czuje – stwierdził Victor, po czym zwrócił się do mnie: - Powinnaś odpocząć.
 A ja zrobiłam coś głupiego – potulnie skinęłam głową.
- Tak, zostawcie mnie samą.
- Ale… - zaczął białowłosy.
- Chodźmy – ponaglił go Victor.
Albinos więc ukłonił się i mamrocząc pod nosem, niechętnie opuścił pokój.
- Jeśli byś czegoś potrzebowała, wołaj – powiedział blondyn ze spokojnym uśmiechem, po czym również wyszedł.
 Zostałam sama w prawdopodobnie nieznanych czasach, nieznanym miejscu i nieznanym pokoju. Chociaż im dłużej wodziłam po nim wzrokiem, tym bardziej wydawało mi się, że już go kiedyś widziałam.
 Miękkie szkarłatne dywany na podłodze, okna ciągnące się od podłogi aż po sufit. Ogromne, fioletowe łoże z baldachimem, zarzucone wieloma poduszkami w centralnej części pokoju. Duże, prostokątne lustro w złotej ramie. Drewniane meble w kolorze ciemnej czekolady. Sporych rozmiarów, misternie zdobiony żyrandol zwieszający się z sufitu. Półki uginające się pod ciężarem wielu książek, różnych figurek i innych papilotów.  Po obu stronach łoża natomiast znajdowały się dwie, identyczne szafki, a na każdej z nich stał wazon ze świeżym bukietem czerwonych róż.
 Podeszłam do okna, odsunęłam ciężką zasłonę i wyszłam na balkon. Oparłszy się o murek, który go otaczał westchnęłam z zachwytu. Przede mną rozciągał się widok na ogród. Wąskie ścieżki wiły się między wieloma krzakami róż, pozostałe kwiaty rosły w wyznaczonych polach, wszystko równiutko przycięte i kolorowe. Unoszący się w powietrzu zapach był niemalże odurzający. Przymknęłam powieki, rozkoszując się delikatnym powiewem, muskającym moją twarz.
 Po kilku sekundach jednak potrząsnęłam głową, wprawiając w ruch pasma misternie poupinanych wcześniej, brązowych loków. To nie był mój dom, ogród, ani ubiór. To nawet nie był mój świat czy czas. Nie znałam tych ludzi. W mojej głowie ponownie pojawiła się myśl, że powinnam się stąd wydostać.
Tylko jak? Jak ja się tu w ogóle znalazłam?
 Uszczypnęłam się w ramię, aby upewnić się, że nie utknęłam w jednym ze swoich zwariowanych snów. Tyle, że to wszystko wyglądało zbyt realistycznie, a ja byłam w pełni świadoma. Przynajmniej tak mi się wydawało.
 Wróciłam do pokoju, pozostawiając wielobarwny ogród za swoimi plecami. Przeszłam się powoli po pomieszczeniu, przyglądając się każdemu przedmiotowi z osobna. Przesunęłam opuszkami palców po grzbietach książek poupychanych na pułkach. Wśród nazwisk autorów najczęściej powtarzało się jedno – Szekspir. Przekrzywiając głowę odczytałam kolejne tytuły, między innymi takie jak „Romeo i Julia”, „Makbet”, „Hamlet”, „Sen nocy letniej” oraz „Burza”. Mimowolnie, na moją twarz wypłynął delikatny uśmiech. Znałam każdy z tych utworów. Od dziecka lubiłam czytać i czasami oprócz popularnych wśród moich rówieśników powieści, sięgałam również po coś starszego. Chociażby właśnie po Szekspira.
 Zaciekawiona przeniosłam wzrok na lustro. Podeszłam do niego i uważnie otaksowałam swoje odbicie wzrokiem.
 Purpurowa suknia, którą miałam na sobie była naprawdę śliczna oraz idealnie dopasowana do mojego ciała zupełnie, jakby była szyta na miarę. Musiałam przyznać, że podobałam się sobie w takim wydaniu. Obróciłam się wokół własnej osi, obserwując wirujący dół sukni.
- Ślicznie wyglądasz, panienko – usłyszałam cichy głos dobiegający od strony drzwi. Zatrzymałam się więc raptownie, podnosząc wzrok. Z dłonią wciąż zaciśniętą na klamce stał białowłosy mężczyzna z wcześniej.
- Och, dziękuję… Ja… nie usłyszałam, kiedy ty… kiedy pan – poprawiłam się szybko – tu wszedł.
 Mężczyzna zmarszczył brwi, opuszczając dłoń. Rubinowa tęczówka przyglądała mi się z uwagą.
- Dlaczego zwracasz się do mnie per „pan”? Moja pozycja jest znacznie niższa od twojej, panienko Elizabeth – oznajmił, jakby był to najoczywistszy w świecie fakt.
- Jak to? – zapytałam. – Przecież ja nie…
- Chyba naprawdę nie wróciła panienka jeszcze do siebie – westchnął, nieznacznie kręcąc głową. – Lepiej żeby panicz Victor wszystko ci wyjaśnił.
- A nie może zrobić tego pa… nie możesz ty tego zrobić?
