Ariana | Blogger | X X

środa, 29 października 2014

Zagadka...

 Witajcie, moi drodzy czytelnicy! Czy wiecie co się zbliża? Nie? Może małą podpowiedź dadzą wam te dwa fragmenty pewnego MEP'a, które znalazłam na YouTube:

https://www.youtube.com/watch?v=KcVIpI7d_nU

https://www.youtube.com/watch?v=6z4sXRErxO0


 Jeśli domyśliliście się  już, o co mi chodzi - świetnie. Jeśli nie - trudno, nic nie szkodzi. Odpowiedź poznacie pod koniec tego tygodnia, o ile się wyrobię (jak nie to trochę później). Więc... miłego oczekiwania :3

poniedziałek, 13 października 2014

Diabolik Lovers: Rozdział 9

 Spóźniony, bo spóźniony, ale wreszcie jest! 9 rozdział DL! Świeżutki, cieplutki, nic tylko łapać i czytać :3 Podobno ten rozdział wyszedł mi "trochę romantycznie"... Cóż, przekonajcie się sami xD Ah, a jeśli chcecie posłuchać piosenki, którą śpiewa tutaj Natsuki przewińcie post trochę w dół. Tam wkleiłam filmik. No dobrze, to chyba tyle, zapraszam do czytania ^ ^



„Bezdźwięczny głos”

