Ariana | Blogger | X X

niedziela, 16 lutego 2014

Amnesia

 A oto i moje najnowsze dzieło. Życzę miłej lektury ;)


 Ciemność. Wszechobecna ciemność. Nic poza nią. Chciałam otworzyć oczy, lecz nie mogłam, powieki były za ciężkie. Dryfowałam więc tak w tej mrocznej otchłani, niezdolna poruszyć chociażby palcem, do mych uszu nie docierały żadne dźwięki, język stanął kołkiem. Ciemność mnie pochłonęła…
 Nie wiem, ile czasu byłam nieprzytomna. Kiedy się obudziłam, ciemność została gwałtownie zastąpiona przez ostrą biel. Zamrugałam kilkakrotnie, a gdy wzrok przyzwyczaił się już do gwałtownej zmiany barw, rozejrzałam się po pomieszczeniu. Nieskazitelna biel, mnóstwo specjalistycznego sprzętu… bywałam w takich miejscach zdecydowanie za często, żeby nie móc ich rozpoznać. Szpital. Dopiero po chwili zorientowałam się, że ktoś siedzi przy moim łóżku. Naprawdę było ze mną źle, skoro nie zauważyłam go wcześniej, chociaż jego ubrania zdecydowanie rzucały się w oczy.
- Shin? – spodziewałam się, że mój głos będzie zachrypnięty, ale… w ogóle go nie usłyszałam. Chłopak również nie zareagował. Zmrużyłam oczy.
- Shin. – powtórzyłam z nadzieją, że tym razem wreszcie wydobędę z siebie w miarę słyszalny dźwięk. Pomyliłam się, znowu nie usłyszałam własnego głosu.
- Shin! – i znów taki sam rezultat. Usiadłam gwałtownie, co przyszło mi o wiele łatwiej niż powinno. Za łatwo. Odwróciłam się przodem do chłopaka, który zatopiony w myślach zdawał się nie zwracać na mnie uwagi. Wpatrywał się uparcie w splecione dłonie opuszczone między kolanami, a twarz miał wykrzywioną cierpieniem. Nie mogłam na to patrzeć. Wyciągnęłam rękę chcąc go dotknąć i zamarłam w bezruchu. Siedziałam tak przez kilka sekund, po czym uniosłam dłoń i przyjrzałam się jej, przerażona. Była… niemalże całkowicie przeźroczysta. Zeskoczyłam z łóżka. Jak silne leki mi podali? W każdym razie nie działały one na mnie najlepiej… Stanęłam przed Shinem i pomachałam dłonią przed jego oczami. Zero reakcji. Złapałam go za ramię. A raczej, spróbowałam. Moja ręka bowiem… najzwyczajniej przez niego przeniknęła. Chłopak wzdrygnął się i potarł ramię. Uniosłam dłonie do ust. To jakaś halucynacja? , przeszło mi przez myśl. Odwróciłam się w stronę łóżka i po prostu stanęłam jak wryta. Ja… moje ciało… wciąż na nim leżało. Przyjrzałam się samej sobie. Na twarzy miałam maskę tlenową, moje ciało podpięte było do różnorodnej aparatury, której nazwać nie potrafiłam. Obserwowałam jak moja klatka piersiowa powoli unosi się i opada.  Moja skóra była zdecydowanie bardziej bledsza niż powinna być, zroszona potem. Włosy rozsypane w nieładzie na poduszce. Na głowie opatrunek. Patrzyłam skołowana na własne ciało, stojąc obok łóżka. Dziwne uczucie. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Może to po prostu sen?
Zastanawiałam się jak do tego wszystkiego doszło i co tak właściwie przydarzyło mi się tym razem. Wreszcie doznałam olśnienia. Przecież przy łóżku powinny wisieć informacje na temat pacjenta i choroby. Szybko odnalazłam to, czego szukałam i już miałam się wziąć za lekturę, gdy nagle cały sprzęt, do którego byłam… moje ciało było podpięte, zaczął wydawać przeraźliwe dźwięki. Shin poderwał się ze swojego miejsca i kilkakrotnie nacisnął jeden ze znajdujących się na ścianie przycisków. Stałam zdezorientowana, próbując zrozumieć co się dzieje. Dość szybko jednak dostrzegłam przyczynę zamieszania. Moja klatka piersiowa przestała się unosić. Usłyszałam pospieszne kroki na korytarzu i już po chwili do pokoju wpadła cała grupa lekarzy i pielęgniarek. Jedna z kobiet wyprosiła grzecznie Shina, chociaż i tak musiała zmusić go do wyjścia niemal siłą. Przerażona już nie na żarty, patrzyłam jak lekarze przystępują do masażu serca. Mijały sekundy, a moje ciało nie reagowało. Unosiło się tylko gwałtownie, po czym bezwładnie opadało. Twarze personelu robiły się co raz bardziej pochmurne. Za plecami usłyszałam huk. Odwróciłam się. To Shin uderzył pięścią w przeszkloną ścianę. Toma wraz z pielęgniarką starali się go uspokoić.
Przeniosłam szybko wzrok z powrotem na moje ciało, ale napotkawszy minę lekarza, wiedziałam, że stało się najgorsze. Z przerażeniem patrzyłam jak odkłada elektrody
- Straciliśmy ją. – oznajmił chłodnym głosem i zerknął na zegarek. – Czas zgonu: 9:36.

