Ariana | Blogger | X X

czwartek, 2 lipca 2015

Zakochany Demon: Rozdział 2

 Zakochny Demon zajął drugie miejsce w ankiecie, więc oto i jego nowy, drugi rozdział. Sytry, Camio i Dantalion ponownie ubiegają się o posadę zastępcy Lucyfera, a decydujące zdanie na ten temat ma mieć Willa Twining, potomkini Salomona oraz dziewczyna, którą interesuje się Sytry, w jednym. Przekonajcie się sami, jak dalej potoczą się ich losy ^^
P.S.: Będę się teraz brała za kolejny rozdział DiaLovers, więc myślę, że możecie spodziewać się go jutro wieczorem :3 Jeśli coś z jakichś przyczyn się opóźni, to z góry przepraszam.






- Znowu się tu spotykamy, co? – mruknął Dantalion, spoglądając na stojących przed nim Camio oraz Sytry.
- Niestety – Sytry westchnął ciężko, poprawiając rękawy swojej marynarki. – Ale trzeba przyznać, że niewiele się tu zmieniło. Nawet mundurki wyglądają prawie tak samo.
- Jedyną znaczącą zmianą jest fakt, że teraz jest to szkoła mieszana – dodał Camio.
- Racja – przytaknął niebieskooki demon. – Tym razem też będziesz ubiegał się o pozycję przewodniczącego szkoły?
- Chyba tak.
- A ty znowu będziesz robił za najpopularniejszego dzieciaka? – Dantalion uśmiechnął się, mierząc Sytry wzrokiem. Doskonale wiedział, że tamten z łatwością potrafiłby oczarować większość szkoły.
- A ty za osiłka z klubu sportowego? – odgryzł się Sytry, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
- Ta… chwila. Jak mnie nazwałeś?
- Nie zaczynajcie znowu – wtrącił się szybko Camio, mając dość sprzeczek tych dwóch demonów na przestrzeni dziejów.
 W tej chwili gwar na terenie szkoły został przerwany przez dzwonek, wzywający uczniów na pierwszą lekcję. Trójka demonów spojrzała po sobie, po czym zgodnie przekroczyła szkolne progi.

- W dzisiejszym dniu, do naszej klasy dołączy trójka nowych uczniów – oznajmił wychowawca, stając przed rzędami ławek. – Przywitajcie Dantaliona Hubera, Nathana Caxtona oraz Sytry Cartwright. Mam nadzieję, że szybko się tu odnajdziecie, chłopcy.
 Słysząc ostatnie nazwisko, pogrążona do tej pory w lekturze Willa gwałtownie poderwała głowę. Otworzyła szerzej oczy, gdy zorientowała się, że jednym z nowych uczniów rzeczywiście jest niebieskooki chłopak, którego spotkała zaledwie kilka dni wcześniej. Uśmiechnęła się lekko, kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały.
A myślałam, że nigdy się już nie spotkamy…

 Ze względu na przyjemną pogodę, uczniowie publicznej szkoły z internatem w Stratford spędzali przerwy między zajęciami na zewnątrz, na rozległym terenie wokół budynku. Jednak nikt spośród normalnych uczniów nie zdawał sobie sprawy, że wśród nich znajduje się trójka demonów.
- Dobra, chyba coś jest ze mną nie tak – oznajmił Dantalion, zerkając podejrzliwie na uczniów, którzy ich mijali.
- I dopiero teraz się zorientowałeś? – zapytał sarkastycznie Sytry, zajadający się ciasteczkami z trzymanego na kolanach pudełka.
- Sytry, proszę… - upomniał go Camio, czy też raczej Nathan Caxton, poprawiając okulary.
 Dantalion dla odmiany jedynie zgromił wzrokiem swojego niebieskookiego towarzysza, po czym wrócił do uważnego rozglądania się.
- Mówię serio. Waszym zdaniem, w żyłach którego z tych dzieciaków płynie krew Salomona?
 Sytry nagle podniósł się ze swojego miejsca, odkładając na bok pudełko ze słodkościami.
- Rusz głową. Willa Twining. Blondynka, która właśnie idzie w naszą stronę.
 Niebieskooki demon miał rację. Willa Twining, ta sama, którą udało mu się wreszcie niedawno spotkać, ta sama o której tyle myślał i ta sama, która miała wybrać zastępcę Lucyfera, zmierzała w ich stronę z delikatnym uśmiechem na ustach.
- Co? – Dantalion obejrzał się za siebie z niedowierzaniem. – Dziewczyna?! Mówisz serio?
- Hej, chłopcy – przywitała się blondynka, po czym utkwiła spojrzenie swoich zielonych oczu w Sytry. – Nie myślałam, że spotkamy się w takim miejscu.
 Sytry zorientował się, że sam również, mimowolnie się uśmiecha.
- Szczerze mówiąc, to ja też – przyznał. Przecież w chwili, gdy ją spotkał, nie wiedział, że po raz kolejny w swoim życiu będzie mu dane uczęszczać do tej szkoły, pod przykrywką zwykłego ucznia.
- To wy się znacie? – Dantalion nie krył zdziwienia.
- Tak, wpadliśmy ostatnio na siebie na mieście – potwierdziła Willa, przenosząc wzrok na czarnowłosego. – Dantalion, tak? Miło poznać. Jestem Willa Twining.
- Ta-ak, wzajemnie – odparł demon, pocierając dłonią kark i zerkając podejrzliwie na Sytry.
- A ty musisz być Nathan.
- Zgadza się – Camio skłonił lekko głowę. – Przyjemność po mojej stronie.
 Blondynka zaśmiała się cicho, splatając dłonie za plecami.
- Zachowanie godne dżentelmena, Nathanie.
Kąciki ust demona uniosły się w delikatnym uśmiechu. Tymczasem grupka dziewczyn przechodząca obok zachichotała głośno.
- Hej, Willa, już wyrywasz nowych? – zawołała jedna z nich. – Zostaw coś dla innych!
Zielonooka zerknęła na nie ze spokojem.
- Bardzo śmieszne, dziewczyny. Czy nie macie przypadkiem zaraz testu z angielskiego? Lepiej powtórzcie sobie materiał.
 Sytry przyglądał się dziewczynie, zaciekawiony. Zastanawiał się, do którego swego przodka będzie ona bardziej podobna. Do Williama, czy też może do samego Salomona?
- A właśnie, Sytry – blondynka odwróciła się na powrót do chłopaków. – Tak jak mówiłam wcześniej, twoje imię jest bardzo ciekawe i uważam, że naprawdę pasuje do wysoko postawionego demona.
 Camio, Dantalion i sam Sytry wbili w dziewczynę jednakowe, zszokowane spojrzenia. Czy to możliwe, żeby już ich przejrzała? Ale jakim cudem? Czyżby zachowała jednak jakieś wspomnienia swoich przodków? A jeśli tak, to…
- Co to za miny? – Willa uniosła w zdziwieniu brwi. – Takie rzeczy można wyczytać w Internecie. Ale jeśli cię tym uraziłam, to przepraszam, nie miałam takiego zamiaru. Demony wymieniły spojrzenia, niepewne czy mogą odetchnąć z ulgą czy raczej westchnąć z rozczarowania.
- Nic nie szkodzi – odparł szybko Sytry. – Zdziwiłem się po prostu, że wiesz coś na temat mojego imienia.
- Wybacz, trochę mnie zaciekawiło, bo z czymś mi się kojarzyło, więc postanowiłam to sprawdzić.
- Wiesz, tak właściwie to… - zaczął Dantalion, ale nie skończył, gdyż niebieskooki demon wbił mu łokieć między żebra. Czarnowłosy posłał mu mordercze spojrzenie.
- Wybacz, Dantalion lubi gadać głupoty, więc wolałem uniknąć tego chociaż tym razem – powiedział Sytry, uśmiechając się niewinnie do blondynki.
- Och, w porządku… W każdym razie, jako, że pełnię rolę przewodniczącej naszej klasy, to chciałam wam przekazać, że możecie zgłaszać się do mnie z ewentualnymi problemami i pytaniami. Jeśli będziecie chcieli, mogę też oprowadzić was po szkole lub coś o niej opowiedzieć.
- Na razie podziękujemy – odparł Camio. – Byliśmy już tu kiedyś, więc powinniśmy sobie dać radę. Ale jeśli będziemy czegoś potrzebowali, to na pewno się do ciebie zgłosimy.
- To świetnie – blondynka uśmiechnęła się szeroko. – Mam nadzieję, że na coś się wam przydam.
- Tak w zasadzie to ja mam jedną… Przestaniesz, do cholery, dźgać mnie tym łokciem?! – wrzasnął Dantalion, mierząc wzrokiem niższego demona.
- Wyrażaj się – westchnął Camio.
- Coś czuję, że będzie to ciekawy semestr – stwierdziła Willa, obserwując trójkę chłopaków z rozbawieniem. – No nic, to do zobaczenia na następnych zajęciach! – zawołała jeszcze na odchodnym.
 Dantalion zaczekał, aż zniknęła im z pola widzenia, po czym odwrócił się wściekły w stronę Sytry.
- Co ty odwalasz?!
- Ja? – żachnął się niebieskooki. – Nic.
- Właśnie widzę. Jak jej nie powiemy, kim jesteśmy, to żadnego z nas nie wybierze!
- Uspokój się – Sytry ponownie opadł na ławkę i sięgnął po pudełko ciasteczek. – Wszystko w swoim czasie. Najpierw wypadałoby jej powiedzieć, o co w ogóle chodzi.
- I jak myślisz, kiedy będzie „ten czas”? Chyba im szybciej tym lepiej.
- Myślę, że Sytry może mieć rację – odezwał się Camio. – Lepiej działać bez pośpiechu.
- Ale…
- Pamiętasz jak William zareagował? Jeśli się w niego wdała to możesz spodziewać się tego samego – zapewnił Sytry.
- Lepiej najpierw zdobyć jej zaufanie – oznajmił Camio.
- Niech wam będzie… - czarnowłosy demon westchnął, zrezygnowany. – A tak właściwie, to po kiego trzymamy się razem?
 Sytry przerwał przeżuwanie ciastka, spoglądając na swoich towarzyszy.
- Faktycznie… Zmywam się stąd – rzucił na pożegnanie i odszedł w tylko sobie znanym kierunku.