 Białowłosy uśmiechnął się krzywo, gorzko.
- Naprawdę lepiej będzie, jeśli to on wyjaśni ci wszystko osobiście.
- Ale…
- Przykro mi, panienko Elizabeth – skłonił przede mną głowę, czym bardzo mnie zdziwił. – A teraz, jeśli pozwolisz, zaprowadzę cię na podwieczorek.
- Podwieczorek? – powtórzyłam jak echo.
- Zgadza się. Dochodzi już godzina siedemnasta, więc zaraz będziemy podawać herbatę. Panicz Victor już czeka.
- No… dobrze – mruknęłam bez przekonania.
- W takim razie, proszę za mną.
 Niepewnie skinęłam głową, po czym ruszyłam za mężczyzną, który poprowadził mnie istnym labiryntem korytarzy. Posiadłość, w której się znajdowaliśmy była naprawdę bogato urządzona i… no cóż, całkiem spora. Gdybym była sama, niechybnie całkiem bym się w niej pogubiła, a gdybym miała w niej mieszkać, to zapewne nie trafiłabym sama nawet do łazienki.
- Mogę o coś zapytać? – odezwałam się w pewnej chwili, gdy mijaliśmy rząd portretów zdobiących jedną ze ścian.
- Ależ oczywiście, panienko.
- Do kogo należy ta posiadłość?
 Białowłosy posłał mi zdziwione spojrzenie.
- Oczywiście, że do ciebie, panienko.
- Do mnie? – niekontrolowanie podniosłam głos, niedowierzając jego słowom.
- Owszem. Cała posiadłość, jak również ogród należą do rodziny Kaylocków. Kiedy zajmiesz pozycję głowy rodziny, cały ten dobytek zostanie przepisany na ciebie.
- Ale ja… nazywam się Lockay… - zaprzeczyłam.
 Jednakże mężczyzna już mi nie odpowiedział, otwierając przede mną drzwi prowadzące, jak się okazało, do ogrodu.
- Tędy proszę – ruchem ręki wskazał na wyłożoną kolorowymi kamieniami ścieżkę. Na jej końcu znajdowała się altana, pięknie opleciona przez soczyście zielone pnącza bluszczu. W środku, przy niewielkim stoliku siedział już Victor. Dostrzegłszy mnie, uśmiechnął się delikatnie. Na ten widok moje serce, z niewiadomych dla mnie przyczyn, gwałtownie przyspieszyło swoją pracę.
 Białowłosy wyprzedził mnie szybko i odsunął dla mnie krzesło, po czym zajął się napełnianiem filiżanek parującą jeszcze herbatą.
- Dz-dziękuję – wydukałam, patrząc jak stawia przede mną porcelanowe naczynie, zdobione kwiatowym wzorem. Kiedy skończył, ukłonił się nisko i zniknął z mojego pola widzenia. Ponownie zostałam sam na sam z Victorem.
- Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej?
 Szmaragdowe oczy przepełnione były troską.
- Trochę – odparłam, opuszczając szybko wzrok na dłonie złożone na kolanach. – Chociaż…
- Tak? – zapytał zachęcająco.
- Czuję się zagubiona – wyznałam, podnosząc wzrok. – Nie mam pojęcia, co się dzieje. Odpowiesz na moje pytania? Ten białowłosy mężczyzna powiedział, że wszystko mi wyjaśnisz… To znaczy… Pan wyjaśni… Przepraszam za zuchwałość.
- Lizzy… - Blondyn uśmiechnął się smutno, sięgając po moją dłoń. Zdumiona patrzyłam jak gładzi palcami w rękawiczce moją skórę. Momentalnie poczułam, że moje policzki przybierają barwę dorodnego buraka.
- Wszystko ci wyjaśnię, obiecuję.
- Kiedy? – zapytałam, odczuwając rosnącą niecierpliwość.
- Jak tylko wypijemy herbatę, dobrze? – zapytał. – Masz wystarczająco sił na spacer?
- Jasne! To znaczy… oczywiście, proszę pana.
I znów ten sam, smutny uśmiech.
- Jeśli dalej będziesz się tak do mnie zwracać, to niczego ci nie wyjaśnię – zastrzegł, z gracją podnosząc filiżankę do ust.
- Ja… przepraszam. Poprawię się?
 Blondyn zaśmiał się, a dźwięk ten był tak miły dla mojego ucha, że moje serce ponownie przyspieszyło.
- Spokojnie, tylko żartowałem. A teraz, życzę ci smacznego – to mówiąc, wziął do dłoni srebrny widelczyk i zatopił go w kawałku ciasta, znajdującego się przed nim. Zaintrygowana spojrzałam na własny talerzyk.
- Ciasto czekoladowe?
- Twoje ulubione – tym razem uśmiech na twarzy mężczyzny był wesoły, ciepły.
- Skąd…
- Wszystkie odpowiedzi poznasz po podwieczorku – oznajmił Victor, unosząc swój widelec, jakby chciał mi nim pogrozić.
- No dobrze – westchnęłam zrezygnowana. Humor jednak szybko mi się poprawił, gdy poczułam w ustach słodki smak czekolady. Wciąż nie wiedziałam, czy to sen, czy nie, ale darmowe ciasto, to darmowe ciasto. 