- Nie!

wtorek, 21 stycznia 2014

Neverland: Prolog

 Oto prolog do mojego opowiadania, pierwszego od dawna, które nie jest żadnym fanfic'iem. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu. Miłego czytania.



Prolog


 Dwa światy. Temat popularny wśród wszelakich powieści, gier, ludzkich wierzeń i tym podobnych. Ten „drugi świat” występuje pod wieloma postaciami, w zależności od tego, gdzie jest przedstawiany. Raz ukazują go jako po prostu zwykłe zaświaty. Innym razem jako świat demonów, czy też innych stworzeń nadnaturalnych.
 „Drugi świat” występuje również w umysłach wielu ludzi. Jednak u każdego wygląda inaczej. Przeważnie staje się on rajem, krainą marzeń, nibylandią. Światem, nad którym mamy całkowitą kontrolę. Żyje w nim nasze alter ego. Stwarzamy idealne scenariusze najróżniejszych sytuacji. Często świat ten bywa ucieczką od rzeczywistości, ale wciąż pozostaje w naszych umysłach… to są jego granice.
 Sama również należałam do osób, które stwarzają sobie taki drugi świat. Zawsze mówiono mi, że mam bujną wyobraźnię. Cóż, nie zamierzam temu zaprzeczyć. Nigdy jednak przez myśl mi nie przeszło, że „drugi świat” mógłby istnieć naprawdę, a tym bardziej, że miałabym mieć z nim coś wspólnego.  Ba, gdyby ktoś próbowałby mi  to wmówić… zapewne bym go wyśmiała.
 Przynajmniej tak byłoby kiedyś. Z czasem  moje postrzeganie świata (i nie tylko) zmieniło się. Chciałabym opowiedzieć wam moją historię i przedstawić „drugi świat”. Jednak… nieco inny. Nieprzewidywalny, zaskakujący, nad którym człowiek i jego umysł nie mają najmniejszej kontroli.

sobota, 28 grudnia 2013

Prolog: Diabolik Lovers

 Przedstawiam wam kolejne moje opowiadanie, którym jest prolog do czegoś większego. Jest to opowiadanie o anime/grze "Diabolik Lovers". Napisałam je już jakiś czas temu, ale żeby je tu wstawić, musiałam je najpierw przesłać z innego komputera. Pozwoliłam sobie w nim wprowadzić kilka zmian - między innymi albo przede wszystkim, zmieniłam główną bohaterkę. Mam nadzieję, że to opowiadanie przypadnie wam do gustu. Miłej lektury ^ ^


