Ariana | Blogger | X X

sobota, 14 lutego 2015

Diabolik Lovers: Rozdział 16

 Nigdy bym nie pomyślała, że napisanie jednego rozdziału podczas wolnego, może mi zająć tyle czasu .__. Na pewno też szybciej bym go dokończyła i wstawiła, gdyby nie to, że laptop mi zastrajkował. Na szczęście wszystko już działa i rozdzialik jest gotowy. Możecie go potraktować jako rozdział walentynkowy. A jeśli nie, lub chcecie osobny rozdział poświęcony Walentynkom, to dajcie znać w komentarzach ^^.
 Mam też dla was jeszcze jedną informację. Nie wiem, czy już wiecie, czy nie, ale... anime Diabolik Lovers doczeka się drugiego sezonu! Jedyne co mnie niepokoi to fakt, że w spisie postaci w nim występujących brakuje Subaru T^T. Miejmy nadzieję, że białowłosy tsundere jednak pojawi się w 2 sezonie. 




Pokaz sztucznych ogni

 Tańczyłam z Kou jeszcze przez kilka minut. Blondyn nie powrócił już do tematu rodziny Sakamaki, a zamiast tego żartował i opowiadał najróżniejsze zwariowane historie, jakie tylko przyszły mu do głowy.
 Wreszcie, kiedy orkiestra po raz kolejny przygotowała się do zmiany granego utworu,  Kou puścił mnie i odszedł do swoich braci.
 Zostawszy sama, szybko wycofałam się z parkietu. Cały czas czułam na sobie niezliczoną ilość spojrzeń i nie było to bynajmniej przyjemne. Rozejrzałam się za jakimś kołem ratunkowym, czyli którymkolwiek z braci Sakamaki. I wreszcie szczęście się do mnie uśmiechnęło, gdyż przy wejściu do „altanki” dostrzegłam Laito. Niemal podbiegłam do zdziwionego moim widokiem wampira.
- Laito! Nigdy tak nie ucieszyłam się na twój widok! – Oznajmiłam radośnie, by po chwili złapać go za rozpięty kołnierz jego białek koszuli. – Ty rudowłosa mendo, jak Boga kocham, kiedyś cię wykastruję. Jakim prawem zostawiliście mnie samą?!
- Czyżbyś za nami tęskniła, Maleńka? Wiesz, że gdy się tak złościsz, to jesteś bardzo pociągająca?
- Mówię serio, ty idioto! – Zawołałam oburzona, uderzając go w klatkę piersiową. – Czemu zostawiliście mnie samą?
- No już, nie dąsaj się –wampir objął mnie w talii i przyciągnął bliżej siebie. – Na początku myśleliśmy, że Ayato się tobą zajmie, ale cóż… W każdym razie, zdecydowaliśmy, że ten z nas, który szybciej załatwi swoje sprawy po prostu po ciebie wróci. Wypadło na mnie, ale nie było cię już przy fontannie.
- Taa… zostałam „porwana” przez pewnego idola…
- Hę?
- Kou Mukami. Poprosił mnie do tańca.
- Mukami tutaj są?
- Tak. O, tam – wskazałam drugi koniec pomieszczenia.
- Rzeczywiście…
- Coś nie tak?
- Skądże, Maleńka. To co, może na pojednanie czegoś się napijemy?
- Nie przekupisz mnie…
- Wiem, wiem, skarbie – Laito zachichotał, po czym… potargał mnie po głowie.
- Hej! – Pisnęłam, odruchowo przygładzając włosy.
 Wampir posłał mi szeroki uśmiech, objął ręką moje ramiona i poprowadził ze sobą przez salę. Po drodze zawołał jednego z kelnerów – chłopaka wyglądającego na naszego rówieśnika, w szarych spodniach, kamizelce, dopasowanym krawacie i czarnych, błyszczących butach. Miał ciemnobrązowe włosy zaczesane na bok i lśniące, bursztynowe oczy. Uśmiechnął się do nas grzecznie, gdy Laito wziął z jego tacy dwa kieliszki. Następnie skłonił się z gracją i odmaszerował w kierunku kolejnej grupki gości. Zadziwiające było to, że naczynia na tacy ani razu nie zadrżały.