 Willa oparła podbródek na dłoni, walcząc z ogarniającą ją sennością. Jej myśli ponownie mknęły w kierunku Sytry. Coś ją w nim fascynowało, ale nie wiedziała co. Na pewno uważała, że ma nietypową urodę – szczególnie kolor włosów. Na pierwszy rzut oka wydawały się białe, lecz po bliższym przyjrzeniu się, Willa odkryła, że ich odcień przypomina raczej srebro pomieszane z błękitem. I te jego śliczne, błyszczące, niebieskie oczy…
Nagle blondynka poczuła, że ktoś szturcha ją w ramię. Otrząsnęła się szybko z myśli poświęconych Sytry, spoglądając na swoją rudowłosą przyjaciółkę.
- Hej, znowu odleciałaś? – szepnęła tamta do niej, uświadamiając jej, że lekcja religii już się skończyła.
- Wybacz? – Willa posłała rudowłosej przepraszający uśmiech, podnosząc się z kościelnej ławki.
- Naprawdę nie rozumiem, czemu akurat na tej lekcji prawie nigdy nie uważasz.
 Młoda Twining uśmiechnęła się krzywo.
- Wiesz, jakie jest moje podejście do religii… To, czego nie można naukowo udowodnić…
- … nie ma prawa istnieć – dokończyła za nią przyjaciółka, wzdychając przy tym ciężko. – Twoi rodzice chyba trochę przesadzili, gdy cię wychowywali… Mogłabyś czasami porzucić ten sposób myślenia geniusza.
- Nie jestem geniuszem – burknęła blondynka, krzyżując ramiona na klatce piersiowej.
- Nieee… przeważnie tylko zdobywasz najwięcej punktów na egzaminach i masz jedną z najlepszych średnich w szkole…
- Jedną z najlepszych, a nie najlepszą. Sama widzisz.
- Dziewczyno… ja cię proszę.
- O co? – spytała niewinnie blondynka.
- Już ty wiesz, o co. A właśnie, pouczymy się razem do testu z biologii? Mam mały problem z genetyką…
- Nie ma sprawy, Isabelle – Willa objęła przyjaciółkę ramieniem. – Chętnie ci pomogę.
- Jesteś kochana~.
- Wiem~.
 Dziewczyny spojrzały po sobie po czym wybuchły głośnym śmiechem. Nie bez powodu się przyjaźniły. Chociaż różniły się charakterami, poglądami, czy też szkolnymi ocenami, potrafiły rozumieć się bez słów i świetnie się ze sobą dogadywały.
- Willa! – usłyszały nagle krzyk za swoimi plecami.
 Podbiegła do nich zdyszana koleżanka z klasy. Wyglądała na , lekko mówiąc, przerażoną.
- Co się stało? – zapytała zaniepokojona Willa.
- Mamy… problem… - powiedziała tamta, biorąc łapczywe wdechy.
- Jaki?
- Pamiętasz, jak chłopcy z naszej klasy gadali o wzywaniu demonów?
- Tak… - blondynka zmarszczyła brwi. – Pomysł godny małych dzieci. Co w związku z tym?
- No więc… zrobili to. Wezwali demona.

wtorek, 30 czerwca 2015

Diabolik Lovers: Rozdział 23

Na początek chciałabym (jak zwykle) bardzo podziękować wszystkim moim czytelnikom. A już w szczególności tym, którzy pozostawiają po sobie kilka miłych słów i swoje opinie w postaci komentarzy. Cieszy mnie, że poprzedni rozdział wywołał u was takie reakcje i emocje, jakich oczekiwałam. Dla autora jest to jak zaliczenie jakiejś misji, odniesienie sukcesu. Mam nadzieję, że dzisiejszy rozdział również wam się spodoba. Tak jak już wcześniej wspominałam, tym razem pojawił się fragment pisany z punktu widzenia Ayato. Nie zdradzę nic więcej. Jeśli chcecie poznać dalszy los bohaterów DiaLovers oraz myśli Ayato, musicie zrobić to sami, czytając ten rozdział :3