  Stoję sama na pustej scenie. W dłoni kurczowo ściskam mikrofon. Ciemność na sali rozpraszają lampy ustawione wokół sceny w ciasnym kręgu. Światło mnie oślepia, a od jego gorąca zaczynam się pocić.
 Nagle część lamp przygasa i znika. Moim oczom ukazuje się widownia. Niekończące się rzędy ludzi wpatrujących się we mnie pustym wzrokiem. Ciszę przerywa melodia. Rozglądam się w poszukiwaniu źródła dźwięku, ale go nie znajduję. Wszystko poza widownią spowija teraz ciemność.
 W melodii rozpoznaję znajome nuty. Unoszę dłoń z mikrofonem. Poruszam ustami, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Piosenka zaczyna się od nowa. Ponownie więc próbuję zaśpiewać, ale i tym razem moje struny głosowe milczą.
 Lampy ponownie rozbłyskują, wszystkie skierowane na mnie. Z widowni dobiega mnie jednogłośne buczenie setek ludzi. Buczenie błyskawicznie przeradza się w warkot. Światło przygasa na chwilę, a gdy ponownie się zapala przede mną zamiast ludzi pojawia się sfora wilków. Wielkich, szarych bestii z obnażonymi kłami. Przerażona cofam się, ale podłoże znika spod moich stóp. Spadam w ciemność; nieprzenikniony mrok wyciąga po mnie swoje łapska. Chcę krzyczeć, wrzeszczeć z przerażenia i wołać pomocy, ale mój głos niknie zanim jeszcze wydobędzie się z mych ust.
 Usiadłam gwałtownie na łóżku. Rozejrzałam się wokół i odetchnęłam z ulgą. Byłam w swoim łóżku, w swoim pokoju.
- Czyżby zły sen?
 Podskoczyłam na dźwięk znajomego głosu. Ponownie przeczesałam pokój wzrokiem i dopiero teraz zauważyłam Ayato rozpartego na krześle przy moim łóżku. Na jego twarzy gościł szeroki uśmiech, a kocie oczy błyszczały w półmroku panującym w pokoju.
- Może… - mruknęłam, naciągając kołdrę aż pod brodę.
 Uśmiech na twarzy wampira jeszcze bardziej się poszerzył.
- Przykro mi, Naleśniku, ale pora wstawać. Mam ci pomóc?
- Nie, dziękuję! – odmówiłam szybko. – Poradzę sobie.
 Strasznie, ale to strasznie nie lubiłam szykować się z Ayato w moim pokoju. Cały czas czułam na sobie jego wzrok. Jadowicie zielone oczy śledziły każdy mój ruch.
 Jakimś cudem udało mi się wymknąć z pokoju, żeby w samotności móc się przebrać. Następnie wróciłam do sypialni by dokończyć przygotowania. Zaplotłam włosy z tyłu głowy i swoim zwyczajem podkręciłam je na końcach. Na szyi zapięłam oczywiście swój nieodłączny naszyjnik ze srebrnym krzyżykiem. Przez cały ten czas widziałam w lustrze odbicie uśmiechu Ayato.
 Tego wieczoru nie byliśmy jedynymi osobami przybywającymi w limuzynie. Pod szkolnym budynkiem stały rzędy zaparkowanych drogich samochodów najróżniejszych marek i kolorów. Na dzisiejszy apel zjechali się rodzice i inni krewni większości uczniów. My jednak nie mogliśmy liczyć na spotkanie ani mojego ojca, ani tym bardziej ojca wampirów.
 Gdy tylko przekroczyliśmy próg szkoły naszym oczom ukazały się jasno oświetlone korytarze pełne wystrojonych uczniów. W pierwszej chwili poczułam się dziwnie zwyczajnie i nijako w swojej prostej czarnej sukience. Wrażenie to minęło, gdy chłopcy otoczyli mnie dość ciasnym półkolem  i w ten sposób ruszyliśmy w stronę auli. No, bo jaka jeszcze dziewczyna może pochwalić się paradowaniem po szkole z szóstką zabójczo przystojnych wampirów?
 Na sali panował istny chaos. Występujący uczniowie tłoczyli się przy scenie, pozostali przepychali się by znaleźć na widowni swoje miejsca. Nauczyciele krążyli w pośpiechu między uczniami, sceną i rodzicami wydając ostatnie polecenia, witając się i dopinając wszystko na ostatni guzik.
- Przykro mi, że muszę cię opuścić, Maleńka – odezwał się Raito, nachylając się do mojego ucha. – Ale chcę sprawdzić jak stoją sprawy z fortepianem.
 Skinęłam mu głową i gdy po chwili zniknął w tłumie rozejrzałam się po sali. Wszędzie było pełno ludzi. Nawet nie przypuszczałam, że nasza szkoła ma tylu uczniów. Przyglądając się liczbie gości, ich eleganckim strojom i ogólnemu zamieszaniu stwierdziłam, że to już nie jest zwykły apel podsumowujący tylko prawdziwa impreza.
 Zaczęłam się denerwować. Nie widząc jednak sensu pchania się jeszcze na scenę stanęłam pod ścianą i po raz kolejny zaczęłam przypominać sobie słowa piosenki.
Nagle zauważyłam, że w moją stronę przez tłum przedziera się jedna z młodszych uczennic.
- Hej, proszą cię żebyś skoczyła do pokoju muzycznego po jakieś nuty – oznajmiła, stając przede mną.
Zdziwiona, uniosłam brwi, ale skinęłam głową.
- Masz klucze? – zapytałam.
- Tak, pójdę z tobą.
 Chociaż powiedziała, że pójdzie ze mną nie miała chyba jednak przez to na myśli, że będzie ze mną rozmawiać. Ilekroć próbowałam zacząć konwersację zbywała mnie krótkimi odpowiedziami. Wreszcie się więc poddałam i w milczeniu dreptałam za nią korytarzem, wsłuchując się w stukot własnych butów na posadzce.
 Szkoła w tym skrzydle wydawała się dziwnie opuszczona. Nie docierał tutaj hałas z auli, a oświetlone były tylko główne korytarze.
 Wreszcie stanęłyśmy przed drzwiami do sali muzycznej. Moja małomówna towarzyszka bez słowa przekręciła klucz w zamku i otworzyła drzwi. Następnie przeniosła wzrok na mnie.
- Zaczekam tu na ciebie.
- Okay – wzruszyłam obojętnie ramionami i weszłam do pomieszczenia.
 Spojrzałam na półkole ustawione z instrumentów, których nie zabrano na występ i na biurko nauczyciela. Przejrzałam wszystkie pulpity, ale nigdzie nie widziałam żadnych nut. Poczułam, że coś jest nie tak. Za późno.
- Hej, tu nie ma żadnych… - nie dokończyłam zdania, gdyż w tej chwili drzwi się zatrzasnęły. – Hej!
 Podbiegłam do nich i szarpnęłam za klamkę. Zamknięte. Zaczęłam uderzać nerwowo w drzwi.
- To nie jest śmieszne! Hej, ty! Wypuść mnie! Słyszysz?! Wypuść mnie stąd!
 Lecz dziewczyna, o ile w ogóle jeszcze tam była, nie miała zamiaru wysłuchać moich próśb. Spanikowana zaczęłam krzyczeć jeszcze głośniej, ale szybko przestałam. Nie chciałam stracić głosu. Chociaż z drugiej strony, jeśli nie zdążyłabym na apel to nie miałoby to żadnego znaczenia…
 Przygryzłam dolną wargę, rozglądając się po pomieszczeniu. Znajdowałam się na drugim piętrze. Jedyne drzwi zostały zamknięte na klucz. Co robić?
 Nadzieja już mnie opuściła i pogodziłam się z tym, że zabraknie mnie na apelu, ale wtedy usłyszałam ciche warknięcie dochodzące z korytarza. Przytknęłam ucho do drewna, nasłuchując. Ktoś musiał tam być.
- Pomocy! Hej! Ratunku!
- Natsuki?... – dobiegł mnie zdziwiony głos z drugiej strony drzwi.
- Subaru! O mój Boże, co za ulga!
- Co ty tam robisz?
- Ktoś mnie tu zamknął. Powiedziała mi, że mam przynieść jakieś nuty, ale…
- Wiesz, że apel się zaraz zacznie?
- Wiem! Mógłbyś pójść po klucze? Proszę, Subaru…
- Odsuń się od drzwi.
- Słucham?
- Odsuń się od drzwi – powtórzył.
- Dobra… - mruknęłam i odsunęłam się na bok. Okazało się, że całkiem słusznie, ponieważ już po kilku sekundach rozległ się straszliwy huk i drzwi otworzyły się gwałtownie, uderzając przy tym z całym impetem w ścianę.
 Niepewnie wysunęłam głowę zza framugi. Subaru powoli opuścił nogę i przeniósł na mnie wzrok.
- D-dzięki… - wybąkałam. Zerknęłam na drzwi, które wyglądały jakby miały w każdej chwili wypaść z zawiasów. – Emm… tylko jak to wytłumaczymy?
Subaru wzruszył ramionami.
- Problem Shuu.
- Shuu?
- Jest właścicielem tego pokoju.
Już otwierałam usta żeby zadać kolejne pytanie, ale białowłosy mi przerwał.
- Lepiej się pośpiesz, bo nie zdążysz na swój występ.
- Ah, racja! Dzięki wielkie, Subaru! – zawołałam i pomknęłam w stronę auli.
 O mały włos spóźniłabym się na rozpoczęcie apelu. Wszyscy pozajmowali już swoje miejsca na widowni lub przy scenie. Światła przygasły i paliło się teraz tylko kilka lamp oświetlających scenę.
- Gdzieś ty się podziewała, Maleńka? – zapytał Raito, gdy tylko stanęłam obok niego. – Już myślałem, że zeżarła cię trema.
- Miałam mały wypadek… - mruknęłam.
 Niedługo później apel rozpoczął się przemówieniem dyrektorki. Szczerze mówiąc, to nie za bardzo jej słuchałam, byłam bowiem zbyt pochłonięta szybkim przypominaniem sobie tekstu piosenki.
- Spokojnie Maleńka – mruknął Raito, obejmując mnie ramieniem. – Jestem tuż obok…
 Spojrzałam na niego spode łba, na co zareagował jedynie szerokim uśmiechem. Prychnęłam i odwróciłam głowę.
 Jeszcze przed nami występowała ów blondynka z młodszej klasy, która od kilku dni tak niechętnie reagowała na mój widok. Wreszcie przypomniałam sobie jej imię. Yuri. W swojej śnieżnobiałej sukience oraz takim samym futerkowym bolerku była tego wieczoru moim całkowitym przeciwieństwem.
 Zaśpiewała jakiś znany świąteczny przebój, czym wcale mnie wielce nie zachwyciła. Oczywiście publika natomiast, w przeciwieństwie do mnie, nagrodziła ją gromkimi brawami. Kiedy schodziła ze sceny, jej wzrok powędrował w naszą stronę. Napotkawszy moje spojrzenie zrobiła zaskoczoną minę. W odpowiedzi posłałam jej spokojny uśmiech.
Tak myślałam, że miała z tym coś wspólnego.
 Nie miałam jednakże zbyt wiele czasu na swoje przemyślenia, gdyż oto przyszła pora na występ mój i Raito.
- Mam ochotę jej dokopać… - wymamrotałam wchodząc po stopniach z boku sceny.
- No, no, Maleńka… Pokażemy im? – Raito wyciągnął do mnie rękę.
 Po chwili wahania przyjęłam ją z uśmiechem. Chyba nie zaszkodzi mi chociaż raz dogadać się z Raito…
- Jasne.
 Podchodząc do mikrofonu umiejscowionym na środku sceny zerknęłam na wampira. Usadowił się on już na swoim miejscu przy fortepianie. Jego elegancka, ciemnozielona koszula połyskiwała delikatnie w świetle lamp. Niemal parsknęłam widząc kapelusz na jego głowie. Oczywiście, nie mógł zrezygnować ze swojego ulubionego dodatku.
 Raito uniósł pytająco brew, zawieszając dłonie w powietrzu nad klawiszami instrumentu. Odetchnęłam głęboko, przełknęłam ślinę i skinęłam mu głową.
 Lampy wycelowały strumienie światła wprost na nas. Szmery na widowni ucichły. Aulę wypełniły pierwsze dźwięki doskonale znanej mi już melodii. Z bijącym sercem przebiegłam wzrokiem po widowni. Pamiętałam, że na takich występach najlepiej wbić wzrok gdzieś w przestrzeń nad głowami widzów. Tego wieczoru postanowiłam jednak postąpić inaczej. Odnalazłam na widowni twarz Ayato. A co mi tam. Zacisnęłam drżące dłonie na mikrofonie i rozchyliłam usta. No to zaczynamy… Miałam tylko nadzieję, że mój głos nie zaniknie tak jak w moim koszmarze. I tak się na szczęście nie stało. W odpowiedniej chwili zgrałam się z Raito, a z moich ust popłynęły następujące słowa:

Noc, wszędzie zapadła
martwa cisza.
Pada śnieg,
na me wyciągnięte dłonie
spadają drobne płatki i momentalnie się rozpływają.
Cóż za ulotne życie.
Śnieg gromadzi się bezdźwięcznie
jak światłość.
Zgarniasz go do siebie i uśmiechasz się.
„Jak teraz brzmi mój głos?”
Nawet jeśli odpowiem,
ty już nie usłyszysz.
Powiedz mi, że cierpisz.
Powiedz mi, że jesteś samotny.
Odnajdę cię,
gdziekolwiek byś był…
Proszę, nie zostawiaj mnie samej, proszę, błagam cię.
Czy nie dzielimy przecież tej samej duszy..?
Zupełnie jak otaczający nas śnieg,
powoli zanikasz.
Jedyne co mogę zrobić to mocno cię objąć.
Jeśli to możliwe, choć raz,
pozwól mi usłyszeć twój głos.
Jeszcze raz, tylko jeden raz
wypowiedz me imię…

 Odsunęłam się nieco od mikrofonu i powiodłam wzrokiem po widowni. Shuu, ku mojemu zdziwieniu patrzył w moją stronę, zaciekawiony. Kanato ściskał kurczowo swojego misia, ale również nie spuszczał ze mnie wzroku. Twarzy Subaru nie widziałam, gdyż siedział najdalej od reszty jak tylko mógł. Ayato wydawał się być zaskoczony i tylko Reiji wciąż zachowywał kamienny wyraz twarzy.
 Wsłuchując się uważnie w dźwięki wygrywane przez Raito przyjrzałam się reszcie publiki. Niektórzy wyglądali na znudzonych inni wręcz przeciwnie. Czy dobrze mi się wydaje, że jedna z dziewczyn się popłakała?
 Czułam przyspieszony rytm własnego serca. Bardzo lubiłam tą piosenkę i nie chciałam jej zepsuć. Spojrzałam w kierunku Raito, który uśmiechnął się do mnie nad instrumentem. Odwzajemniłam lekko ów uśmiech, nabrałam powietrza w płuca i ponownie zaczęłam śpiewać:

W twych pustych, pozbawionych wyrazu oczach
pojawiła się mała kropelka.
W szarym świecie
wszystko się zatrzymało,
tylko śnieg wciąż pada
Twe ciało stało się zimne,
twój głos zniknął bezpowrotnie.
Nie możemy nawet rozpuścić się razem
Usłysz mnie, uśmiechnij się do mnie jeszcze raz…
Nie mam już nawet łez,
którymi mogłabym cię ogrzać…
Jeśli to możliwe,
zabierz mi mój głos
i podaruj mojemu ukochanemu.
Jeśli miałabym pozostać na tym świecie
bez ciebie
proszę… zabierz mnie…
ze sobą.
Nie mogąc ci już powiedzieć
jak bardzo cię kocham.
Wiem
nasz świat
zmierza ku końcowi.
Nieważne jak głośno będę krzyczeć
ani ty, ani twój głos nie powróci.
Płatki śniegu,
błagam, nigdy nie przestawajcie padać
i zabierzcie mnie razem z nim.
Niech wszystko zniknie razem ze mną i moim marnym głosem.
Niech wszystko…
pokryje się bielą…*

 Ostatnie dźwięki fortepianu ucichły. Na sali zapanowała całkowita cisza. Z nerwów przygryzłam dolną wargę. Wciąż czułam przyspieszone bicie własnego serca. Dłonie miałam wilgotne od potu.
 I wtedy rozległo się klaskanie. Najpierw pojedyncze, ciche, stopniowo stawało się co raz głośniejsze. Wreszcie aplauz swą siłą pobił ten, który otrzymała Yuri. Nie wierząc własnym oczom i uszom byłam w stanie jedynie wpatrywać się w bijącą brawo widownię, a wśród niej… również braci Sakamaki.




* Valshe - „Soundless voice”


niedziela, 28 września 2014

Nastoletni Terror: Rozdział 2

Szkoła to zło ;__; No, ale mimo wszystko udało mi się napisać 2 rozdział Nastoletniego Terroru, więc chyba nie jest tak źle, prawda? Bardzo wszystkim dziękuję za komentarze i te ponad 4000 wyświetleń ^^ A teraz zapraszam do czytania :3