piątek, 3 lipca 2015

Diabolik Lovers: Rozdział 24

Ha! A nie mówiłam, że nowy rozdział DiaLovers pojawi się w piątek? Nieważne, że tak naprawdę mamy już prawie sobotę... Cóż, krótko i na temat - po raz kolejny dziękuję wszystkim za komentarze oraz za to, że w ogóle czytacie moją "radosną twórczość". A przechodząc do rozdziału... Ayato postanowił coś sprawdzić... jednak wydarzenia potoczyły się inaczej, niż chciał. Natsuki wszystko widziała. Ale jak na to zareaguje? Co zrobi Ayato? Przekonajcie się sami!




Ciemność

 Ayato uderzył pięścią w futrynę drzwi. Nie wiedział, ile Natsuki widziała, ale i tak było to zdecydowanie za wiele. Nie chciał tego. Nie tak to powinno wyglądać. Przeczuwał, że teraz ich stosunki pogorszą się jeszcze bardziej i tym razem – całkowicie z jego winy. Zaklął w myślach. Że też musiał mu przyjść do głowy taki idiotyczny pomysł; że też się nie powstrzymał.
 Wbijał wzrok w miejsce, w którym jeszcze chwilę temu stała Natsuki. Odtworzył w głowie obraz jej oczu i tego dogłębnego szoku w nich. Cholera, teraz to na pewno ją wkurzył… a może i zranił.
 Wzdrygnął się, kiedy poczuł na plecach dotyk dłoni. Odwrócił głowę, spoglądając na blondynkę. Zupełnie zapomniał o jej obecności.
- Co, już koniec? To tyle? – zapytała. – Tylko dlatego, że tamta idiotka nas widziała? Czy nie o to ci właśnie chodziło?
- Bądź cicho.
- Myślałam, że może chcesz się na niej odegrać – kontynuowała niezrażona. – W końcu ona wiecznie kręci się koło innych chłopaków.
 Ayato zacisnął szczęki.
- Zamknij się.
- Ostatnio nawet startuje do idola. Czy ona myśli, że ma u niego szansę? Wiesz, jeśli chcesz znać moje zdanie…
Kogo obchodzi twoje zdanie?
- … to właśnie ona jest tu największą dziwką.
 Tego było już za wiele. Fala wściekłości zalała umysł Ayato. Gwałtownie odepchnął od siebie Yuri.
- Zamknij się, powiedziałem!
 Jednak tamta nie dawała za wygraną. Jej usta wygięły się w ironicznym uśmieszku.
- Ooo, czyżbyś jej bronił? Lepiej się zastanów czy warto. W tej szkole jest o wiele więcej nadających się dla ciebie dziewczyn. Na przykład…
- Zejdź mi z oczu… WYNOŚ SIĘ! – warknął Ayato, a jego tęczówki momentalnie przybrały jaskrawoczerwoną barwę. Yuri dopiero teraz zdawała się pojąć, że chłopak mówi zupełnie poważnie. I dopiero teraz naprawdę się wystraszyła. Nagle jakby skuliła się w sobie i czym prędzej opuściła pomieszczenie, zostawiając wreszcie w spokoju wściekłego wampira.