Rozterki wampira

 Gdy wreszcie w miarę się uspokoiłam, przeniosłam się z podłogi na łóżko. Oparłam się plecami o stertę poduszek, podkuliłam nogi i szczelnie opatuliłam kołdrą. Próbowałam zapanować nad własnymi emocjami doskonale wiedząc, że te negatywne wpływają tylko korzystnie na duszę Cordelii, tkwiącą wciąż gdzieś wewnątrz mnie. Mogłam w nieskończoność próbować popełnić samobójstwo, mogłam dźgać się w serce, ile chciałam. To i tak nie wypędzało jej na dobre. Niech tylko ktoś mi powie, dlaczego to wszystko musiało spotkać właśnie mnie?
Dobra, co robi przeciętna dziewczyna po zerwaniu? Siedzi przed telewizorem i opycha się lodami, przeszło mi przez myśl, gdy przypomniałam sobie typowy schemat romansideł.
Hej, żeby mówić o zerwaniu, to najpierw trzeba by było w ogóle być w jakimś związku, wtrącił się mój wewnętrzny głosik. Taa… nie ma to jak dobić samą siebie.
 Z ciężkim westchnięciem skuliłam się na łóżku w pozycji embrionalnej, owijając się kołdrą niczym kokonem. Niestety w swoim pokoju nie miałam ani lodówki, ani telewizora, a nie miałam najmniejszego zamiaru opuszczać go przez co najmniej kilkanaście następnych godzin.
 W chwili, gdy zamknęłam oczy pod moimi powiekami pojawiła się po raz kolejny obojętna mina Ayato. To był ten sam wyraz twarzy, który zaprezentował mi przy naszym pierwszym spotkaniu. Doskonale pamiętam ten chłód w oczach i całkowite niezainteresowanie na twarzy. Myślałam, że z czasem udało mi się nieco roztopić lód w jego spojrzeniu, ale najwyraźniej się myliłam. To raczej on miał większy wpływ na mnie, niż ja na niego. To on wypełnił moje żyły swoim jadem. Całkowicie zatruł moje ciało czymś tak naiwnym jak nastoletnia, pierwsza miłość. Nim się zorientowałam, wpadłam po uszy, a wtedy on gwałtownie odsunął mnie od siebie. Zupełnie jakby mówił „misja skończona, czas się odgrodzić”.
I choć zdawałam sobie sprawę ze swojego położenia, to wciąż miałam głupią nadzieję. Pragnęłam żeby zmienił zdanie, wrócił, objął mnie i pocałował. Byłam pewna, że gdyby tak zrobił to wybaczyłabym mu bez zastanowienia.
 Zacisnęłam mocniej powieki, chowając twarz w pościeli.
- Jestem głupia – powiedziałam do samej siebie. – Jestem głupia, naiwna, słaba. Zachowuję się jak te głupie laski z romansów. Głupia, głupia, głupia!
 Przetoczyłam się po łóżku, układając się na drugim boku. W myślach powtarzałam sobie wciąż, że to przecież nie jest koniec świata. Mówiłam sobie, że mam dopiero siedemnaście lat i wiadomo, że w tym wieku uczucia nie są jeszcze stałe.
Pewnie to głupie zauroczenie minie mi za niedługo, pocieszałam się. Czy w to wierzyłam? Co do tego, już nie byłam taka pewna.


***


 Przez następnych kilka dni dzielnie znosiłam ignorowanie ze strony Ayato, znajdując sobie co raz to nowe zajęcia, byle po prostu nie siedzieć  i nie użalać się nad własnym losem. Tak więc uczyłam się, czytałam, ćwiczyłam grę na gitarze i śpiew, a także powróciłam do treningów z Subaru. Po każdej serii z nim byłam niesamowicie zmęczona, ale przynajmniej mnie to satysfakcjonowało. Tym bardziej, że Subaru stwierdził, iż robiłam postępy.
 Wreszcie nastąpił dzień, w którym miałam ponownie spotkać się z Kou. Wcześniej dostałam od niego wiadomość potwierdzającą, że będzie na mnie czekał w sali muzycznej podczas długiej przerwy.
 Wychodząc z klasy spojrzałam przelotnie w kierunku Ayato. Wampir bujał się na krześle, z nogami opartymi o ławkę i ze znudzeniem przeglądał zawartość swojego odtwarzacza muzycznego. Wiedziałam, że i tak za chwilę go odłoży, bo przyjdzie do niego Yuri. Stało się to już rutyną w ostatnich dniach. Z cichym westchnięciem przerzuciłam torbę przez ramię i ruszyłam przed siebie.
 Na miejscu zdziwiło mnie to, że idol nie był sam. Towarzyszył mu bowiem jeden z jego braci, a mianowicie Ruki, jeśli dobrze pamiętałam.
- Hej – przywitałam się, uśmiechając przy tym niepewnie.
- Hej, kociaku – odpowiedział od razu Kou, odwracając się w moją stronę. – Pamiętasz mojego brata, Rukiego?
 Skinęłam głową, zerkając kątem oka na ciemnowłosego chłopaka, który siedział przy nauczycielskim biurku. Dostrzegł on jednak moje spojrzenie i uśmiechnął się, choć nie był to raczej zbyt przyjacielski uśmiech. Raczej taki przyprawiający o dreszcze…
- W takim razie chyba nie będziesz miała nic przeciwko temu, aby nam dzisiaj towarzyszył, prawda?
- N-nie… ale czemu tak właściwie? – skierowałam swoje pytanie bezpośrednio do Rukiego, który zamykał właśnie leżącą przed nim książkę.
- Kou tak cię zachwalał, że aż musiałem sprawdzić, czy przypadkiem nie przesadza – odparł tamten, opierając łokcie na biurku.
- A poza tym im więcej osób podczas ćwiczeń, tym mniejszy stres podczas występu – dodał Kou. – W sumie mógłbym zawołać jeszcze Azusę i Yumę…
- Nie trzeba – wtrąciłam szybko. – Dwie osoby chyba mi na dziś wystarczą. Nawet nie wiem czy wykonuję tę piosenkę czysto, więc lepiej jeśli zbłaźnię się przed mniejszą liczbą osób.
- Na pewno się nie zbłaźnisz – zapewnił mnie idol, posyłając mi jeden z tych jego olśniewających uśmiechów. – Z tego, co pamiętam to do ćwiczenia dałem ci „Departures”, prawda? Opanowałaś cały tekst, czy wolałabyś mieć go jednak przy sobie.
- Myślę, że dam sobie radę bez niego.
Blondyn klasnął w dłonie.
- Świetnie, usiądź sobie, czy co tam chcesz, żeby było ci wygodnie, a ja przygotuję podkład.
- Okay. – Przycupnęłam na jednej z ławek, obserwując jak wampir przeszukuje swój telefon komórkowy w poszukiwaniu odpowiedniego utworu.
- Gotowa?
- Gotowa.
***

- Brawo, kociaku! – Kou z uśmiechem na ustach bił mi brawo. – Naprawdę dobrze ci to wyszło.
- Naprawdę? – zapytałam, unosząc pytająco brwi.
- Naprawdę, przecież mówię. A ja znam się przecież na rzeczy ~.
 Mówiąc to ostatnie odwrócił się w stronę swojego brata i spojrzał na niego wyczekująco. Ciemnowłosy uśmiechnął się ponownie, opierając podbródek na dłoni.
- Muszę przyznać, że Kou jednak nie przesadzał. Masz dobry głos.
- Serio? – patrzyłam na niego zaskoczona, a jego uśmiech jedynie się poszerzał.
- A nie mówiłem? – blondyn wycelował we mnie palcem wskazującym – Pamiętaj, że występujesz ze mną na następnej szkolnej imprezie.
- Ale… jesteś tego pewny? Przecież jesteś gwiazdą.
- No właśnie! – mrugnął do mnie, obejmując mnie ramieniem. – Dlatego jest to dla ciebie zaszczyt i powinnaś przyjąć moją propozycję, skacząc z radości.
 Uśmiechnęłam się lekko.
- Może masz rację…
- Nie może ale na pewno!
- Hehe, masz dla mnie jeszcze jakieś rady?
- A, racja… Możesz teraz ćwiczyć we własnym zakresie. Po prostu stopniowo wybieraj piosenki, w których musisz coraz wyżej i dłużej przeciągać. Dasz sobie radę, prawda?
- Prawda.
- W takim razie, kociaku, jesteśmy w kontakcie.
- Zgadza się. Do zobaczenia, Kou… i Ruki – dodałam szybko, spoglądając niepewnie na ciemnowłosego.
- Do zobaczenia – pożegnał się spokojnie Ruki, a jego uśmiech po raz kolejny niemal wywołał u mnie dreszcze. Kou tymczasem sprawiał zupełnie inne wrażenie, machając mi wesoło. Jak na braci, to wydawali się zupełnie inni… Chociaż powinnam się do tego już przyzwyczaić, znając przecież rodzeństwo Sakamaki.