Ucieczka

 Zjechaliśmy z głównej drogi, wjeżdżając w boczną uliczkę. Coraz bardziej oddalaliśmy się od centrum miasta. Auto podskakiwało na nierównej nawierzchni. Wpatrywałam się uparcie w okno po swojej stronie, jednak nie rozpoznawałam mijanej okolicy.  Zniknęły wieżowce i nowocześniejsze zabudowania. Minęliśmy już też małe, podstarzałe  domy mieszkalne. Teraz jechaliśmy wśród magazynów i rzędów dziwnych, opuszczonych budynków.
- Gdzie wy mnie wywozicie? – zapytałam, odrywając wzrok od szyby.
- Też chciałbym to wiedzieć – mruknął chłopak za kierownicą.
 Mój wybawca, Natsume, pochylił się do przodu i szepnął coś do kierowcy. Ten gwałtownie skręcił kierownicą tak, że całym pojazdem zarzuciło. Musiałam przytrzymać się jedną ręką drzwi, a drugą fotela by utrzymać się na swoim miejscu.
- Chyba sobie żartujesz! – wrzasnął kierowca, kiedy już zapanował nad samochodem.
- Ja? Czy ja kiedykolwiek żartuję? – Natsume wyszczerzył zęby w uśmiechu, spoglądając na mnie kątem oka.
 Nie wiedząc o co chodzi, wolałam milczeć. Kto wie co może zrobić rozzłoszczona banda terrorystów? Choć na pierwszy rzut oka wyglądali niegroźnie, to wolałam jednak nie ryzykować. Wbiłam się bardziej w swój fotel i obserwowałam jak zdenerwowany chłopak zaciska dłonie na kierownicy.
- Dalej z nią nie jadę – oznajmił w pewnym momencie zatrzymując się na opuszczonej stacji benzynowej. – Natsu, wysiadka. Musimy sobie porozmawiać.
 Zostawszy sama z okularnikiem, którego imię - jeśli dobrze pamiętałam ze szkoły - brzmiało Ryutaro, obserwowałam jak Natsume wraz z kierowcą oddalają się od samochodu. Stąd mogłam się im dobrze przyjrzeć. Kierowca był wyższy od mojego wybawco-oprawcy i starszy może o jakieś dwa lata. Miał czarne nastroszone włosy i ubrania podobne do tych Natsume – wszystkie w ciemnych odcieniach. Podczas rozmowy żywo gestykulował, wyraźnie zły. Zastanawiałam się o czym mogą dyskutować.
- Co ty masz takiego w sobie? – odezwał się Ryutaro, wyrywając mnie tym samym z zamyślenia. Spojrzałam na niego. Przeszywał mnie swoim wzrokiem, jakby chciał przejrzeć mnie na wylot. – Co jest w tobie tak niezwykłego, że aż nasz głupiutki Natsu się tobą zainteresował?
 Odwróciłam wzrok nie wiedząc, co odpowiedzieć. A poza tym… dziwnie czułam się pod wpływem spojrzenia chłopaka. Przyprawiał mnie o dreszcze.
 W tej chwili do samochodu wróciła pozostała dwójka. Kierowca z westchnięciem opadł na swój fotel, zatrzasnął drzwi, po czym odwrócił się w moją stronę. Po raz kolejny obdarzył mnie swoim chłodnym spojrzeniem. Nie wyglądał na zadowolonego tym, co miał właśnie powiedzieć. Westchnął jeszcze raz, pomasował nasadę nosa i dopiero przemówił:
- Masz jedno wyście. Zostać naszą wspólniczką.
- Nie, nie, Kuro. Ma jeszcze jedno wyjście – wtrącił okularnik. Uniósł dłoń i demonstracyjnie przesunął palcem wskazującym po swojej szyi.
 Przełknęłam głośno ślinę, wpatrując się w nich w osłupieniu. Ja? Ich wspólniczką? To chyba jakiś żart.
- Słucham? – zdołałam wykrztusić.
- Słyszałaś. Zostaniesz naszą wspólniczką albo, tak jak wspomniał Ryu, zginiesz. Wybór należy do ciebie.
- Ale… czemu? – sięgnęłam dłonią do klamki, jednak kierowca błyskawicznie wcisnął przycisk blokady.
- Natsu twierdzi, że możesz się nam przydać – burknął, mierząc chłopaka morderczym spojrzeniem. Ten jednak niezbyt się tym przejął. Wręcz przeciwnie. Uśmiechnął się promiennie i odwrócił w moją stronę.
- A poza tym, wisisz mi przysługę za uratowanie cię – oznajmił, puszczając do mnie oczko.
 Nie czekając na jakąkolwiek moją reakcję, kierowca uruchomił silnik i wyjechał ze stacji benzynowej. Samochód ruszył w stronę, z której przybyliśmy.
 Chłopcy wysadzili mnie dość blisko centrum, rzucając na koniec jeszcze ostrzeżeniem: „Pamiętaj, żeby trzymać gębę na kłódkę”. Przez chwilę stałam tak jak ten kołek, na środku chodnika i wpatrywałam się w zakręt, za którym zniknął minivan. Wreszcie westchnęłam, poprawiłam pasek torby i powlokłam się w stronę domu.
 Stojąc przed budynkiem starałam się jak najbardziej odwlec moment przekroczenia jego progu. Minuta, dwie…pięć… Zebranie się na odwagę by sięgnąć do klamki kosztowało mnie naprawdę sporo silnej woli. Miałam nadzieję, że uda mi się chociaż przemknąć niezauważoną do swojego pokoju. Myliłam się. Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi wejściowe, z salonu wypadła moja matka. Miała na sobie poplamioną nocną koszulę i wytarte, rozpadające się kapcie. Jej ciemne włosy były w nieładzie, a pod oczami malowały się ciemne kręgi. W dłoni trzymała niedopałek papierosa. Tak jak się spodziewałam, była wściekła. Zmierzała w moją stronę z twarzą wykrzywioną gniewem. Mimowolnie skuliłam się w sobie, pod wpływem spojrzenia jej przekrwionych oczu.
- Gdzieś ty była?! – warknęła.
Przełknęłam głośno ślinę, zdenerwowana.
- W centrum był wypadek i…
- Dzwoniłam do ciebie. Dlaczego nie odbierałaś tego cholernego telefonu?!
- Przepraszam. Miałam go wyciszony… i jakoś w tym całym zamieszaniu… nie zwróciłam zbytnio uwagi, że… - jąkałam się.
 Tak naprawdę doskonale wiedziałam, że do mnie dzwoniła. Przez całą drogę powrotną czułam wibrowanie telefonu w kieszeni. Celowo nie odbierałam.
- Nie kłam! – wrzasnęła, unosząc dłoń.
 Cios był szybki i mocny. Siarczysty policzek wymierzone w dokładnie to samo miejsce, w które wcześniej zostałam uderzona przez Yui. Tyle, że moja matka była silniejsza.
 Poczułam łzy, wzbierające w kącikach moich oczu. Zatoczyłam się w tył i potknęłam o dywan, chcąc uniknąć kolejnego ciosu. Wpadłam na szafę, uderzając w nią głową.
- Przestań… - załkałam. – Przestań!
 Odepchnęłam się od mebla i wyminąwszy matkę pomknęłam wzdłuż przedpokoju, a następnie w górę po schodach. Wpadłam do swojego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Zamknęłam je na klucz. Zaślepiona nagłą złością bezsensownie wyładowałam się na najbliższym przedmiocie – obrotowym krześle. Kopnęłam w nie tak mocno, że poczułam ból w stopie. Krzesło natomiast upadło z głośnym hukiem.
Uniosłam dłonie do ust, słysząc zbliżające się kroki.
- Co ty wyprawiasz, gówniaro? Przestań pokazywać swoje zasrane humory!
Klamka poruszyła się w górę i dół. Zagryzłam wargę, chociaż i tak wiedziałam, że drzwi są zamknięte; że w pokoju jestem bezpieczna.
- Znowu się zamknęłaś?! – łomotanie w drzwi. – Głupia gówniara…
Przez chwilę wsłuchiwałam się w oddalające się kroki i skrzypienie schodów. Kiedy zastąpił je ryk telewizora puszczonego na cały regulator, oparłam się plecami o drzwi i osunęłam na podłogę. Podciągnęłam nogi do klatki piersiowej, ukryłam twarz w dłoniach i pozwoliłam płynąć gorącym łzom.
 Gdy wreszcie się uspokoiłam w pokoju panowała ciemność. Przez okno wpadał blady blask księżyca. Wpatrywałam się pustym wzrokiem w cienie i światła samochodów przesuwające się powoli wzdłuż ścian mojego pokoju. Po długim płaczu czułam się dziwnie pusta w środku.
 Wierzchem dłoni pozbyłam się ostatnich śladów po łzach. Podniosłam się z podłogi i podeszłam do szafy. Wyciągnęłam sportową torbę leżącą na jej dnie, zagrzebaną pod stosem ciuchów. Rzuciłam ją na środek pokoju i uklęknęłam obok. Zaczęłam w niej skrupulatnie układać kolejne ubrania. Po chwili zawahania dorzuciłam do nich również szkolny mundurek.
 Mój wzrok zawisł na zdjęciu w ramce, stojącym na moim biurku. Przedstawiał moją szczęśliwą rodzinę. Mnie, mającą może z osiem, dziewięć lat. Ojca, zanim od nas odszedł. Matkę, nim popadła w nałogi.
 Zacisnęłam usta i wepchnęłam zdjęcie na sam spód torby. Wrzuciłam do niej jeszcze kilka innych najważniejszych moim zdaniem rzeczy, po czym wysunęłam jedną z szuflad biurka. Z jej drugiego dna wydobyłam zwitek pieniędzy. Przeliczyłam je i wsunęłam do małej, wewnętrznej kieszonki torby.
 Rozejrzałam się po pokoju.  Już w pełni spakowaną torbę wrzuciłam za łóżko, a następnie, tak na wszelki wypadek, przykryłam kocem.
 Uchyliłam cicho drzwi i na palcach wyszłam na korytarz. Z parteru wciąż dochodził dźwięk telewizora, ale nic poza tym. Przemknęłam więc szybko do łazienki.
 Myjąc zęby spojrzałam z determinacją na swoje odbicie w lustrze. Rano zrobię coś, co odwlekałam już wystarczająco długo, pomyślałam.
***
 Dotrzymałam słowa. Determinacja nie opuściła mnie następnego ranka. Kiedy tylko otworzyłam oczy, wciąż byłam gotowa na zrobienie tego wielkiego jak na mnie kroku. Jak każdego dnia najzwyczajniej w świecie zjadłam śniadanie, umyłam się, ubrałam… Po czym sprawdziłam, czy matka na pewno wyszła z domu. Gdzie? Do pracy, jakiegoś faceta, baru, na zakupy… Nie obchodziło mnie to zbytnio. Liczyło się to, że nie było jej w domu i w niczym nie mogła mi przeszkodzić.
 Ostatni raz rozejrzałam się po swoim pokoju. Po plakatach zdobiących ściany, regałach uginających się pod ciężarem książek… Zakłuło mnie w piersi, ale zignorowałam to. Zarzuciłam sportową torbę na ramię, zbiegłam po schodach. Zatrzymałam się na przedpokoju. Zerknęłam na zapasową parę kluczy leżącą samotnie na garderobie. Pokręciłam głową. Nie były mi potrzebne.
 Odetchnęłam pełną piersią dopiero wtedy, gdy wybiegłam z domu i znalazłam się na innej ulicy. Skierowałam swe kroki w stronę najbliższej stacji kolejowej. Tam, czekając na przyjazd pociągu sięgnęłam po swój telefon. Wyjęłam z niego starą kartę startową i zastąpiłam nową.