 Wracałam właśnie z sali muzycznej, kiedy moją uwagę przykuły odgłosy dobiegające ze składziku sprzątaczek. Zdziwiłam się, bo z tego co wiedziałam, to sprzątaczki pracowały w szkole na dzienną zmianę. W dodatku, zrodziły się we mnie niezrozumiałe dla mnie, złe przeczucia. Cofnęłam się więc do otwartych drzwi i wstrzymałam powietrze.
 Moim oczom ukazała się całująca się w środku para. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w półmroku, rozpoznałam obie osoby. Yuri i Ayato.
Moje serce jakby na chwilę się zatrzymało, po czym ruszyło pełną parą. Jego ogłuszające bicie dudniło mi w uszach. Nie byłam w stanie wydusić z siebie słowa. Po prostu stałam i wpatrywałam się w rozgrywającą się na moich oczach scenkę z rosnącym niedowierzaniem.
 W tej chwili Yuri pochwyciła moje spojrzenia i uśmiechnęła się tryumfująco. Zerkając na mnie, przesunęła dłońmi po torsie Ayato i najzwyczajniej w świecie zaczęła rozpinać guziki jego koszuli. Torba zsunęła się bezwładnie z mojego ramienia, uderzając w podłogę.
 Najwyraźniej dopiero ten dźwięk dotarł do Ayato, gdyż odwrócił się zaskoczony w moją stronę.
- Natsu- zaczął, ale nie dałam mu skończyć. Nie chciałam go słuchać. Nie chciałam wiedzieć, co ma mi do powiedzenia. Podniosłam torbę z podłogi i ruszyłam w stronę, z której przyszłam. Najpierw po prostu szłam szybko, później puściłam się biegiem. Znowu zbierało mi się na płacz, ale dzielnie walczyłam ze łzami.
Nie chcę płakać. Nie mogę płakać. Na pewno nie tu.
 Omijałam uczniów na swojej drodze niczym w szalonym slalomie. Rozpychałam się łokciami, parłam do wyjścia. Wiedziałam, że jeszcze chwila i wybuchnę płaczem, robiąc z siebie widowisko na oczach całej szkoły.
 Przedzierając się tak do wyjścia, zderzyłam się z kimś.
- Przepraszam – bąknęłam pod nosem i spróbowałam wyminąć żywą przeszkodę, jednak poczułam uścisk na ramionach. Spojrzałam w górę, wprost w niebieskie tęczówki Shuu.
- Gdzie się tak spieszysz? – zapytał, unosząc jedną brew.
- Ja… muszę stąd wyjść… szybko – wykrztusiłam, błądząc wzrokiem po korytarzu. -  Możesz mnie puścić…?
 Blondyn westchnął, złapał mnie za nadgarstek i pociągnął za sobą do wyjścia. Przy głównych drzwiach natknęliśmy się na Subaru, który spojrzał na nas pytająco. Shuu jedynie pokręcił głową, więc białowłosy ruszył za nami.
 Na zewnątrz opadłam na kamienne stopnie, prowadzące do głównego budynku, a chłopcy usiedli po obu moich stronach.
- To niepodobne do ciebie, wybiegać tak ze szkoły tuż przed rozpoczęciem lekcji – oznajmił Shuu, przyglądając mi się z niejakim zaciekawieniem.
- Coś się stało? – dodał Subaru.
Splotłam dłonie na kolanach, wpatrując się w nie intensywnie, jakby naprawdę zasługiwały na tyle uwagi.
- Ja… widziałam jak Ayato i Yuri się całują… - wyznałam. – I to chyba trochę mnie… zaszokowało…
- Co Ayato zrobił? – spytał z niedowierzaniem Subaru. – I z kim?
- I znowu płaczesz – westchnął Shuu.
- Huh? Przecież ja wcale nie… - dotknęłam opuszkami palców swoich policzków. Shuu miał rację. Płakałam. – Dziwne… - mruknęłam, po czym na dobre wybuchłam płaczem. Znowu. Byłam na siebie wściekła.
Czemu muszę być taka słaba?
- H-hej, spokojnie – odezwał się cicho Subaru, kładąc dłoń na mojej głowie. – Nie martw się…
 Shuu natomiast bez słowa pogładził mnie po plecach nadzwyczaj opiekuńczym gestem. Pociągając nosem, przytuliłam się do blondyna.
- Ej, co ty… - Shuu spojrzał na mnie z góry, zaskoczony.
- Nienawidzę go – burknęłam. – Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę. Tak bardzo chcę go nienawidzić, a jednak…
Nie potrafię.
- Same z wami problemy – westchnął ponownie Shuu, poklepując mnie po głowie, podczas, gdy Subaru starał się pocieszyć mnie słownie. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się po nich takiego zachowania, ale dobrze było mi się przy nich wypłakać. Dzięki nim poczułam się lepiej.

 Mijały kolejne dni, a wraz z nimi powiększała się przepaść w mojej relacji z Ayato. Wciąż się do siebie nie odzywaliśmy i tym razem było mi to na rękę, bo teraz to ja nie chciałam z nim rozmawiać. Byłam na niego wściekła i starałam się od niego jak najbardziej odciąć. Cierpiał na tym jednak mój organizm, gdyż co noc źle sypiałam – albo dręczyły mnie koszmary, albo po prostu rzucałam się po łóżku, mając problemy z zaśnięciem. Oczywiście, nikomu nie przyznałabym się do tego, że także moja psychika nie miała się ostatnimi czasy najlepiej.
 Usilnie starałam się jak najmniej czasu spędzać w towarzystwie Ayato. Posunęłam się nawet do tego, że zmieniłam swoje miejsce przy stole w jadalni, w limuzynie oraz w klasie podczas zajęć. Wszystkie przerwy spędzałam w towarzystwie pozostałych braci lub Kou. Czasami towarzyszył nam także Ruki, chociaż za każdym razem dziwnie się przy nim czułam, a jego uśmiech przyprawiał mnie o dreszcze. Byłam jednak gotowa na niemal wszystko, byle tylko pozbyć się Ayato z mojego umysłu. Niestety, było to trudne…
 Wszystko układała się według mojego planu aż do pewnego dnia. Wróciliśmy właśnie z zajęć i wysiadaliśmy z limuzyny przed rezydencją. Ayato, który siedział przy oknie wysiadł jako pierwszy i teraz czekał na zewnątrz. Zdziwiło mnie to, ponieważ ostatnio zawsze zaraz po wyjściu z samochodu mknął samotnie do domu. Postanowiłam go jednak zignorować. Chciałam go minąć, ale złapał mnie za ramię. Odruchowo cała się spięłam. Próbowałam wyrwać rękę. Zacisnął jedynie mocniej palce.
- Zaczekaj – powiedział.
- Czego chcesz? – szarpnęłam się ponownie, spoglądając na niego spode łba.
- Porozmawiać – odparł krótko.
- A niby o czym? O twoim fascynującym związku z pustą blondynką? Nie, dziękuję. Nie mam ochoty z tobą o tym, ani o niczym innym gadać.
 Jego palce wciąż oplatały moje ramię, a zielone oczy wpatrywały się w moją twarz. Odwróciłam głowę, aby uniknąć kontaktu wzrokowego.
- Wszystko jasne? Świetnie, to teraz puszczaj i zostaw mnie w spokoju, bo nie chcę cię widzieć! – ostatnie słowa wykrzyczałam. Gdy poczułam, że jego uścisk słabnie wyrwałam mu się i oddaliłam pospiesznie. Poczułam bolesne ukłucie w klatce piersiowej, gdyż wypowiadane przeze mnie słowa nie były prawdziwe.