***
  Ayato skrzyżował nogi w kostkach, wsunął słuchawki na głowę i przymknął oczy, wsłuchując się w dźwięki jednego ze swoich ulubionych utworów. W ten sposób mógł odgrodzić się od świata zewnętrznego i choć na chwilę się wyłączyć, zapomnieć o ostatnich wydarzeniach.
 Nie pozwolono mu jednak długo nacieszyć się tym stanem. Minęła może połowa piosenki, gdy ktoś zastukał mu w jeden z głośników. Ayato stłumił warknięcie zirytowania i niechętnie uniósł powieki. Przed nim stała blondwłosa Yuri, szczerząc białe zęby w szerokim uśmiechu. Przez umysł Ayato przeszła tylko jedna, krótka myśl – znowu.

 Niechętnie zsunął słuchawki na szyję i poprawił się na krześle, obserwując jak blondynka siada na blacie przed nim. Ledwie to zrobiła i już zaczęła paplać o rzeczach, które w najmniejszym stopniu go nie interesowały. Obrał sobie jednak pewien cel i miał zamiar do niego dotrzeć, więc udawał, że jej słucha.

 W pewnej chwili odetchnął, podejmując wreszcie decyzję. Podniósł się ze swojego miejsca, łapiąc dziewczynę za ramię.

- Chodź – rzucił do niej krótko. Tak jak przewidywał, w ogóle mu się nie opierała, lecz szła posłusznie za nim. Przez skórę dziewczyny czuł jej przyspieszony zapewne z podekscytowania puls. 
 Idąc korytarzem rozglądał się uważnie na boki. Wreszcie dostrzegł uchylone drzwi składziku sprzątaczek. Nie mając lepszego pomysłu, wszedł z dziewczyną do tego niewielkiego pomieszczenia. Nie przejmował się zamykaniem drzwi, nie sądził by to miało zająć mu dużo czasu. 
 Nim zdążył się rozmyślić, pchnął dziewczynę na tylną ścianę pomieszczenia i zacisnął dłonie na jej ramionach, by mu się nie wyrwała. Chociaż, gdy tak na nią patrzył w ogóle nie zapowiadało się na to, by ta w jakimkolwiek stopniu miała mu się przeciwstawiać.
Żałosne.
- A-Ayato? – odezwała się blondynka niby niewinnym głosikiem. Już w tym momencie miał ochotę odejść, ale nie mógł. Musiał to sprawdzić, musiał się dowiedzieć. 
- Zamknij się – mruknął, odsuwając prawą dłonią materiał jej mundurka, aby odsłonić jasną skórę. Nie było to trudne, ponieważ dziewczyna i tak za każdym razem, gdy ją widział, miała rozpięte górne guziki koszuli.
- Co ty… - zaczęła znowu blondynka, ale nie pozwolił jej dokończyć. Błyskawicznie zatopił kły w jej  obojczyku. Było to tak łatwe, jak gdyby wsuwał nóż w lekko nadtopione już masło.
 Jednak krew, która wypełniła jego usta nie była tak słodka, do jakiej się przyzwyczaił i jakiej się, szczerze mówiąc, spodziewał. Tak samo było z zapachem. Ten bowiem, który dotarł do jego nozdrzy był mdłą wonią perfum.
 Dziewczyna tymczasem wydała z siebie zduszony okrzyk, ale nie zrobiła nic poza tym. Była wręcz irytująco uległa.
- Ayato, co ty robisz? – zapytała, gdy w końcu oderwał się od jej skóry, niemal zniesmaczony.
- Mówiłem, żebyś się zamknęła – przypomniał, ścierając wierzchem dłoni resztki krwi z ust.
- Kręcą cię takie zabawy, tak? – drążyła dalej Yuri. – Sado-maso? A może te szkolne plotki są prawdziwe i jesteś wampirem, co?
Irytująca.
 Irytowała go. Okropnie go irytowała. Szczególnie, że wszystko jak do tej pory było nie tak. Ale musiał doprowadzić to do końca. Musiał, po prostu musiał to sprawdzić. Powtarzał to sobie raz za razem.
- Po prostu bądź cicho – nakazał jej po raz kolejny, opierając dłonie o ścianę, po obu stronach jej twarzy. Cały czas uważnie obserwował reakcje dziewczyny. Przyspieszony oddech i puls, pewny siebie, tryumfujący uśmieszek, dziwny błysk w oczach. Ayato nie był głupi. Wiedział, że dziewczyna myśli, iż wreszcie osiągnęła swój cel i udało jej się go uwieźć. 
Zostało już tylko jedno.
 Pochylił się i naparł wargami na wargi Yuri.
 Za każdym razem, gdy robił to z Natsuki odnajdywał w sobie spokój, a zarazem był podekscytowany,  czuł dziwną satysfakcję, zawsze pragnął więcej, i więcej.
 Ale teraz… nie czuł nic poza smakiem owocowego błyszczyka. Był to po prostu zwykły dotyk.
 Dziewczyna zarzuciła ręce na jego szyję, wydając z siebie jęk.
 Ayato po raz kolejny poczuł narastającą w nim irytację. Wszystko było nie tak. 
Wszystko.
 Patrzyły na niego bladoniebieskie oczy zamiast hipnotyzujących, kobaltowych.
 Twarz przed nim nie była tak uroczo, naturalnie zaróżowiona na policzkach.
 Usta nie pasowały tak idealnie do jego warg.
 Krew nie była tak słodka.
 Głos nie tak przyjemny dla uszu.
 Zapach był zbyt mdły.
 Dotyk tak cholernie go irytował.
 Po prostu wszystko było nie takie, jakie powinno. Nie takie, do jakiego był przyzwyczajony. Nie takie od jakiego był uzależniony.
Uzależniony…
 Tak, to słowo chyba idealnie oddawało jego stan. Był uzależniony. Uzależniony od tej jednej, małej, ludzkiej dziewczyny. Uzależniony od Natsuki. 
 Jednak w chwili, gdy zaczął to sobie uświadamiać, zdarzyły się dwie rzeczy, które sprawiły, że zorientował się, iż coś jest jeszcze bardziej nie tak niż przedtem. 
Po pierwsze – dłonie blondynki zsunęły się na jego klatkę piersiową i zaczęły odpinać kolejne guziki jego koszuli.
Po drugie – do jego uszu dotarł odgłos czegoś uderzającego o podłogę tuż za progiem pomieszczenia.
 Kiedy się odwrócił, raptownie pożałował, że nie zamknął wcześniej drzwi. Nie. Pożałował, że w ogóle wpadł na tak głupi pomysł.
- Natsu-
 Zdążył jeszcze dostrzec szok w kobaltowych oczach, po czym Natsuki podniosła swoją torbę z podłogi, odwróciła się gwałtownie i odbiegła.

niedziela, 28 czerwca 2015

Nastoletni Terror: Rozdział 4

Witam, witam i o zdrowie pytam. Hueh, już się ogarniam. Obiecuję. Nastoletni Terror wygrał w ankiecie, więc oto i jego kontynuacja. Główna bohaterka (nie do końca z własnej woli) trafiła do bazy naszej młodocianej grupy terrorystycznej. Czego dowie się na miejscu? Jakie są osoby stojące za zniszczeniem centrum handlowego?
Życzę miłego czytania ^^