 Wysiadłam w centrum miasta. Czemu? Nie wiedziałam. Byłam kierowana jakimś wewnętrznym impulsem. Po drodze minęłam ruiny centrum handlowego. Tak, zostały z niego jedynie samotne, smętne ruiny. Zadziwiające, że tak potężny, liczący sobie kilka pięter budynek, mógł się tak łatwo zawalić. Niczym najzwyklejszy domek z kart. Ludzkie dzieła niekoniecznie są tak trwałe jakbyśmy myśleli.
 Z zamyślenia wyrwał mnie ekran na jednym z wieżowców. A raczej napis na nim widniejący – „Zamach w biały dzień”. Młoda reporterka przywitała widzów uśmiechem, po czym spoważniała i zaczęła relacjonować wydarzenia:
- Wczoraj w godzinach popołudniowych doszło do zamachu na centrum handlowe. Z najświeższych danych wynika, że nie ma ofiar śmiertelnych. Rannych natomiast zostało siedem osób. Za atakiem stoi najprawdopodobniej grupa terrorystów określająca się mianem „Explosive Rabbits”. Co było ich celem – nie wiadomo. Centrum zostało jednak doszczętnie zniszczone. Nie ma niestety niepodważalnych dowodów na sprawców całego zamieszania, gdyż wszystkie kamery przestały pracować na kilka minut przed pierwszym wybuchem. Prawdopodobnie, więc sprawcy posłużyli się również atakiem hackerskim.
 Zmusiłam się do oderwania wzroku od ekranu i ruszyłam dalej przed siebie. Szczęście mnie nie opuszczało. Gdy bowiem kręciłam się ulicami bez konkretnego celu, lunął deszcz. Już po kilku minutach byłam przemoknięta do suchej nitki. Oczywiście nie pomyślałam wcześniej o tak ważnej rzeczy, jak to, gdzie się zatrzymam.
 Marudząc pod nosem i przeklinając na swoją głupotę zawędrowałam do jednej z bocznych uliczek. Nie mając lepszego pomysłu, usiadłam po prostu pod ścianą jednego z budynków, by choć trochę ochronić się przed deszczem.
 W pewnym momencie podszedł do mnie jakiś starszy mężczyzna. Pogrążona w swoich myślach, nawet nie zauważyłam, kiedy się do mnie zbliżył.
Miał na sobie brązowy płaszcz, okulary na nosie, a z czarnych włosów ściekała mu woda. Uśmiechał się ciepło, ale jego oczy lśniły dziko. Miałam złe przeczucia.
- Co się stało, dziewczynko? Zgubiłaś się? – zapytał.
- Nie – odparłam, siląc się na spokojny, pewny siebie ton. – Proszę mnie zostawić.
- Ale ja z chęcią ci pomogę. Powiedz, czego potrzebujesz, skarbie?
- Niczego. Niech mnie pan zostawi!
- Nie bądź taka nieśmiała! – mężczyzna złapał mnie za ramię i szarpnięciem postawił na nogi. Drugą dłonią złapał mnie brutalnie za podbródek, siłą zmuszając bym na niego spojrzała. Wyczuwałam od niego silną woń alkoholu.
- Masz takie śliczne, zielone oczka. Aż jestem ciekawy jak będą wyglądać wypełnione łzami – mówiąc to uśmiechnął się szeroko, nieprzyjemnie.
- Puszczaj! – krzyknęłam szarpiąc się rozpaczliwie. Jednakże nie miałam żadnych szans z silniejszym od siebie mężczyzną.
 Ten przygwoździł mnie do ściany. Jedną dłonią wciąż trzymając mój podbródek, a drugą przesuwając w stronę moich bioder. Jego dotyk mnie obrzydzał. Serce waliło mi ze strachu. Kiedy jego dłoń wylądowała na moim brzuchu, ponownie zaczęłam się szarpać.
- Puszczaj! Przestań! – wrzeszczałam. – Pomocy!
- Zamknij się, głupia su… - urwał w pół słowa, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami, by po sekundzie osunąć się bezwładnie na ziemię. Nad nim, z metalową rurą w uniesionych rękach stał Natsume.