Prolog


  Światło w pokoju zamrugało aż wreszcie zapaliło się na dobre. Jasny, przyjemny blask sączący się z misternie zdobionego żyrandola skutecznie rozproszył gęstą ciemność, która jeszcze zaledwie parę sekund temu zalegała w pomieszczeniu.
  Obróciłam się powoli i przyjrzałam się swojemu odbiciu w lustrze. Jeszcze bledsza niż zazwyczaj skóra kontrastowała z ciemnymi włosami, opadającymi swobodnie do pasa, gdzie każdy kosmyk kończył się spiralą. Intensywnie niebieskie oczy, otoczone gęstymi rzęsami, zdawały się jeszcze bardziej przykuwać uwagę, obwiedzione dodatkowo czarną linią. Czarna sukienka na ramiączkach, sięgająca mi do kolan, leżała na mnie gładko. Me stopy spoczywały w dopasowanych, również czarnych pantoflach, a na szyi jak zwykle zawieszony miałam naszyjnik ze srebrnym krzyżykiem. Jedynym wyraźnie odcinającym się od reszty elementem była biała róża, przypięta do ramiączka sukienki.
  Uśmiechnęłam się delikatnie do swojego odbicia w lustrze, jakby próbując przekonać samą siebie, że wszystko będzie dobrze; że dziś mi się uda.
  Na zewnątrz niebo znów przecięła błyskawica. Zdenerwowana zerknęłam za siebie, ale nie zauważyłam nic niepokojącego. Splotłam palce i uniosłam je do ust.
- Raz... dwa… trzy… - liczyłam na głos. – Cztery…
Huk. Lunął deszcz. Następny błysk.
- Raz… dwa… trzy… cztery… pięć… sześć…
Huk. Deszcz ze zdwojoną siłą zaczął bębnić w parapet.  Kolejny błysk.
- Raz… dwa…
Huk. Trzask. Światło zgasło. Błysk.
- Gotowa? – z wnętrza pokoju rozległ się z lekka rozbawiony, dobrze mi znany głos.
  Nie zdążyłam odliczyć sekund do następnego grzmotu. Niemal od razu błyskawica rozdarła niebo, a przez ten ułamek sekundy, na jaki rozświetliła pokój, w lustrze zdążyłam zauważyć postać siedzącą na moim łóżku, a także jej drapieżny uśmiech.
  Nie czekając ani chwili dłużej, rzuciłam się do wyjścia. Wypadłszy na korytarz, nie pofatygowałam się żeby zamknąć drzwi – dobrze wiedziałam, że jeśli by chciał to wydostałby się nawet z pomieszczenia bez drzwi i okien.
  Biegnąc ciemnym korytarzem, odtwarzałam sobie w myślach układ budynku. Sama siebie zadziwiałam tym, że potrafiłam już samodzielnie odnaleźć prawidłową drogę w tym istnym labiryncie. Skręciłam w korytarz po prawej stronie i nie zwalniając kroku, obejrzałam się przez ramię. To był mój błąd. Wystarczyła, bowiem ta krótka chwila nieuwagi bym wpadła prosto na „Kapelusznika”, czyli kolejnego z braci wampirów.
- Co jest, maleńka? Gdzie się tak śpieszysz? – zapytał z szerokim uśmiechem.
Nie odpowiedziałam mu. Wyszarpnęłam po prostu rękę z jego uścisku i pognałam dalej korytarzem. Gdy zbiegałam po krętych schodach, jedynymi odgłosami, jakie do mnie docierały były: mój przyspieszony oddech, stukanie pantofelków o metalowe stopnie oraz szalejąca na zewnątrz burza.
U dołu schodów przystanęłam i wychyliłam się przez barierkę, aby spojrzeć w górę. Jednak, co było do przewidzenia, niczego nie zobaczyłam. Odetchnęłam głęboko i pomknęłam dalej. Przebiegałam właśnie kolejnym korytarzem, nieróżniącym się zbytnio od pozostałych, kiedy to rozświetliła go kolejna błyskawica. W niemal oślepiającym świetle ujrzałam sylwetkę białowłosego wampira, siedzącego na parapecie ogromnego okna. Siłą woli powstrzymałam się żeby nie przystanąć. Wiedziałam, że to on, jako pierwszy skrytykowałby mnie za to. Sam właśnie udawał, że niczego nie zauważa, wpatrując się w burzowe niebo za oknem.
  Z dobrymi przeczuciami skierowałam swe kroki na ostatnie już schody. Wystarczyło, że pokonam je, puste pomieszczenie u ich dołu, krótki korytarz i będę wolna. Z tą myślą zaczęłam zbiegać po stopniach, pokrytych grubym czerwonym dywanem. W pewnej chwili zahaczyłam pantoflem o ten właśnie zdradziecki dywan. Oczami wyobraźni już widziałam następującą scenę:
Nie daję rady odzyskać równowagi, spadam ze schodów. Kiedy próbuję się podnieść, tuż obok mnie z nikąd pojawia się jeden z braci. Triumfalny uśmiech widnieje na jego twarzy, gdy szarpnięciem stawia mnie na nogi. Przysuwa wargi do mojej szyi i zatapia w niej kły. Zalewa mnie fala bólu. Próbuję się wyrwać – nadaremnie, to sprawia tylko jeszcze więcej bólu. Wampir warknięciem nakazuje mi się nie ruszać, unieruchamiając mnie jednocześnie. Wąskie strumyczki krwi spływają po mej szyi wprost na różę, zmieniając jej barwę ze śnieżnobiałej na krwistoczerwoną…
  Nic z tego jednak się nie wydarzyło. Zdążyłam się przytrzymać rzeźbionej barierki. Odetchnęłam z ulgą i nie marnując więcej czasu ponownie zaczęłam zbiegać ze schodów, tym razem przytrzymując się poręczy.
 - Jeszcze tylko sala i ho… - urwałam, zaskoczona. Sala, bowiem była zastawiona po obu stronach stołami z najróżniejszymi słodkościami. Przełknęłam ślinę, puściwszy się w slalom między meblami.
- Nie uciekniesz nam tak łatwo. – usłyszałam niemal dziecięcy głos kolejnego wampira. – Prawda, Teddy? Nie wypuścimy jej.
  Stał tam, między stołami. Na jego twarzy gościł opętany wręcz uśmiech, gdy obserwował mnie z przechyloną na bok głową. Jak zwykle w rękach trzymał swojego ukochanego misia.
  Jakimś cudem udało mi się opuścić salę. Chociaż nogi powoli odmawiały posłuszeństwa, trzęsąc się nie wiadomo, czy to ze strachu, czy ze zmęczenia.
- Jeszcze kawałek, jeszcze tylko kawałek! – szepnęłam do siebie.
  Pokonywałam już ostatnie metry dzielące mnie od drzwi – od wolności. Miałam je już na wyciągnięcie ręki, gdy… zatrzasnęły się.
- Nie! – szarpnęłam rozpaczliwie za klamkę. – Nie, nie, nie! Było tak blisko! To niesprawiedliwe! – krzyczałam.
  Uderzałam pięścią w drewno, kopałam, szarpałam. Wszystko na nic. Drzwi ani drgnęły. Byłam bliska płaczu. Wtedy właśnie poczułam czyjś dotyk na talii, a już po chwili otoczyło mnie silne ramię.
- Tak. To niesprawiedliwe, że to zawsze Ayato wygrywa. – usłyszałam zrezygnowany głos Raito vel „Kapelusznika”.
- Właśnie. – zawtórował mu Kanato. – Teddy i ja też chcielibyśmy napić się jej krwi.
  Ayato odwrócił mnie przodem do siebie i powiódł zadowolonym, pełnym wyższości wzrokiem po braciach.
- Chyba nie muszę wam przypominać, kto tu jest najlepszy?
  Szybko uniosłam dłoń do ust, lecz pomimo tego nie zdążyłam powstrzymać parsknięcia śmiechem. Ayato błyskawicznie przeniósł na mnie wzrok, a na jego twarzy odmalowało się zdziwienie. Widząc to, jego dwaj bracia uśmiechnęli się niemalże jednocześnie. Ayato zmarszczył gniewnie brwi.
- Och, przepraszam cię. – wydusiłam wreszcie, uśmiechając się do niego.
- Zdrajczyni. – mruknął, na co ponownie zareagowałam śmiechem.
- Brawo, maleńka. – Raito zaklaskał w dłonie. – Niedługo doprowadzisz dumę „Naszej Wysokości” do ruiny.
- Zamilcz. – warknął Ayato, obejmując mnie mocniej ramieniem.
- Jesteście za głośni… - westchnął Shu, stojący pod ścianą. Jak zawsze oczy miał półprzymknięte, a w jego uszach tkwiły słuchawki.
- Wybacz, Shu. – uśmiechnęłam się do blondyna przepraszająco.
- Nie gadaj tyle, na – leś – ni – ku. Czas na moją nagrodę. – oznajmił Ayato, pochylając się nade mną.
  Z cichym westchnięciem odgarnęłam włosy na prawe ramię.
- Grzeczny, naleśnik. – szepnął wampir, pochylając się do mojej szyi. Na skórze poczułam jego ciepły oddech. Przymknęłam oczy, przygotowując się na ból.
- Skończyliście się już bawić? Jeśli tak, to zapraszam na posiłek. – oświadczył niezwykle oficjalnie Reiji.
Ayato zaklął cicho w moją szyję i oparł podbródek na mym ramieniu.
- Sztywniak. – prychnął.
Reiji zmarszczył tylko brwi i wskazał nam ruchem ręki, że mamy udać się do jadalni. W pełni zgadzałam się z Ayato – „Okularnik”, czyli Reiji był strasznym sztywniakiem.
- Wygląda na to, że nikt dzisiaj nie ma szczęścia. – stwierdził Raito, rozkładając ręce w dramatycznym geście.
  Wszyscy, z wyjątkiem „Okularnika”, zgodziliśmy się z nim jednogłośnym mruknięciem, po czym powlekliśmy się do jadalni, gdyż Reiji zaczął się już wyraźnie niecierpliwić.
Po drodze w moją stronę nachylił się Subaru, białowłosy wampir.
- Nieźle. Poprawiłaś swój czas. – szepnął.
- A dziękuję. – mrugnęłam do niego.  Ku mojemu zdziwieniu, ale i zarazem radości, kącik ust chłopaka zadrgał, po czym uniósł się w delikatnym uśmiechu. 