Explosive Rabbits


 Okazało się, że łazienka była w pełni urządzona. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się takich luksusów w przebudowanym magazynie. Była to więc miła niespodzianka, gdy odkryłam, że pomieszczenia zawiera wszystkie potrzebne elementy.
 Po przyjemnej, ogrzewającej kąpieli przebrałam się w suche ubrania, które wyjęłam ze swojej torby. Te mokre od deszczu wrzuciłam do kosza na pranie, tak jak poleciła mi wcześniej Hisako.
 Opuściwszy łazienkę spojrzałam niepewnie na dziewczynę wciąż wylegującą się na łóżku, z czasopismem w dłoni.
- Czy nie wiesz, gdzie…
- … jest Natsu? – dokończyła za mnie. Zaskoczona skinęłam głową. – Na dole, w salonie. Czeka na ciebie.
- Czeka? – powtórzyłam.
- Taa… powiedział, że jak już się ogarniesz, to masz do niego przyjść.
- Och, okay…  Dzięki – odparłam ruszając po schodach w dół. Wywnioskowałam, że mówiąc „salon” miała na myśli ogromny pokój na parterze.
 Kiedy zeszłam z ostatniego stopnia Natsume niemal od razu poderwał się z jednej z kanap i podszedł do mnie z uśmiechem na ustach.
- Chciałeś… hmm… mnie widzieć? – zapytałam , naciągając nerwowo rękawy bluzy na dłonie.
- Haha, można tak powiedzieć. – Ruchem ręki wskazał mi jedno z krzeseł przy długim stole w części kuchennej. Sam natomiast otworzył lodówkę i zaczął przeglądać jej zawartość. – Napijesz się czegoś? Mogę zaproponować ci wodę, mleko… chwila, mleko odpada, jest przeterminowane. Sok… a nie, też przeterminowany… Całe szczęście, że Sei pojechał na zakupy. A, właśnie. Niedługo powinien wrócić, więc będziemy mogli wreszcie coś zjeść. Co my tu jeszcze mamy…
- Wystarczy woda – powiedziałam szybko, żeby przerwać długi wywód Natsume oraz oszczędzić mu przeszukiwania w większości i tak nienadającej się do spożycia zawartości lodówki.
- W takim razie, proszę bardzo – powiedział z uśmiechem, stawiając przede mną szklankę z przezroczystym napojem.
- Więc chciałeś ode mnie coś konkretnego? – zapytałam, obserwując go z wyczekiwaniem.
- Ach, racja. Jako, że mam się tobą „opiekować” i cię „szkolić”, to stwierdziłem, że trochę ci o nas opowiem. Poodpowiadam też na twoje pytania, jeśli jakieś masz.
Jeśli jakieś mam? Oczywiście, że mam i to całkiem sporo.
- To może zacznijmy od tego, ilu was jest?
- Łącznie z tobą – szóstka.
- Nie wiem, czy powinnam powiedzieć „tylko” czy „aż” tylu – mruknęłam.
- Jak wolisz. Według mnie jest nas idealna ilość. Każdy zajmuje się czymś innym, więc można powiedzieć, że się uzupełniamy. No i całkiem dobrze się dogadujemy.
- Każdy zajmuje się czymś innym? To znaczy?
- Cóż , Kaoru oprócz tego, że pełni rolę naszego lidera jest także świetnym hackerem. Ryutaro zajmuje się głównie bombami, a Hisako potrzebnymi kostiumami i tym podobnymi rzeczami do różnych akcji. Natomiast działką Seiichiego, którego jeszcze nie miałaś okazji poznać są wszelkiego rodzaju pojazdy i maszyny.
- A ty?
- A ja… Gram rolę maskotki tej drużyny. W końcu jestem najprzystojniejszy z tej bandy, chyba nie zaprzeczysz? – Natsume poruszył w zabawny sposób brwiami i oparł się o blat za jego plecami. – Jeszcze jakieś pytania?
- Skąd wzięło się to miejsce? Bo nie chcę nic mówić, ale z zewnątrz wygląda jak magazyn.
- Bo to był kiedyś magazyn. Kaoru go sobie upodobał, a jego starzy nie mieli nic przeciwko temu, aby wybulił na niego sporą sumkę. Tak więc przerobił cały budynek, aby nasza paczka mogła w nim sobie spokojnie zamieszkać.
- Więc jego rodzice są bogaci?
- To mało powiedziane. Są obrzydliwie bogaci.
- I nie przeszkadza im to, że oprócz tego, że tu mieszkacie, to jeszcze… łamiecie prawo? W telewizji i prasie jest trochę głośno o działalności Explosive Rabbits. Szczerze mówiąc, to dziwię się, że jeszcze was nie zgarnęli.
- Fajnie nam życzysz, mała – Natsume parsknął śmiechem. – Jesteśmy ostrożni i dobrze zacieramy ślady, to tyle.
- Powiedz mi – zaczęłam, zaciskając dłonie na krawędzi drewnianego blatu stołu – dlaczego wy to robicie?
 Nagle uśmiech zniknął z twarzy chłopaka, a jego miejsce zastąpiła kompletnie poważna mina.
- Dowiesz się w swoim czasie. Na razie jest na to za wcześnie.
- Słucham?! – podniosłam głos, nawet tego nie zauważając. – Wplątujesz mnie w wasze chore, terrorystyczne sprawki, a nawet nie chcesz wyjawić mi waszego celu?
- Nie bierz tego do siebie, ale nie mamy jeszcze do ciebie dostatecznego zaufania, a poza tym prawdopodobnie i tak byś tego nie zrozumiała.
- Bo nikt normalny nie zrozumie chorego umysłu terrorysty! Co, jarają was wybuchy? Krew? Panika? A co do zaufania, każdą laskę sprowadzasz tak do tej waszej kryjówki i trzymasz tu zamkniętą albo robisz jej, Bóg jeden wie co, aż stwierdzisz, że możesz jej zaufać?
 Niespodziewanie obie dłonie Natsume uderzyły w blat przede mną. Podskoczyłam na krześle, szybko łapiąc szklankę, aby się nie przewróciła. Podniosłam wzrok na bruneta, który wpatrywał się we mnie dziwnie pociemniałymi oczami. Jego usta zacisnęły się w wąską linię.
- Chyba czegoś tu nie rozumiesz, mała. Uciekłaś z domu, a wątpię żebyś miała gdzie się podziać, bo zapewne zrobiłaś byś to od razu. Zaoferowałem ci dach nad głową i chyba bardziej niż zadowalające warunki do życia w zamian za małą współpracę. Nawet się nie zorientujesz, kiedy zaczniesz nam być wdzięczna. Bądź grzeczną dziewczynką i zapracuj sobie na nasze zaufanie.