niedziela, 21 września 2014

Zapomniana Melodia: Partytura 1

Nadszedł czas by zaprezentować wam 1 rozdział "Zapomnianej Melodii". Mam nadzieję, że się wam spodoba. Na pocieszenie dodam, że 2 rozdział "Nastoletniego Terroru" jest już w trakcie pisania i mam również pomysł na kontynuację "Diabolik Lovers" ^ ^. Trudno mi jednak stwierdzić, kiedy pojawią się na blogu. Dużo zależy niestety od szkoły :c


 Sen
Widok sterczącego nad sobą rozzłoszczonego nauczyciela zaraz po przebudzeniu z pewnością nie jest najprzyjemniejszą rzeczą pod słońcem. Moja przyjaciółka z dobroci swego serca właśnie usilnie starała się mi tego oszczędzić, potrząsając mocno moim ramieniem. Jęknęłam cicho, uchyliwszy nieznacznie powieki.
- Co jest, Kitty? - wymamrotałam zaspanym głosem.
- Panna Histeryczka zaraz cię zabije - syknęła mi tamta do ucha.
- Panna Histeryczka? - powtórzyłam nieprzytomnie przezwisko jakim obdarzyliśmy naszą nauczycielkę historii. Oprzytomniałam jednak błyskawicznie, gdy wystawiwszy głowę spod bluzy, pod którą drzemałam, dostrzegłam morderczy wzrok kobiety. Szybko wyprostowałam się na swoim fotelu.
- Elizabeth Lockay. Rozumiem, że doskonale znasz tę historię, mogłabyś ją sama opowiedzieć, a ja cię tylko zanudzam?
- N-nie...ja tylko...
- Wyraźnie wczoraj mówiłam, że macie iść wcześnie spać, żeby na wycieczce być wypoczęci.
- To prawda, ale ja...
- Już się nie tłumacz, po prostu uważaj - kobieta posłała mi zza okularów chłodne spojrzenie swoich szarych tęczówek. - A teraz spójrzcie na ksera, które dla was przygotowałam...
Westchnąwszy ciężko, osunęłam się w swoim fotelu. Kątem oka zerknęłam na Kate, moją najlepszą przyjaciółkę, która starała się powstrzymać śmiech. Dałam jej kuksańca w bok.
- Hej! A to za co?
- Mogłaś mnie wcześniej obudzić!
- Próbowałam. Spałaś jak zabita. W dodatku gadałaś przez sen - kolejny stłumiony chichot.
- Gadałam? - spojrzałam na nią zaskoczona. - A co takiego?
- Nie wiem, mamrotałaś pod nosem. Nie dało się ciebie zrozumieć. A co ci się w ogóle śniło?
- Śniła mi się... - zamyśliłam się. - Melodia.
- Melodia? - teraz Kate już parsknęła śmiechem.
- Nie śmiej się! - trzepnęłam ją w ramię. - Mówię prawdę.
- Okay, okay, wierzę ci.
Przerwałyśmy rozmowę, gdyż w tej chwili dotarły do nas ksera przygotowane przez Pannę Histeryczkę. Było to kilka spiętych ze sobą kartek z czarno-białymi ilustracjami i tekstem. 
Nauczycielka odchrząknęła i przebiegła wzrokiem po autokarze, sprawdzając czy wszyscy otrzymali materiały.
- Tak więc, kontynuując... Te tereny zamieszkiwały dwa znane i wysoko postawione rody - Kaylock oraz Redmond. Młoda hrabina, córka Kaylock'ów w wieku szesnastu lat została wydana za starszego od siebie o sześć lat hrabiego Redmonda. Repliki ich portretów macie na kserach.
- Ty! Eli, patrz na to! - Kate szturchnęła mnie w ramię, wskazując na kartkę z portretami.
- Co jest? - nachyliłam się w jej stronę.
- Nie uważasz, że ta cała hrabina jest do ciebie podobna?
- Do mnie?
Przyjrzałam się niewielkiej ilustracji przedstawiającej twarz pięknej, młodej dziewczyny. Miała delikatne rysy twarzy, duże oczy i drobne usta ułożone w lekki uśmiech. Kilka kosmyków włosów zwisało luźno z misternie upiętego koka, okalając jej twarz wyrażającą dumę.
- Żartujesz - parsknęłam. - W ogóle nie jesteśmy podobne.
- A gdzie tam. Ślepa w takim razie jesteś.
- No dzięki...
- Ej, ale w ogóle patrz na to. Obie macie na imię Elizabeth. No, i te nazwiska. Kaylock, Lockay. Hej, może jesteś jej jakąś reinkarnacją?
Spojrzałam na nią z uniesionymi brwiami, po czym obie wybuchłyśmy śmiechem.
- Nie no, ale męża to byś miała zarąbistego. Niezłe ciacho jak na dziewiętnastowiecznego gościa - stwierdziła Kate, wskazując na kolejny obrazek.
Ten przedstawiał przystojnego mężczyznę z długimi włosami i wyraźnie szlachetnymi rysami. Jego usta układały się w ciepły uśmiech, a trzeba przyznać, że był on zniewalający. I chociaż była to tylko czarno-biała ilustracja, poczułam się dziwnie, jakbym skądś go znała. Niewiele myśląc pogładziłam palcem ten niewielki portret.
- Co jest, zakochałaś się? - Kate dźgnęła mnie palcem w brzuch, uśmiechając się znacząco.
- No jasne, od pierwszego wejrzenia - zaśmiałam się, chociaż wyszło to trochę nerwowo. Nie opuszczało mnie wciąż to dziwne wrażenie, gdy wpatrywałam się w nieruchomą twarz hrabiego.
- Nie masz na co liczyć, nie twoja liga! Nie miałabyś u niego żadnych szans! - doszedł mnie śmiech koleżanek z klasy.
- Jedyny powód, dla którego nie miałaby u niego szans, to fakt, że ten koleś nie żyje od jakichś dwóch wieków! - odszczeknęła się w moim imieniu Kate.
Uśmiechnęłam się pod nosem, przeglądając dalsze informacje z kartek, podczas gdy nauczycielka historii wróciła do swojej opowieści.
- ... jednak ich życie nie było zbyt długie ani szczęśliwe. Wydarzyła się bowiem straszna dla obu rodów tragedia, której nikt się nie spodziewał. Młoda Elizabeth została zamordowana, a głównym podejrzanym stał się jej mąż, Victor. Sprawa jednak nigdy nie została rozwiązana, gdyż ten w niewyjaśnionych okolicznościach zaginął i nigdy nie odnaleziono ani jego, ani jego ciała.
- Taki ładny, a morderca... - mruknęła cicho Kate.
- Wierzysz w to? - zapytałam zdziwiona.
- No, a czemu nie? Wiesz, on był starszy, może taka smarkata żona mu się znudziła albo coś... Może nie zadowoliła go w łóżku? W każdym razie, pewnie o coś się pokłócili, koleś ją zabił, a potem zwiał - wzruszyła ramionami.
- Nie wierzę - odpowiedziałam zdenerwowana, czując nagłą potrzebę bronienia hrabiego. - On nie mógłby czegoś takiego zrobić!
- Spokojnie, spokojnie. Czemu tak uważasz?
- Bo... - nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie miałam pojęcia skąd we mnie takie przeczucie.
Kate się zaśmiała.
- Może i był ładny, ale wiesz... nie oceniaj książki po okładce - mówiąc to szturchnęła mnie ramieniem.
- A ty po cudzej recenzji - oddałam jej.