 Ayato zaczynał mieć dość tej ukrytej za powłoką ciszy napiętej atmosfery między nim i Natsuki. Niemal boleśnie odczuwał jak dziewczyna coraz bardziej się od niego odsuwa. Ignorowała go, unikała kontaktu wzrokowego, pokazywała twarz wypraną z emocji. Stosowała jego taktykę. Sam nie rozumiał czemu, ale nie potrafił dopuścić do siebie myśli, że mogłoby tak pozostać na zawsze. Pragnął z nią kontaktu zarówno psychicznego jak i fizycznego.
Czy jeśli to uzależnienie, to można je wyleczyć?, chodziło wampirowi po głowie.
Wreszcie, Ayato miał dość. Musiał z nią porozmawiać.
 Jako pierwszy wysiadł z samochodu i zaczekał, aż Natsuki zrobi to samo. Dziewczyna chciała go zignorować i przemknąć obok niego niezauważona, ale nie miał zamiaru na to pozwolić. Chwycił ją za ramię, zatrzymując w miejscu. Próbowała mu się wyrwać, ale nie miała z nim szans pod względem siły.
 Krótka wymiana zdań, do jakiej między nimi doszło, niemal wstrząsnęła wampirem. Wiedział, że Natsuki będzie zła. Był na to przygotowany. Ale nie spodziewał się, że będzie aż tak zła. Jeszcze nigdy nie widział u niej takiego spojrzenia, nigdy nie słyszał takiego chłodu w głosie. No tak, pewnie mu się należało.
 Ayato był przyzwyczajony do drobnych sprzeczek, jakie często im się zdarzały i które, szczerze mówiąc, go bawiły. Można spokojnie powiedzieć, że lubił się z nią drażnić, a czasami także posprzeczać. Było to ciekawe doświadczenie, sprawdzanie, kto wygra pojedynek na słowa.
 Tym razem jednak nie miał żadnej odpowiedzi na to, co usłyszał. Jasne było, że Natsuki źle interpretowała to, co zobaczyła. Ale ona nie miała o tym pojęcia, a on nie wiedział jak jej to wyjaśnić. Chciał z nią porozmawiać, to prawda… Jednakże nie przemyślał tego wcześniej.
 Natsuki uparcie unikała kontaktu wzrokowego. Błądziła spojrzeniem wszędzie, byleby nie patrzeć mu w oczy. Słysząc jej ostatnie słowa, Ayato poczuł jakby jego ramiona przygniótł jakiś niewidzialny ciężar. Nie chciał tego robić, nie chciał jej puszczać, ale nie widział innego wyjścia. Skoro już i tak była na niego wściekła… Niechętnie poluzował uścisk i pozwolił jej odejść. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że za niedługo bardzo tego pożałuje.