 Lodowaty ton głosu jakim to mówił, przyprawił mnie o dreszcze. Moje wyobrażenie Natsume jako wiecznie uśmiechniętego chłopaka legło w gruzach. Potulnie skinęłam głową, spuszczając wzrok. Ku mojemu zaskoczeniu zaledwie po kilku sekundach cisza jaka zapadła została przerwana przez nagły wybuch śmiechu, a na mojej głowie wylądowała dłoń Nastume, czochrająca w najlepsze moje włosy. Oszołomiona spojrzałam na chłopaka, który uśmiechał się, zadowolony z siebie.
- Ha, wiedziałem, że moje zdolności aktorskie są świetne!
- Chwila, ty… udawałeś? – zapytałam z niedowierzaniem.
- Oczywiście, ale rozumiesz mniej więcej co chciałem ci przekazać?
- Że jestem w dość kiepskiej sytuacji i lepiej dla mnie będzie jak po prostu zacznę z wami współpracować?
- Bingo! I tak dla twojej wiadomości… nigdy nie sprowadziłem tu innej dziewczyny i nic jej nie zrobiłem. Jesteś pierwszym, zwerbowanym przeze mnie członkiem, odkąd powstała ta grupa.
- W takim razie powiedz mi… dlaczego ja? – zadałam wreszcie pytanie, które nurtowało mnie od samego początku.
- Powiedzmy, że dzięki twojej inteligencji i fotograficznej pamięci. Taka zdolność na pewno nam się przyda.
- Dzięki mojej… skąd ty o tym wiesz?!
- Hmm… po prostu cię obserwowałem.
- Obserwowałeś? Mam się zacząć bać?
- Twój wybór – zaśmiał się ponownie.
 W tej chwili otworzyły się drzwi i do salonu wszedł blondwłosy chłopak obładowany torbami z zakupami. Zatrzymał się jednak w wejściu i zawiesił wzrok na mnie. W końcu zamrugał i podszedł do nas, stawiając torby na stole.
- Ty musisz być Saori? – zapytał, zwracając się do mnie. Gdy potaknęłam uśmiechnął się szeroko. – Miło poznać, nowa wspólniczko.
- Wzajemnie. Więc ty jesteś… Seiichi?
- Zgadza się. Czyżby Natsu już ci coś o mnie naopowiadał? Jeśli tak, nie wierz w ani jedno jego słowo.
- Hej! – oburzony chłopak uderzył blondyna w ramię.
Po prostu musiałam się uśmiechnąć.
- Nie przejmuj się. Powiedział tylko, że ty tu jesteś specem od wszelkich maszyn.
- A to, to akurat prawda. Więc jednak nie mówisz samych bzdur, co, Natsu? – zwrócił się do bruneta, który skrzyżował ramiona na klatce piersiowej i mierzył go wzrokiem.
- Tak jakbym kiedykolwiek gadał jakieś bzdury.
- Kiedykolwiek? Cały czas ci się to zdarza!
- Chciałbyś!
- O nie, uwierz, że nie…
- Ty blond…
 Nie mogłam się dłużej powstrzymać i wybuchłam śmiechem, słuchając tej ich przekomicznej sprzeczki. Obaj spojrzeli na mnie jednocześnie, z zaskoczeniem.
Szybko jednak na twarzy Natsume ponownie zagościł szeroki uśmiech.
- I tak trzymać, Saori!
- Hę? – zapytałam, opanowując się.
- Wreszcie się zaśmiałam i tak ma być! Trzeba się śmiać.
- Już ci nie przeszkadza, że śmiała się z nas? – Seiichi z rozbawieniem uniósł jedną brew.
- Nie. Śmiech to zdrowie, zapamiętajcie to sobie!
 Blondyn spojrzał na mnie, tłumiąc śmiech, na który jemu też najwidoczniej się już zbierało.
- Czasami zastanawiam się, czy on nie cierpi na jakąś nadpobudliwość psychoruchową.
- To by wiele wyjaśniało – przytaknęłam z uśmiechem.
- Hej, hej, hej, dopiero się poznaliście i już zmawiacie się przeciwko mnie? – Natsume udał oburzenie spoglądając to na mnie, to na blondyna.
- Sam jesteś sobie winien – stwierdził Seiichi.
- Pfft, też mi coś… Saori, ja widzę ten uśmieszek!
- Och, czy to nie ty mówiłeś, że powinnam z wami współpracować?
- Miałem bardziej na myśli siebie niż jego…
- Ej, z tego co wiem, to jesteśmy drużyną – wtrącił Seiichi, wymierzając Natsume kuksańca w żebra. – Może byś mi tak przy okazji pomógł z wypakowywaniem zakupów.
- Już, już…
- Ja też pomogę – oznajmiłam, podnosząc się ze swojego miejsca. Blondyn posłał mi aprobujące spojrzenie.
- Miło z twojej strony. W takim razie, schowaj to do lodówki – polecił, wskazując na jedną z reklamówek.
 Skinęłam głową i przez chwilę pracowaliśmy w ciszy, układając kolejne, nowe produkty na przeznaczonych dla nich miejscach.
- Hej, a tak w ogóle to co jest dzisiaj na kolację? – Zapytał w pewnym momencie Natsume, zerkając przez ramię na Seichiiego, który podawał mu właśnie papierową torbę ze świeżym pieczywem.
- Sushi – odparł krótko.
- O, fajnie – uśmiechnęłam się pod nosem. Bardzo lubiłam sushi i było ono jednym z moich ulubionych dań, jeśli chodzi o kuchnię japońską. A musiałam przyznać, że dawno go nie jadłam.
- Znooowuuu? – jęknął w tym samym czasie Natsume.
- Jeśli ci nie pasuje, to sam mogłeś kupić coś innego. Z tego co wiem, to byłeś dzisiaj na mieście.
- … Nic nie mówiłem…
- Wy tak zawsze? – zapytałam, zamykając lodówkę.
- Średnio raz na dzień – westchnął Natsume.
- I powiedz mi, kto zaczyna, co? – Blondyn spojrzał na niego, marszcząc brwi.
- Na pewno nie ja.
- Jasne… Mógłbyś zawołać resztę? Kolacja zaraz będzie gotowa.
- Idę, idę…
- Saori, pomożesz mi? – tym razem Seiichi zwrócił się do mnie.
- Pewnie. Co mam zrobić?
- Na początek wyjmij z szafki sześć talerzyków…
 Chętnie pomogłam Seiichiemu w przyrządzaniu kolacji. Okazało się, że naprawdę z łatwością przychodziło mi dogadanie się z nim.
 Zauważyłam to już wtedy, a także chwilę później, kiedy wszyscy wspólnie zasiedliśmy do kolacji. Ta grupa nastolatków na pierwszy rzut oka w niczym nie przypominała grupy terrorystycznej. Śmiali się, żartowali, wygłupiali i sprzeczali o błahe sprawy. Wyglądali na szczęśliwych. Dziwiłam się więc i byłam ciekawa, co też mogło sprowadzić ich na przestępczą drogę. Jaki powód, jaki cel krył się za ich poczynaniami? Miałam nadzieję, że uda mi się to odkryć, nim będzie za późno.