Autokar zatrzymał się na niewielkim, wyłożonym żwirem parkingu. Gdy tylko wysypaliśmy się z pojazdu i ruszyliśmy w kierunku naszego celu, Panna Histeryczka zaczęła kontynuować swój wykład.
- Pierwszym punktem naszej dzisiejszej wycieczki będzie ogród należący niegdyś do rodziny Kaylock. Było to ulubione miejsce spotkań Elizabeth i Victora. Został zaprojektowany, a następnie wybudowany w połowie dziewiętnastego wieku...
Wreszcie, gdy mieliśmy już zdecydowanie dość paplaniny naszej nauczycielki na temat architektury, niemal niczym zbawienie ukazała nam się brama do ogrodu. Wysoka, z długimi zakończonymi na wzór grotów strzał prętami. Nad bramą, na dwóch kamiennych kolumnach ustawionych naprzeciwko siebie, stały dwie, zniszczone teraz tak samo jak brama, figury aniołów. Idealnie nad środkiem przejścia krzyżowały one ze sobą dwie długie włócznie. 
Przy bramie czekała już na nas nasza przewodniczka - pulchna kobieta z rudymi włosami związanymi w krótką kitkę. Uśmiechnęła się ona do nas promiennie i wykonując zapraszający gest, pchnęła bramę. Ta otworzyła się z głośnym zgrzytnięciem. Kilka osób spojrzało po sobie z powątpiewaniem.
W ślad za przewodniczką oraz nauczycielką, wkroczyliśmy do ogrodu. Zewsząd otaczały nas teraz potężne drzewa, krzewy i różnorodne kwiaty, które nie będąc pod opieką żadnego ogrodnika rozrosły się dziko po całej okolicy. Trawa wraz z chwastami wyrastała spomiędzy kolorowych płytek tworzących ścieżkę, po której stąpaliśmy. Gdzieniegdzie spośród zdziczałego zielska wychylały się samotne, wybrakowane posągi. 
Ogród napełnił mnie dziwną melancholią. Czułam się jakbym już tu kiedyś była. Jakbym właśnie odwiedzała miejsce ze swoich snów. Miałam mieszane uczucia. Z jednej strony w moją świadomość wkradał się niepokój, który po chwili ustępował miejsca smutkowi, a następnie spokojowi. 
To musiało być kiedyś piękne miejsce, pomyślałam, wpatrując się w ciemną toń niewielkiego jeziorka. Na gładkiej powierzchni widziałam własne odbicie. Nagle woda zafalowała. Przyglądałam się zafascynowana jak moja sylwetka rozpływa się, by w następnej chwili przybrać już zupełnie inny kształt. Kształt młodego mężczyzny z ilustracji. Wciągnęłam ze świstem powietrze.
W tej chwili jednak czyjaś dłoń wylądowała na moim ramieniu. Czar prysł. Na wodzie ponownie widziałam jedynie własne odbicie. Odwróciłam głowę, aby ujrzeć zmartwioną twarz Kate.
- Dobrze się czujesz? - zapytała.
- Tak... tak. Czemu pytasz?
- Wołałam cię. Nie reagowałaś.
- Ach... wybacz... Zamyśliłam się - zbyłam ją.
- Okay, ale teraz się pospieszmy - Kate uśmiechnęła się i pociągnęła mnie w kierunku starej fontanny znajdującej się w centralnej części ogrodu, gdzie zgromadziła się reszta wycieczki.