 Następnego dnia poprosiłam Subaru, aby przekazał reszcie, że wrócę do domu później, sama. Białowłosy wahał się przez chwilę, ale uspokoiłam go, mówiąc, że mam zamiar przejść się jedynie do kościoła. I było to prawdą.
 Po skończonych zajęciach opuściłam samotnie szkołę i udałam się do katolickiego kościoła znajdującego się zaledwie ulicę dalej. Chciałam w spokoju przemyśleć sobie kilka spraw, a wiedziałam z doświadczenia, że kościół jest do tego idealnym miejscem.
 Pchnęłam ciężkie, drewniane drzwi. Moje kroki odbijały się echem od ścian pogrążonego w kompletnej ciszy budynku. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach kadzidła wymieszany z wonią świeżych kwiatów, a jedynymi źródłami światła były świece stojące przy ołtarzu oraz delikatny blask księżyca, przedostający się przez wymyślne witraże.
 Wsunęłam się do pierwszej od ołtarza ławki, aby znaleźć się blisko światła świec. Uklękłam, wykonałam dłonią znak krzyża, po czym oplatając palcami krzyżyk wiszący na mojej szyi, odmówiłam krótką modlitwę. Pomimo tego, co niejednokrotnie mówili mi bracia Sakamaki, zaprzeczając istnieniu Boga, ja wciąż w Niego wierzyłam. Tak zostałam wychowana i nie miałam zamiaru odwracać się teraz od swojej religii.
 Podniosłam wzrok na misternie wykonane witraże znajdujące się wysoko nad ołtarzem. Przedstawione na nich anioły wydawały się być dziwnie majestatyczne na tle nocy.
 Westchnęłam cicho, czując nagłą tęsknotę za domem, w którym się wychowałam oraz za swoim ojcem. Albo raczej za mężczyzną, który się za niego podawał.
 Nagle poczułam, że coś jest nie tak. Spięłam się, czując na sobie czyjś wzrok. Nie było to za przyjemne uczucie, zważając na miejsce i czas. A także to, że jeszcze chwilę temu byłam tu całkiem sama.
- Ktoś tu jest? – zapytałam zduszonym głosem, zaciskając mocniej palce na naszyjniku, zupełnie tak, jakby ten mógł mnie w jakiś sposób ochronić.
Niespodziewanie, czyjś oddech owionął moją szyję, na której od razu pojawiła się gęsia skórka.
Nie zdążyłam ani się obejrzeć, ani wrzasnąć, gdy do moich ust został przyłożony materiał przesiąknięty odurzającym zapachem.
- Grzeczne dziewczynki powinny już spać – usłyszałam jeszcze znajomy szept przy uchu, po czym jakby posłuszna tym słowom, pozwoliłam, by ogarnęła mnie kompletna ciemność.

czwartek, 2 lipca 2015

Zakochany Demon: Rozdział 2

 Zakochny Demon zajął drugie miejsce w ankiecie, więc oto i jego nowy, drugi rozdział. Sytry, Camio i Dantalion ponownie ubiegają się o posadę zastępcy Lucyfera, a decydujące zdanie na ten temat ma mieć Willa Twining, potomkini Salomona oraz dziewczyna, którą interesuje się Sytry, w jednym. Przekonajcie się sami, jak dalej potoczą się ich losy ^^
P.S.: Będę się teraz brała za kolejny rozdział DiaLovers, więc myślę, że możecie spodziewać się go jutro wieczorem :3 Jeśli coś z jakichś przyczyn się opóźni, to z góry przepraszam.






- Znowu się tu spotykamy, co? – mruknął Dantalion, spoglądając na stojących przed nim Camio oraz Sytry.
- Niestety – Sytry westchnął ciężko, poprawiając rękawy swojej marynarki. – Ale trzeba przyznać, że niewiele się tu zmieniło. Nawet mundurki wyglądają prawie tak samo.
- Jedyną znaczącą zmianą jest fakt, że teraz jest to szkoła mieszana – dodał Camio.
- Racja – przytaknął niebieskooki demon. – Tym razem też będziesz ubiegał się o pozycję przewodniczącego szkoły?
- Chyba tak.
- A ty znowu będziesz robił za najpopularniejszego dzieciaka? – Dantalion uśmiechnął się, mierząc Sytry wzrokiem. Doskonale wiedział, że tamten z łatwością potrafiłby oczarować większość szkoły.
- A ty za osiłka z klubu sportowego? – odgryzł się Sytry, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
- Ta… chwila. Jak mnie nazwałeś?
- Nie zaczynajcie znowu – wtrącił się szybko Camio, mając dość sprzeczek tych dwóch demonów na przestrzeni dziejów.
 W tej chwili gwar na terenie szkoły został przerwany przez dzwonek, wzywający uczniów na pierwszą lekcję. Trójka demonów spojrzała po sobie, po czym zgodnie przekroczyła szkolne progi.

- W dzisiejszym dniu, do naszej klasy dołączy trójka nowych uczniów – oznajmił wychowawca, stając przed rzędami ławek. – Przywitajcie Dantaliona Hubera, Nathana Caxtona oraz Sytry Cartwright. Mam nadzieję, że szybko się tu odnajdziecie, chłopcy.
 Słysząc ostatnie nazwisko, pogrążona do tej pory w lekturze Willa gwałtownie poderwała głowę. Otworzyła szerzej oczy, gdy zorientowała się, że jednym z nowych uczniów rzeczywiście jest niebieskooki chłopak, którego spotkała zaledwie kilka dni wcześniej. Uśmiechnęła się lekko, kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały.
A myślałam, że nigdy się już nie spotkamy…