sobota, 27 czerwca 2015

Diabolik Lovers: Rozdział 22

Miłych wakacji, moi drodzy czytelnicy! W poprzednim poście zapomniałam was zapytać... jak tam zakończenie roku szkolnego? Jesteście zadowoleni ze swoich świadectw, czy uważacie, że mogłoby wam pójść lepiej? Bez względu na to i tak chyba wszyscy cieszą się, że wreszcie są wakacje. A ja to na pewno :D W końcu wakacje oznaczają więcej wolnego czasu, który mogę spędzić na oglądaniu, czytaniu i pisaniu :3 Przechodząc do rozdziału... Natsuki i Ayato się pokłócili, ale co z tego wyniknie? Jak zniesie to każde z nich? Nie pozostaje wam nic innego, jak przeczytanie tego rozdziału i przekonanie się na własne oczy, że tak powiem :3



Złamane serce

 Resztę czasu jaki pozostał mi do wieczornych zajęć spędziłam na uczeniu się tekstu piosenki na pamięć. Zresztą, tak czy siak nie miałam ochoty wychodzić ze swojego pokoju. Wolałabym nie natknąć się przypadkiem na Ayato.
Czasami żałuję, że jesteśmy w tej samej klasie, przeszło mi przez myśl, gdy obserwowałam czarną limuzynę parkującą przed rezydencją. Niestety, szkoła oznaczała przymusowe spędzenie kilku godzin w jednym pomieszczeniu z Ayato.  W normalnej sytuacji cieszyłoby mnie to, jednak… nie dziś. Bardzo dobrze wiedziałam, że zapewne nie będziemy się do siebie odzywać. Sama, nie byłam jeszcze gotowa, aby szczerze z nim porozmawiać. Może się wydawać, że to przecież nic wielkiego. Jednakże wiedziałam, że Ayato będzie na mnie zły i wolałam nie ryzykować starcia z nim w takim stanie. A także… bałam się tego, co mogłabym od niego usłyszeć. Bałam się potwierdzenia własnych przypuszczeń.
 Tak jak myślałam, nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem, wsiadając do limuzyny. I chociaż zajmowaliśmy miejsca obok siebie, to całkowicie unikaliśmy dotykania, czy chociażby patrzenia na siebie nawzajem. Zamiast tego, każde z nas wpatrywało się w okno po swojej stronie, a w limuzynie panowała nienaturalna wręcz cisza. Cały czas czułam na sobie spojrzenia pozostałych wampirów, ale uparcie to ignorowałam. Wreszcie Laito nie wytrzymał.
- Hej, hej, hej, co jest grane? – zapytał. – Czyżby nasze gołąbeczki się pokłóciły?
 Nawet nie musiałam otwierać ust, aby odpowiedzieć. Ayato zrobił to za mnie, warknięciem każąc Laito się przymknąć.
- Ktoś tu chyba dzisiaj wstał lewą nogą – stwierdził Laito, wysiadając chwilę później z pojazdu.
- Mhm… - mruknęłam bardziej do siebie, ruszając w stronę szkoły. Obserwowałam jak czerwonowłosy wampir znikał już w wejściu.
- Powiedz, maleńka – Laito objął mnie ramieniem. – Stało się coś między wami?
 Westchnęłam ciężko.
- Wybacz, ale nie chcę o tym rozmawiać. – Wysunęłam się spod jego ramienia i popędziłam do budynku.
 
 Gdy dotarłam przed salę, w której miały odbywać się zajęcia mojej klasy… zamurowało mnie. Po prostu mnie zamurowało. Co było tego przyczyną? Otóż Ayato stał oparty o parapet i spokojnie słuchał paplaniny Yuri. Tak, tej Yuri.
 Blondynka co chwilę odrzucała włosy i trzepotała wytuszowanymi rzęsami tak, jakby miało od tego zależeć jej życie. W dodatku ostatnie guziki jej koszuli dziwnym trafem nie były zapięte. Bynajmniej, nie przeszkadzało to Ayato, który wlepiał wzrok w miejsce znajdujące się zdecydowanie poniżej jej twarzy.
 Tego było już dla mnie zdecydowanie za wiele. W jednej chwili przygnębienie ustąpiło u mnie miejsca złości podsycanej zazdrością. Nie chcąc tego więcej oglądać, odwróciłam się gwałtownie na pięcie i w tej samej chwili zderzyłam się z Subaru.
- Uważaj – skarcił mnie, robiąc krok w tył. Odwróciłam wzrok. Wszystkie moje emocje musiałam jednak mieć wypisane na twarzy, gdyż białowłosy zmarszczył brwi i zapytał:
- Co jest?
- Nic. Muszę się przewietrzyć.
- Jesteś pewna?
W tej samej chwili podniósł wzrok i dostrzegł scenkę odgrywającą się za moimi plecami. Widać jego też zaskoczyło to, co zobaczył.
- Co on odwala? – Przeniósł wzrok na mnie i potrząsnął głową. Następnie złapał mnie za ramię i pociągnął za sobą w stronę, z której przyszedł.
 Zatrzymaliśmy się na końcu korytarza obok drogi ewakuacyjnej, która ze względu na swoje przeznaczenie była rzadko użytkowana.
- Więc, co się stało?
- Nic – odparłam, unikając z nim kontaktu wzrokowego.
- Ej – Subaru położył dłonie na moich ramionach. –Nie mów, że nic, bo doskonale widać, że jednak coś. Pokłóciliście się?
- Tak jakby – westchnęłam.
- Tak jakby? Ignorujecie się, ty chodzisz smutna, a Ayato nagle patrzy na inne dziewczyny… O co poszło?
- A czemu ty mnie tak wypytujesz? – Zaciekawiona podniosłam na niego wzrok.
- Ja… - Nagle to Subaru odwrócił wzrok, a jego policzki stały się jakby odrobinę bardziej różowe. W końcu odchrząknął i spojrzał na mnie lekko zirytowany. – Po prostu pomyślałem, że lepiej się poczujesz, jeśli komuś o tym powiesz!
 Uśmiechnęłam się pod nosem. Subaru czasami potrafił być naprawdę bardzo uroczy.
- Cóż… - zaczęłam, niepewna jak dobrać słowa. – Po prostu najwyraźniej się nie rozumiemy. Chciałam, żeby był ze mną szczery, chociaż ja też tak do końca nie byłam – uśmiechnęłam się smutno. – I… wydaje mi się, że… przez to jego zachowanie, wmawiałam sobie coś, co chciałabym, żeby było prawdą. Ale… przecież on ma prawo decydować o tym, czy i z kim jest. Więc lepiej będzie jak w końcu… przestanę się oszukiwać. Bo to jest bez sensu, prawda? Jeśli on nie czuje tego samego… - urwałam, czując gulę formującą się w moim gardle. Zamrugałam kilkakrotnie, aby pozbyć się napływających mi do oczu łez. Nie myślałam, że wypowiedzenie tego wszystkiego na głos, aż tak na mnie zadziała. Odetchnęłam głęboko.
- Jeśli on nie czuje tego samego, to ja nie mam żadnego prawa żądać, aby było inaczej. Czas ustąpić i po prostu się z tym pogodzić.
 Subaru wpatrywał się we mnie ze zdumieniem na twarzy. Zacisnął mocniej palce na moich ramionach, kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Czy ty… - jego wypowiedź przerwał dzwonek, ogłaszający, że właśnie rozpoczęła się pierwsza lekcja.
- Wybacz, muszę iść – uśmiechnęłam się do niego przepraszająco.  – I dzięki za wysłuchanie. Miałeś rację, trochę mi lepiej.
 Kiedy już miałam odejść, Subaru złapał mnie za ramię.
- Spotkajmy się podczas długiej przerwy na dachu.

 Lekcje w tym dniu były dla mnie chyba najdziwniejszymi lekcjami odkąd zaczęłam uczęszczać do tej szkoły. A wszystko znowu sprowadzało się do jednej osoby – Ayato. Chociaż, tak jak zwykle, siedziałam w ławce przed nim, to w ogóle nie próbował ze mną rozmawiać, nie opierał nóg na moim krześle, a nawet nie czułam na sobie jego spojrzenia. Kiedy kilkakrotnie zerknęłam po kryjomu w jego stronę, okazywało się, że albo półleży na ławce z czołem opartym na ramionach, albo wpatruje się w jakiekolwiek miejsce, byle tylko nie w moją stronę.  W pewnej chwili napotkałam pytający wzrok Kanato, ale pokręciłam wtedy tylko głową.
 Gdy zadzwonił dzwonek na długą przerwę, od razu poderwałam się z miejsca, żeby udać się na spotkanie z Subaru. Ayato natomiast zakładał właśnie słuchawki, ostentacyjnie odcinając się od świata zewnętrznego.
 Wychodząc z sali niemal dosłownie wpadłam na zmierzającą do niej Yuri. Blondynka ominęła mnie, posyłając mi chłodne, pełne wyższości spojrzenie. Zaskoczona powiodłam za nią wzrokiem. Pewnym siebie krokiem szła w stronę ławki Ayato.
Ha, tym razem na pewno ją zignoruje, pomyślałam. Nie będzie chciał zdjąć swoich słuchawek, jedynie po to by słuchać wywodów tej pustej blondyny.
 Myliłam się. Widząc opierającą się o jego ławkę dziewczynę, Ayato niemal od razu zsunął z głowy słuchawki, by na coś jej odpowiedzieć. W tym momencie Yuri nieznacznie odwróciła głowę w moją stronę, z tryumfującym uśmieszkiem na ustach.
Czując narastającą we mnie złość, zacisnęłam dłonie w pięści i prawie, że biegiem ruszyłam na dach szkoły.