- Czy są jakieś pytania? - odezwała się Panna Histeryczka, gdy przewodniczka skończyła opowiadać.
Jeden z chłopaków podniósł niepewnie dłoń.
- Dlaczego ogrodu nigdy nie odnowiono? - zapytał, gdy udzielono mu głosu. - Przecież z tego co pani mówiła wszystko inne, rezydencję Kaylock'ów i w ogóle resztę odnowiono.
Przewodniczka odchrząknęła i z uśmiechem na ustach, zaczęła tłumaczyć:
- Wszystko przez legendę dotyczącą śmierci Elizabeth Kaylock. Mówi się, że gdy zginęła w ogrodzie zapanowała niemal zupełna cisza. Ptaki przestały śpiewać, wiatr przestał wiać. Wszystko wyglądało jakby zatrzymane w czasie. Jedynym dźwiękiem, który mącił tę ciszę była melodia płynąca z zegarka - prezentu dla Elizabeth od Victora. Znaleziono go tutaj, na murku przy tej właśnie fontannie. Miał otwartą klapkę, a wskazówki zatrzymały się ponoć na godzinie śmierci hrabiny.
Kątem oka spojrzałam na Kate, niezbyt przejętą całą tą historią. Powoli wypuściłam powietrze, które nieświadomie do tej pory wstrzymywałam. Moje dłonie zaciśnięte w pięści dygotały. Rozprostowałam palce i starałam się opanować, żeby nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi.
- No, dobrze. Teraz macie trochę czasu wolnego dla siebie - przemówiła ponownie nauczycielka historii. - My idziemy załatwić wejście na dwór Kaylock'ów. Możecie pokręcić się trochę po ogrodzie, czy co tam chcecie. Nie oddalajcie się tylko zbytnio ani niczego nie zniszczcie. Spotykamy się w tym samym miejscu za pół godziny.
- Pfft... I co my mamy niby robić w tym zarośniętym ogrodzie? - mruknęła Kate.
- Nie wiem. Może po prostu usiądziemy? - wskazałam na fontannę. Na jej murku przycupnęło już kilka innych osób.
- Ok - moja przyjaciółka wzruszyła obojętnie ramionami, najwidoczniej nie mając lepszego pomysłu.

- No i jak ci się podoba? - zapytałam po chwili, gdy już siedziałyśmy na nagrzanych od słońca kamieniach.
- Fantastycznie. Zarośnięty, walący się ogród. Po prostu szczyt moich marzeń jeśli chodzi o wycieczkę... - odparła markotnie Kate. - Może i ta cała historia jest ciekawa, ale bez przesady. Skuli jakiejś głupiej legendy pozwolili, by cały ogród porosły chaszcze?
Zakryłam usta dłonią, tłumiąc chichot. Przyjaciółka spojrzała na mnie zdziwiona, po czym dźgnęła mnie palcem między żebra, sama również wybuchając śmiechem.
Niedługo później, może zaledwie po kilku minutach, moje powieki zaczęły mi niemiłosiernie ciążyć, a głowa sama opadła na ramię Kate. 
- Co jest? Hej! Nie próbuj mi tu zasypiać! - mówiła do mnie, potrząsając mną. Jej głos dochodził jednak do mnie przytłumiony, jakby z oddali. Senność ogarnęła mnie całkowicie. Pozwoliłam powiekom opaść.

***

Nie wiem, po jak długim czasie się obudziłam. Jednak, jak tylko otworzyłam oczy, wiedziałam już, że coś jest nie tak. Rozejrzałam się, zdezorientowana. Nigdzie nie widziałam Kate, znajomych z klasy ani nauczycielki. Ogarnęła mnie panika. Zerwałam się gwałtownie z miejsca. Tak długo spałam? Ale jak to możliwe, skoro słońce wciąż jest wysoko? A poza tym, Kate na pewno by mnie obudziła? Gdzie się wszyscy podziali? Co tu w ogóle jest grane?, kolejne myśli błyskawicznie pojawiały się w mojej głowie.
Niewiele myśląc, puściłam się biegiem w stronę, z której przyszliśmy. Po drodze nawoływałam wszystkich, których imiona przyszły mi do głowy. Wśród nich najczęściej pojawiało się oczywiście imię mojej przyjaciółki. 
Wreszcie wpadłam na pomysł, żeby do kogoś zadzwonić. Zatrzymałam się więc pośrodku ścieżki i sięgnęłam do kieszeni moich dżinsów. Jednak moja dłoń nie natknęła się ani na telefon, ani nawet na kieszeń. Spojrzałam w dół i zamarłam.
- Co ja mam na sobie?! - pisnęłam.
Przesunęłam dłońmi wzdłuż swojego ciała, muskając opuszkami palców gładki materiał. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Miałam bowiem na sobie, ciężką, niezwykle elegancką purpurową suknię. Pociągnęłam sięgający ziemi materiał i moim oczom ukazały się delikatne pantofle na obcasach. Następnie przesunęłam dłońmi po swojej twarzy i włosach, które ukazały się być misternie poupinane. Przełknęłam ciężko ślinę.
- Co tu jest grane?...
Ponownie rozejrzałam się po ogrodzie i w tej chwili uderzyła mnie kolejna rzecz. Ogród wyglądał... zupełnie inaczej. Jak zapewne musiał wyglądać za swoich dawnych czasów. Równo przycięta trawa oraz krzaki róż, lśniące bielą posągi, skrząca się woda tryskająca z fontanny, śpiew ptaków dochodzący z koron drzew.
Na trzęsących się nogach skierowałam się na niewielki drewniany mostek, przy jeziorku, w które wcześniej tak się wpatrywałam. Zacisnęłam dłonie na drewnianej balustradzie, spoglądając na krystalicznie czystą wodę. Na gładkiej tafli pojawiło się moje odbicie. A raczej odbicie dziwnej mnie w dziewiętnastowiecznym stroju. Zacisnęłam powieki.
- To musi być sen, to na pewno tylko mój kolejny, pokręcony sen - powtarzałam sobie te słowa niczym mantrę.
Otworzyłam ponownie oczy, ale nic się nie zmieniło. No, może prawie nic. Na powierzchni wody pojawiła się bowiem druga sylwetka. Ta sama, co wcześniej.
- Czekałem na ciebie, Lizzy - odezwał się głos za moimi plecami.