 Ze względu na przyjemną pogodę, uczniowie publicznej szkoły z internatem w Stratford spędzali przerwy między zajęciami na zewnątrz, na rozległym terenie wokół budynku. Jednak nikt spośród normalnych uczniów nie zdawał sobie sprawy, że wśród nich znajduje się trójka demonów.
- Dobra, chyba coś jest ze mną nie tak – oznajmił Dantalion, zerkając podejrzliwie na uczniów, którzy ich mijali.
- I dopiero teraz się zorientowałeś? – zapytał sarkastycznie Sytry, zajadający się ciasteczkami z trzymanego na kolanach pudełka.
- Sytry, proszę… - upomniał go Camio, czy też raczej Nathan Caxton, poprawiając okulary.
 Dantalion dla odmiany jedynie zgromił wzrokiem swojego niebieskookiego towarzysza, po czym wrócił do uważnego rozglądania się.
- Mówię serio. Waszym zdaniem, w żyłach którego z tych dzieciaków płynie krew Salomona?
 Sytry nagle podniósł się ze swojego miejsca, odkładając na bok pudełko ze słodkościami.
- Rusz głową. Willa Twining. Blondynka, która właśnie idzie w naszą stronę.
 Niebieskooki demon miał rację. Willa Twining, ta sama, którą udało mu się wreszcie niedawno spotkać, ta sama o której tyle myślał i ta sama, która miała wybrać zastępcę Lucyfera, zmierzała w ich stronę z delikatnym uśmiechem na ustach.
- Co? – Dantalion obejrzał się za siebie z niedowierzaniem. – Dziewczyna?! Mówisz serio?
- Hej, chłopcy – przywitała się blondynka, po czym utkwiła spojrzenie swoich zielonych oczu w Sytry. – Nie myślałam, że spotkamy się w takim miejscu.
 Sytry zorientował się, że sam również, mimowolnie się uśmiecha.
- Szczerze mówiąc, to ja też – przyznał. Przecież w chwili, gdy ją spotkał, nie wiedział, że po raz kolejny w swoim życiu będzie mu dane uczęszczać do tej szkoły, pod przykrywką zwykłego ucznia.
- To wy się znacie? – Dantalion nie krył zdziwienia.
- Tak, wpadliśmy ostatnio na siebie na mieście – potwierdziła Willa, przenosząc wzrok na czarnowłosego. – Dantalion, tak? Miło poznać. Jestem Willa Twining.
- Ta-ak, wzajemnie – odparł demon, pocierając dłonią kark i zerkając podejrzliwie na Sytry.
- A ty musisz być Nathan.
- Zgadza się – Camio skłonił lekko głowę. – Przyjemność po mojej stronie.
 Blondynka zaśmiała się cicho, splatając dłonie za plecami.
- Zachowanie godne dżentelmena, Nathanie.
Kąciki ust demona uniosły się w delikatnym uśmiechu. Tymczasem grupka dziewczyn przechodząca obok zachichotała głośno.
- Hej, Willa, już wyrywasz nowych? – zawołała jedna z nich. – Zostaw coś dla innych!
Zielonooka zerknęła na nie ze spokojem.
- Bardzo śmieszne, dziewczyny. Czy nie macie przypadkiem zaraz testu z angielskiego? Lepiej powtórzcie sobie materiał.
 Sytry przyglądał się dziewczynie, zaciekawiony. Zastanawiał się, do którego swego przodka będzie ona bardziej podobna. Do Williama, czy też może do samego Salomona?
- A właśnie, Sytry – blondynka odwróciła się na powrót do chłopaków. – Tak jak mówiłam wcześniej, twoje imię jest bardzo ciekawe i uważam, że naprawdę pasuje do wysoko postawionego demona.
 Camio, Dantalion i sam Sytry wbili w dziewczynę jednakowe, zszokowane spojrzenia. Czy to możliwe, żeby już ich przejrzała? Ale jakim cudem? Czyżby zachowała jednak jakieś wspomnienia swoich przodków? A jeśli tak, to…
- Co to za miny? – Willa uniosła w zdziwieniu brwi. – Takie rzeczy można wyczytać w Internecie. Ale jeśli cię tym uraziłam, to przepraszam, nie miałam takiego zamiaru. Demony wymieniły spojrzenia, niepewne czy mogą odetchnąć z ulgą czy raczej westchnąć z rozczarowania.
- Nic nie szkodzi – odparł szybko Sytry. – Zdziwiłem się po prostu, że wiesz coś na temat mojego imienia.
- Wybacz, trochę mnie zaciekawiło, bo z czymś mi się kojarzyło, więc postanowiłam to sprawdzić.
- Wiesz, tak właściwie to… - zaczął Dantalion, ale nie skończył, gdyż niebieskooki demon wbił mu łokieć między żebra. Czarnowłosy posłał mu mordercze spojrzenie.
- Wybacz, Dantalion lubi gadać głupoty, więc wolałem uniknąć tego chociaż tym razem – powiedział Sytry, uśmiechając się niewinnie do blondynki.
- Och, w porządku… W każdym razie, jako, że pełnię rolę przewodniczącej naszej klasy, to chciałam wam przekazać, że możecie zgłaszać się do mnie z ewentualnymi problemami i pytaniami. Jeśli będziecie chcieli, mogę też oprowadzić was po szkole lub coś o niej opowiedzieć.
- Na razie podziękujemy – odparł Camio. – Byliśmy już tu kiedyś, więc powinniśmy sobie dać radę. Ale jeśli będziemy czegoś potrzebowali, to na pewno się do ciebie zgłosimy.
- To świetnie – blondynka uśmiechnęła się szeroko. – Mam nadzieję, że na coś się wam przydam.
- Tak w zasadzie to ja mam jedną… Przestaniesz, do cholery, dźgać mnie tym łokciem?! – wrzasnął Dantalion, mierząc wzrokiem niższego demona.
- Wyrażaj się – westchnął Camio.
- Coś czuję, że będzie to ciekawy semestr – stwierdziła Willa, obserwując trójkę chłopaków z rozbawieniem. – No nic, to do zobaczenia na następnych zajęciach! – zawołała jeszcze na odchodnym.
 Dantalion zaczekał, aż zniknęła im z pola widzenia, po czym odwrócił się wściekły w stronę Sytry.
- Co ty odwalasz?!
- Ja? – żachnął się niebieskooki. – Nic.
- Właśnie widzę. Jak jej nie powiemy, kim jesteśmy, to żadnego z nas nie wybierze!
- Uspokój się – Sytry ponownie opadł na ławkę i sięgnął po pudełko ciasteczek. – Wszystko w swoim czasie. Najpierw wypadałoby jej powiedzieć, o co w ogóle chodzi.
- I jak myślisz, kiedy będzie „ten czas”? Chyba im szybciej tym lepiej.
- Myślę, że Sytry może mieć rację – odezwał się Camio. – Lepiej działać bez pośpiechu.
- Ale…
- Pamiętasz jak William zareagował? Jeśli się w niego wdała to możesz spodziewać się tego samego – zapewnił Sytry.
- Lepiej najpierw zdobyć jej zaufanie – oznajmił Camio.
- Niech wam będzie… - czarnowłosy demon westchnął, zrezygnowany. – A tak właściwie, to po kiego trzymamy się razem?
 Sytry przerwał przeżuwanie ciastka, spoglądając na swoich towarzyszy.
- Faktycznie… Zmywam się stąd – rzucił na pożegnanie i odszedł w tylko sobie znanym kierunku.