sobota, 28 grudnia 2013

One shot: Soul Eater

 A oto i drugie opowiadanie, które napisałam jeszcze dzisiaj xD Występują w nim postacie z anime/mangi Soul Eater oraz postacie dodatkowe, stworzone przeze mnie. Liczę, że się wam spodoba. Bez przedłużania... życzę miłego czytania ^ ^



  Arachnofobia



  Strach jest wszechobecny. Każdy z nas czegoś się boi, niezależnie od tego, jak dobrze będzie to ukrywał. Jedni z nas mają poważne lęki, inni natomiast bardziej błahe. Tak więc, jesteśmy otoczeni przez wszelkie możliwe bojaźnie – strach przed śmiercią, zdradą, utratą bliskiej osoby, ciemnością, wysokością, zamkniętą przestrzenią, lataniem i tak dalej. Ja zawsze bałam się pająków. Sądzę, że wpakowałam się już w niezłą arachnofobię.
  A z kim przyszło nam walczyć podczas najnowszej misji? Z, o ironio, wiedźmą Arachne. A konkretniej to z jej oddziałami – organizacją o nazwie „Arachnophobia”. To się nazywa złośliwość losu… Nie spodziewałam się jednak, że mój lęk aż tak bardzo będzie przeszkadzał mi w walce. Nigdy do tej pory nie zwierzyłam się żadnemu z moich przyjaciół z mojego lęku, gdyż uważałam go za zwykłą głupotę i myślałam, że tylko się tym upokorzę. Całą drogę, jaką przyszło przebyć naszej drużynie do celu zleconej nam misji, zastanawiałam się więc, co może nas spotkać. To co zastaliśmy na miejscu, przerosło jednak wszelkie moje oczekiwania…
  Celem naszej misji było niewielkie górskie miasteczko, które „Arachnophobia”, nie wiedzieć czemu, doszczętnie spustoszyła. Mieliśmy przeczesać to, co z niego pozostało, aby odnaleźć ewentualną przyczyną ataku i zniszczenia.
  Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że z miasteczka zostały prawie same ruiny. Rozpadające się budynki, powybijane okna, porozrzucane najróżniejsze przedmioty. A wszystko to zwieńczone plamami krwi.
- Tu musiała dziać się prawdziwa rzeźnia… - szepnęłam.
- Jak można być tak okrutnym? – zapytała Maka, rozglądając się.
- Nie marnujmy czasu, tylko sprawdźmy te cholerne ruiny i miejmy to już z głowy. – mruknął Black Star.
  Przytaknęliśmy i bez słowa rozdzieliliśmy się, wchodząc między ruiny.
- Tu nic nie ma. – stwierdziłam po chwili, popychając ledwo trzymające się na zawiasach drzwi. Te zaskrzypiały i otworzyły się, wpuszczając trochę światła do zdemolowanego wnętrza niewielkiej chatki. Zmrużyłam oczy, dostrzegając w kącie jakąś zgarbioną postać. Cofnęłam się za próg.
- Hej! Tu ktoś jest! – zawołałam, a chwilę później dołączyła do mnie reszta drużyny.
Zgarbioną postacią okazała się być staruszka, cudem ocalała z tej istnej rzeźni.
- Proszę pani? – zapytała Maka, podchodząc do kobiety.
- Zostawcie mnie! Odejdźcie! – krzyczała kobieta, kuląc się. – Weźcie wszystko co chcecie, ale nie zabijajcie mnie! Już i tak wiele czasu mi nie zostało…zlitujcie się nad biedną staruszką…
- Nic pani nie zrobimy. Jesteśmy uczniami Shibusen, przyszliśmy pani pomóc. – oznajmił Kid, postępując krok do przodu.
- Shibusen? – kobieta podniosła głowę.
Kilka minut później wspólnymi siłami doprowadziliśmy pomieszczenie do jako takiego stanu. Chłopcy pomogli kobiecie usiąść przy niewielkim stole, a miejsce naprzeciwko niej zajęła Maka. Pozostali, w tym ja, ustawiliśmy się obok.
- Więc… co się tutaj stało? – zaczęła Maka.
- Przyszli znikąd. Grozili, mordowali. Zabili wszystkich. Udało mi się przeżyć, bo gdy tu przyszli, byłam w górach. Zbierałam zioła…
- Wie pani czego chcieli?
- Szukali czegoś. Nie wiem czego…
- Dobrze, nie będziemy już pani więcej męczyć, zaraz pójdziemy i…
- Oni tu wrócą! – zawołała drżącym głosem staruszka, łapiąc Makę za dłoń i wbijając w nią palce, tak że zielonooka aż się skrzywiła. – Na pewno tu wrócą i mnie zabiją!
- Kto? Kto tu wróci? – tym razem pytanie zadał Kid.
- Oni! Oni! – w oczach kobiety można było dojrzeć obłęd.
- Arachnophobia? – podsunęła Maka.
- Wrócą tu… - szepnęła tylko staruszka.
- To nie ma sensu. Zostawmy tą staruchę i zabierajmy się stąd. – prychnął Black Star.
- Black Star! – upomniał go głos Tsubaki, dochodzący z miecza, który trzymał w dłoniach. Ja w tym czasie wbiłam mu łokieć między żebra.
- Dobra, już dobra! – wrzasnął niebieskowłosy, wychodząc z pomieszczenia.
Maka przeprosiła kobietę, zapewniła, że nic jej nie grozi, po czym opuściliśmy jej domek.
- No i nie dowiedzieliśmy się niczego nowego – westchnęłam.
- Mówiłem, że to tylko strata czasu. – parsknął Black Star. – Ale oczywiście nikt mnie nie słuchał. Zobaczycie jeszcze, jak przerosnę Boga, to wszyscy będziecie do mnie przychodzić na kolanach, prosząc o radę!
Przewróciłam oczami, ale nagle stanęłam jak wryta.
- Coś nie tak, Keira? – Maka przystanęła kawałek dalej. Pozostali również zatrzymali się, spoglądając na mnie. Nie odpowiedziałam, tylko wskazałam ręką na ruiny jednego z budynków. Wszystko oblepione było tam pajęczą siecią, a z cudem trzymającego się jeszcze dachu, zwisał wielki kokon. Przełknęłam głośno ślinę.
- Co to ma być? – Kid zmarszczył brwi.
- O kurna, ale to musiało być wielkie bydle z tego pająka! – krzyknął Black Star.
- Taaa…jeśli gdzieś tu czai się mamuśka tego…czegoś, to wolałbym jej nie spotkać. – stwierdził Soul.
W tej chwili powietrze między nami przecięło spore ostrze, które wbiło się w kokon. Soul błyskawicznie przybrał postać kosy, wpadając prosto w dłonie Maki. Ona, ja, Kid i Black Star, ustawiliśmy się plecami do siebie, gotowi do walki. Zacisnęłam dłonie na rękojeści swojego tachi, na którego ostrzu pojawiły się oczy Tove’a.
- Wszystko w porządku? – zapytał chłopak. Jego głos był zniekształcony z powodu formy w jakiej w tej chwili się znajdował.
- Taa. – mruknęłam.
- Uważaj na siebie. – powiedział jeszcze, po czym ostrze wróciło do normalnego wyglądu.
  Nie musieliśmy długo czekać na atak. Spora grupa osób w szarych strojach i z białymi maskami na twarzach, wyłoniła się częściowo zza ruin, a częściowo zbiegając ze zbocza góry. W dłoniach dzierżyli najróżniejsze rodzaje broni białej – mieli wszystko czym można było dźgać, siekać, ciąć i rzucać.
- Gotowi? – zapytała Maka.
- Gotowi. – odpowiedzieliśmy chórem, po czym rzuciliśmy się w wir walki.