- Jestem – wykrztusiłam, idąc w kierunku Subaru, opierającego się o barierkę otaczającą dach. Wzięłam kilka głębokich wdechów, próbując uspokoić przyspieszony oddech i bicie serca. Wbieganie po schodach nie było ich jedyną przyczyną.
- Widzę. – Białowłosy podał mi kubek z parującym, ciemnym napojem. – Napij się.
 Wdzięczna, uniosłam plastikowe naczynie do ust. Jego zwartością okazała się być słodka kawa z dużą ilością mleka. Taka jaką lubiłam.
- Skąd wiedziałeś?
- Zawsze taką kupujesz  - odpowiedział, wzruszając ramionami.
 Uśmiechnęłam się lekko, stając obok niego. Przed nami rozciągał się widok na pogrążone w ciemnościach miasto. Okres świąteczny już się zakończył, dlatego było teraz o wiele skąpiej oświetlone.
- Więc czemu chciałeś się spotkać?
 Wampir westchnął, co sprawiło, że podniosłam na niego wzrok. Widziałam jak nerwowo pociera kark dłonią.
- Po prostu nie lubię oglądać cię w takim stanie, okay?
- Czyli chciałeś poprawić mi humor?
- A to źle? – mruknął, zaciskając dłonie na poręczy.
- Nie – odpowiedziałam, po czym wybuchłam śmiechem. Subaru uniósł pytająco brwi.
- I co cię tak bawi?!
- Nic, nic… Po prostu ten image buntownika nie zawsze do ciebie pasuje.
- Co masz na myśli?
- Nic konkretnego – wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.
- Niech cię…
- Hej, miałeś mi przecież poprawiać humor, więc misja chyba zaliczona, nie? – zapytałam, żartobliwie szturchając go łokciem.
- Mówił ci już ktoś, że za bardzo się z nami spoufalasz? – odgryzł się, czochrając mi włosy.
 Prychnęłam jedynie w odpowiedzi, upijając kilka kolejnych łyków kawy. Dzięki temu, że była gorąca, przyjemnie ogrzewała mi dłonie.
- A właśnie, co chciałeś powiedzieć wtedy przed lekcjami? - przypomniało mi się, że przecież dzwonek zadzwonił w połowie wypowiedzi Subaru.
- …Chciałem zapytać, czy ty naprawdę wierzysz, w to co powiedziałaś?
 Nagle trzymany przeze mnie kubek wydał się na tyle interesujący, że wbiłam w niego wzrok.
- O co ci chodzi?
- Dobrze wiesz, o co. Spisujesz wszystko na straty tylko dlatego, że raz się pokłóciliście? Gdzie twój optymizm i pewność siebie?
- Chyba gdzieś się schowały – mruknęłam. – Sam widziałeś, że Ayato bardzo szybko znalazł sobie pocieszenie po naszej kłótni. Pewnie w ogóle go to nie obeszło. Albo lepiej, stwierdził, że wreszcie ma mnie dość.
- Może ja tu nie mam za wiele do gadania, – zaczął Subaru – ale posłuchaj samej siebie. Ayato ma cię dość? Raczej się obraził, bo mu coś wytknęłaś. Niedługo mu przejdzie.
- No nie wiem…
- Sama zobaczysz.
- Skoro tak mówisz… Ugh, masz rację. Użalam się jak typowa nastolatka ze złamanym sercem.
 Wampir uśmiechnął się, unosząc jeden kącik ust.
- Tak lepiej. Bądź sobą – polecił mi białowłosy.
- Dzięki – uśmiechnęłam się. – Naprawdę potrafisz podnieść mnie na duchu. Jesteś dobrym przyjacielem.
 Subaru otworzył szerzej oczy, zaskoczony. Nie mogłam się powstrzymać i uważając by nie rozlać napoju, przytuliłam się do chłopaka.
- Naprawdę ci dziękuję.
- Nie ma za co – mruknął, ostrożnie odwzajemniając uścisk.

 Tak jak radził mi Subaru (naprawdę potrafi być miły, prawda?) próbowałam się nie dołować przez resztę dnia, gdy Ayato w dalszym ciągu mnie ignorował. Chociaż muszę przyznać, że przychodziło mi to z trudem. Za bardzo się do niego przywiązałam.
 Po powrocie do domu bracia Ayato wciąż posyłali nam podejrzliwe spojrzenia, zerkając to na niego, to na mnie. Czerwonowłosy ich jednak ignorował, a ja wzruszałam jedynie ramionami. Cały posiłek minął nam w takim dziwnym nastroju.
 Laito chyba nie mógł już tego znieść, gdyż gdy wszyscy się rozeszli, zaciągnął mnie do salonu. Nie chciał odpowiedzieć na żadne pytanie, jakie mu zadałam, jednocześnie próbując mu się wyrwać.
- Ćśś, maleńka – powiedział, zatrzymując się nagle i kładąc palec wskazujący na moich ustach.
- Ale…
 W wejściu do salonu zauważyłam Ayato. Przypatrywał nam się, zastygły w bezruchu. Laito również doskonale zdawał sobie sprawę z jego obecności, gdyż zerkając kątem oka w jego stronę, uśmiechnął się przebiegle.
 Niespodziewanie złapał mnie za ramiona i popchnął na kanapę. Krzyknęłam zaskoczona, upadając na plecy. Laito nie tracąc czasu władował się na mnie. Jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko mojej, a jedna dłoń zaczęła się przesuwać  w górę po mojej nodze.
- Co ty robisz?! – wrzasnęłam, kiedy jego palce wsunęły się na nagą skórę pod spódniczką.
 Laito nie odpowiedział, tylko podniósł wzrok na wejście do salonu. Podążając za jego wzrokiem dostrzegłam, jak Ayato z obojętnym wyrazem twarzy odwraca się i odchodzi.
- Hmm… dziwne – stwierdził Laito, podnosząc się jakby nigdy nic, po czym ponownie przeniósł wzrok na mnie. – Co go ugryzło?
 Tym razem to ja nie odpowiedziałam, czując wzbierające w oczach łzy. Wszystkie rady Subaru szlag trafił. Poczułam ukłucie bólu w klatce piersiowej, gdy zaszklonymi oczami wpatrywałam się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stał Ayato. Obraz jego obojętnej miny nie opuszczał moich myśli.
- Hej… zaczekaj, maleńka! – zawołał za mną Laito, gdy puściłam się biegiem po schodach. Po moich policzkach zdążyły już popłynąć łzy i naprawdę musiałam uważać, aby nie potknąć się na żadnym stopniu. Wciąż odtwarzałam w myślach scenę sprzed chwili. Myślałam, że może jakoś zniosę ignorowanie mnie przez Ayato, jeśli ma mu to minąć, ale takiego zachowania… takiej obojętności się nie spodziewałam. Gdy wpadłam do swojego pokoju, łzy całkowicie przesłoniły mi pole widzenia i bezsilnie osunęłam się na podłogę. Przez długie minuty nie potrafiłam opanować spazmatycznego szlochu. To jedno spojrzenie zabolało mnie bardziej niż wszystko do tej pory…