 Willa oparła podbródek na dłoni, walcząc z ogarniającą ją sennością. Jej myśli ponownie mknęły w kierunku Sytry. Coś ją w nim fascynowało, ale nie wiedziała co. Na pewno uważała, że ma nietypową urodę – szczególnie kolor włosów. Na pierwszy rzut oka wydawały się białe, lecz po bliższym przyjrzeniu się, Willa odkryła, że ich odcień przypomina raczej srebro pomieszane z błękitem. I te jego śliczne, błyszczące, niebieskie oczy…
Nagle blondynka poczuła, że ktoś szturcha ją w ramię. Otrząsnęła się szybko z myśli poświęconych Sytry, spoglądając na swoją rudowłosą przyjaciółkę.
- Hej, znowu odleciałaś? – szepnęła tamta do niej, uświadamiając jej, że lekcja religii już się skończyła.
- Wybacz? – Willa posłała rudowłosej przepraszający uśmiech, podnosząc się z kościelnej ławki.
- Naprawdę nie rozumiem, czemu akurat na tej lekcji prawie nigdy nie uważasz.
 Młoda Twining uśmiechnęła się krzywo.
- Wiesz, jakie jest moje podejście do religii… To, czego nie można naukowo udowodnić…
- … nie ma prawa istnieć – dokończyła za nią przyjaciółka, wzdychając przy tym ciężko. – Twoi rodzice chyba trochę przesadzili, gdy cię wychowywali… Mogłabyś czasami porzucić ten sposób myślenia geniusza.
- Nie jestem geniuszem – burknęła blondynka, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
- Nieee… przeważnie tylko zdobywasz najwięcej punktów na egzaminach i masz jedną z najlepszych średnich w szkole…
- Jedną z najlepszych, a nie najlepszą. Sama widzisz.
- Dziewczyno… ja cię proszę.
- O co? – spytała niewinnie blondynka.
- Już ty wiesz, o co. A właśnie, pouczymy się razem do testu z biologii? Mam mały problem z genetyką…
- Nie ma sprawy, Isabelle – Willa objęła przyjaciółkę ramieniem. – Chętnie ci pomogę.
- Jesteś kochana~.
- Wiem~.
 Dziewczyny spojrzały po sobie po czym wybuchły głośnym śmiechem. Nie bez powodu się przyjaźniły. Chociaż różniły się charakterami, poglądami, czy też szkolnymi ocenami, potrafiły rozumieć się bez słów i świetnie się ze sobą dogadywały.
- Willa! – usłyszały nagle krzyk za swoimi plecami.
 Podbiegła do nich zdyszana koleżanka z klasy. Wyglądała na , lekko mówiąc, przerażoną.
- Co się stało? – zapytała zaniepokojona Willa.
- Mamy… problem… - powiedziała tamta, biorąc łapczywe wdechy.
- Jaki?
- Pamiętasz, jak chłopcy z naszej klasy gadali o wzywaniu demonów?
- Tak… - blondynka zmarszczyła brwi. – Pomysł godny małych dzieci. Co w związku z tym?
- No więc… zrobili to. Wezwali demona.