  Błysk ostrz, zgrzyt metalu, wystrzały z pistoletów Kid’a towarzyszyły nam przez cały czas trwania bitwy. Właśnie odskakiwałam do tyłu, aby uniknąć ciosu jednego z członków armii „Arachnophobii”, kiedy zauważyłam, że kokon się poruszył. Zadałam szybki cios i mężczyzna padł na podłoże, z powiększającą się szkarłatną plamą na szarym stroju. Po chwili jego ciało rozpadło się, pozostawiając po sobie jedynie czerwoną lewitującą kulę – jego duszę.
  Odwróciłam się powoli w stronę budynku z kokonem i zamarłam. Z dziury, którą zrobiło ostrze wbite w kokon przed walką, w zastraszającym tempie wychodziły pająki. Była ich cała chmara. Zlazły z kokonu na ziemię, kierując się w stronę pola walki. Ziemia od nich momentalnie przybrała czarny kolor. Wpatrzona w poruszającą się ciemną masę, nie zauważyłam nadchodzącego ciosu i padłam na ziemię. Jęknęłam i zamachnęłam się, trafiając ostrzem w brzuch przeciwnika. Podniosłam się do pozycji siedzącej, a następnie z piskiem zaczęłam się cofać po podłożu, gdy robale skierowały się w moją stronę. Zerwałam się na równe nogi i szłam tak długo, aż moje plecy natrafiły na przeszkodę w postaci ściany jakiegoś budynku.
- Precz, precz, precz ode mnie! – załkałam, czując napływające do oczu łzy.
- Keira! Uspokój się! – odezwał się Tove, gdy zamachałam nim niezdarnie.
Niestety pająki już do mnie dotarły i zaczęły wspinać się po moich nogach. Wrzasnęłam rozpaczliwie, zanosząc się szlochem uderzyłam plecami w ścianę.
- Keira? – Maka odwróciła się w moją stronę. – To tylko pająki! Nic ci nie zrobią!
Ja takiej pewności nie miałam. Wzdrygnęłam się, gdy poczułam łaskoczące odnóża pająka, wspinającego się po moim ramieniu, a następnie szyi. Chciałam go zrzucić, ale wtedy poczułam bolesne ukłucie w miejscu, gdzie siedział. Upadłam na kolana, a co raz więcej robali wchodziło na moje ciało. Sparaliżowana strachem nie mogłam nic zrobić. Czułam jak pająki wciskają mi się pod ubranie, wchodzą do uszu, ust. Nic już nie widziałam, przestałam nawet łkać.
- Keira, weź się wgarść! – usłyszałam krzyk któregoś z przyjaciół. – Co się z tobą dzieje?!
- Kid, zróbże coś! – to chyba Maka. – Zestrzel z niej te robale!
- Nie! Jeszcze w nią trafię! – po czym nastąpiła seria strzałów, ale nie w moją stronę.
- Keira, błagam cię, podnieś się, walcz! – nalegał Tove, ale ja tylko mocniej zacisnęłam na nim palce.
Nie mogę, nie dam rady, pomyślałam.
- Rezonans Dusz! – krzyk Kid’a. Czyli walka robiła się poważna. – Death Cannon!
Po tym nastąpił wielki wybuch, a po nim wrzaski przeciwników.
- Dalej, Keira, zróbmy to! – Tove wciąż nalegał. – Damy radę!
Wciąż siedziałam w bezruchu. Potrafiłam tylko myśleć o odnóżach i odwłokach wędrujących po moim ciele, muskających moją skórę.
- Damy radę. No, dalej.
Damy radę. To tylko robale, tylko robale.
Skupiłam się na tyle na ile tylko mogłam. Zacisnęłam powieki.
- Rezonans Dusz! – wrzasnęłam.
Poczułam jak dusza Tove’a zbliża się do mojej, synchronizują się i łączą ze sobą.
- Pogromca Burz!
Broń w moich dłoniach rozbłysła niebieskawym blaskiem. Ostrze zaczęło się wydłużać i rozszerzać. Panika jednak wciąż mnie nie opuściła. Za bardzo się bałam, byłam za mało skupiona. Pogromca Burz rozprysł się w moich rękach. Siła tego wybuchu wyszarpnęła mi tachi z rąk. Miecz brzdęknął, uderzając o podłoże kawałek dalej, podczas gdy ja sama upadłam. Zwinęłam się na ziemi w kłębek. Jedynym plusem nieudanego ataku było zniknięcie pająków.
- Nie czas na wylegiwanie się! Podnoś dupsko i do roboty! – usłyszałam za mną głos Black Stara, a nad moją głową przeleciała łańcuchowa kosa, uderzając w żołnierza „Arachnophobii”.  Zacisnęłam dłonie w pięści, podnosząc się. Ponownie sięgnęłam po tachi i wróciłam do walki.
  Oddział „Arachnophobii” wyraźnie ucierpiał. Albo zmienił swoje plany. Wielu żołnierzy poległo w walce, pozostałe niedobitki w pewnym momencie po prostu uciekły z powrotem w góry. Uznając, że jest już bezpiecznie, pozwoliliśmy by nasze bronie wróciły do swoich ludzkich form. Tak więc, mój tachi stał się na powrót ludzką wersją Tove’a, kosa łańcuchowa Black Stara przybrała zwyczajną formę Tsubaki, bliźniacze pistolety Kid’a zmieniły się w Liz i Patty, a kosa Maki przeobraziła się w Soul’a.
  Z ponurą miną poprawiałam czarne rękawiczki bez palców na moich dłoniach, kiedy stanął przede mną Kid.
- Co to jest? – przesunął delikatnie palcami po mojej szyi. W pierwszej chwili zarumieniłam się i spuściłam wzrok, by nie patrzeć w jego złote oczy, ale zaraz syknęłam z bólu
- Źle to wygląda. Robi się czerwone i puchnie.
- Trzeba będzie ją zabrać do profesora Steina albo Nygus. – stwierdziła Maka.
Potarłam się po karku i ponownie syknęłam.
- Nie dotykaj. – skarcił mnie Tove, łapiąc mój nadgarstek.
- No cóż, chyba nic już tu po nas. – stwierdziła Liz, przeciągając się. – Spadamy stąd?

  Kilka chwil później siedzieliśmy już w pociągu, jadącym w kierunku Death City. Przez całą drogę powrotną nie odezwałam się ani słowem. Przyjaciele kilkakrotnie próbowali mnie zagadywać, ale ja uparcie milczałam. Odczuwałam swój atak paniki w miasteczku, jako osobistą porażkę. Cały czas dręczyły mnie nie wesołe myśli, a nawet wyrzuty sumienia. W międzyczasie, kiedy ja byłam pogrążona w swoich myślach, Maka skontaktowała się z ojcem Kid’a i złożyła mu raport z misji. Opowiedziała też o pająkach, ale ani słowem nie wspomniała o moim „popisie”. Odrobinę mi ulżyło.
  W Shibusen skierowaliśmy swoje kroki do pokoju pielęgniarskiego, gdzie Nygus opatrzyła moją ranę na szyi i wręczyła mi słoiczek maści o niezbyt przyjemnym zapachu. Następnie Maka zaprosiła nas do swojego mieszkania. Kiedy ona poszła po napoje dla nas, my rozgościliśmy się w salonie. Ze zrezygnowaniem opadłam na kanapę i ukryłam twarz w dłoniach.
- Jestem beznadziejna. – jęknęłam.
- Heeej, nie przejmuj się. – Liz usiadła obok mnie, pocieszającą głaszcząc mnie po plecach.
- Co tak właściwie się tam stało? – zapytał Soul, opierając się o framugę drzwi.
- Ja… - przerwałam by zaczerpnąć powietrza. – Mam arachnofobię…
- Dlaczego nic wcześniej nie mówiłaś? – zapytała Maka, stając w drzwiach z tacą z napojami.
- Bałam się, że mnie wyśmiejecie. – przyznałam zgodnie z prawdą.
- Kochana, każdy z nas czegoś się boi. – powiedziała Liz.
- Oprócz mnie. – stwierdził Black Star. – Ja niczego się nie boję. Powinnaś brać ze mnie przykład.
W tej chwili Tsubaki, chociaż zwrócona w moją stronę z uśmiechem na twarzy, uderzyła swojego partnera w głowę.
- Ej! Przestaniecie mnie bić?! – wrzasnął Black Star. – Baby…
- Liz, ma rację. Każdy czegoś się boi. – potwierdziła Maka, stawiając szklanki na stole.
- Przykładowo, Kid boi się asymetrii.
Siostra Liz wybuchła śmiechem, pokazując na swojego i swojej siostry partnera palcem.
- Co na to poradzę? Asymetria mnie obrzydza. – wzdrygnął się czarnowłosy.
- A Soul bał się i chyba nadal boi, opętania przez czarną krew. – dodała Maka.
Białowłosy spiorunował Makę spojrzeniem, po czym wzruszył ramionami.
- Tak, to prawda. I ty, Keira, nie powinnaś się wstydzić swojego lęku.
- No właśnie, w końcu jesteśmy twoimi przyjaciółmi. – uśmiechnęła się Maka.
- Pomożemy ci zwalczyć twój strach. – wtrąciła spokojnie Tsubaki.
- Dokładnie! – poparła ją Liz.
- Zabijemy robale, zabijemy robale. – śmiała się Patty.
Powiodłam wzrokiem po twarzach przyjaciół. Liz, Patty, Maka, Tsubaki, Soul, Black Star, Kid i Tove – każdy uśmiechał się do mnie ciepło, przyjaźnie.
- Jesteście kochani. – odwzajemniłam uśmiech.
  Dalsza część dnia minęła nam już spokojnie, jak zwykle na wygłupach i rozmowach. Zapomniałam o swoim lęku, przynajmniej chwilowo. Od czasu do czasu pocierałam tylko dłonią opatrunek na szyi. Nie mogłam powstrzymać tego odruchu.

  Staruszka prowadzona przez dwóch strażników znalazła się w wielkiej sali, głęboko pod ziemią. Na wprost niej, na tronie, który przypominał raczej wielką pajęczynę, niż tron, siedziała kobieta cała w czerni.
- O, Pani! – staruszka skłoniła z szacunkiem siwą głową.
- Przejdź do konkretów. Dziewczyna została zainfekowana?
- Tak.
- Jesteś tego pewna?
- Jestem tego tak pewna, jak twojej potęgi, Arachne.
- Świetnie. – wiedźma wykrzywiła usta w paskudnym uśmiechu. Pstryknęła palcami, a strażnicy złapali staruszkę za ramiona.
- C-co? Pani, o co tu chodzi?
- Nie jesteś mi już potrzebna. – kobieta machnęła dłonią na strażników. – Pozbądźcie się jej.
- A-ale…obiecałaś mi…
- A ty uwierzyłaś w obietnice wiedźmy? – czarnowłosa zaśmiała się i zasłoniła twarz wachlarzem.
- Arachne, ty stara wiedźmo! – wrzeszczała stara kobieta, gdy strażnicy wlekli ją przez korytarz.
- Czas rozpocząć przedstawienie. – oczy Arachne rozbłysły, a jej śmiech niósł się echem po podziemnym pałacu.