 Laito podał mi jeden z kieliszków ze złotawym, musującym płynem. Kiedy spojrzałam na niego podejrzliwie, zrobił urażoną minę.
- Nie jestem Reijim, Maleńka. Nie dosypuję żadnych podejrzanych rzeczy do napojów.
- No nie wiem. Mogę mieć pewność, że nie wrzuciłeś tu jakiejś pigułki gwałtu?
- Ranisz mnie. Kiedy miałbym to zrobić?
- A bo ja wiem? Wasze wampirze sztuczki potrafią być zadziwiające. Co to tak właściwie jest?
- Zwykły szampan – odpowiedział, przykładając wolną dłoń do klatki piersiowej. – Pozwalam ci dźgnąć mnie sztyletem Subaru, jeśli kłamię.
- Kusząca propozycja – uśmiechnęłam się do wampira, unosząc kieliszek do ust.   Okazało się, że Laito nie kłamał (nie żebym go o to naprawdę podejrzewała) i złoty płyn okazał się być szampanem. I to naprawdę dobrym szampanem.
 Kiedy już prawie całkowicie opróżniliśmy nasze kieliszki, dołączył do nas Kanato. W rękach trzymał on dużą papierową torbę.
- Wiesz, gdzie podział się Ayato? – Zagadnęłam go po chwili.
- Nie wiem – odpowiedział krótko, rozwiewając iskierkę nadziei tlącą się gdzieś we mnie. Zrezygnowana, westchnęłam cicho, bawiąc się pustym kieliszkiem.
- Czyżbyś liczyła na jakieś randez vous, Maleńka? – Zapytał rozbawiony Laito.
- Ha-ha. Przymknij się, proszę.
- O czym mówicie? – Odezwał się głos za naszymi plecami. Obróciłam się błyskawicznie, stając twarzą w twarz z tym, na którego tak czekałam.
- Ayato!
 Wampir posłał mi jeden ze swoich charakterystycznych uśmieszków.
- Tęskniłaś?
- Chciałbyś – prychnęłam, aby ukryć przypływ radości wywołany jego widokiem. – Gdzieś ty się podziewał?
- Musiałem coś załatwić.
 I nagle cała radość uleciała ze mnie, niczym powietrze z przekłutego balonu. Ukrywał coś? Co było takie ważne? Co takiego „załatwiał”?
- Skoro tak mówisz… - mruknęłam, oddając pusty kieliszek przechodzącemu obok kelnerowi. Odwróciłam się z powrotem do pozostałej dwójki. Laito uśmiechał się do mnie znacząco, a Kanato spoglądał to na mnie, to na Ayato. Przewróciłam oczami.
- To na czym to skończyliśmy?
- Na tym, że liczyłaś na randkę? – Podsunął Laito.
- Wcześniej – warknęłam, krzyżując ramiona.
- Na tym, że rozpaczałaś z powodu nieobecności Ayato? – Zasugerował Kanato.
 Posłałam obu mordercze spojrzenia i już otwierałam usta, żeby odpowiedzieć im coś ciętego, gdy niespodziewanie Ayato złapał mnie za rękę.
- Chodź ze mną.
- Co? Hej, jeszcze z nimi nie skończyłam! – Protestowałam, gdy ciągnął mnie w stronę wyjścia.
- To skończysz później – uciął krótko Ayato.
 Po tym, nie odzywał się już do mnie, prowadząc mnie wąskimi uliczkami miasteczka. Nawet ani razu na mnie nie spojrzał. W przeciwieństwie do mijających nas innych wampirów. Nie podobało mi się to. Zatrzymałam się gwałtownie, a Ayato czując opór z mojej strony, ponownie pociągnął mnie za rękę.
- No chodź – odezwał się. W jego głosie dało się wyczuć nutę poirytowania.
- Dlaczego traktujesz mnie jak jakiś przedmiot?
- Co?
- Dlaczego traktujesz mnie jak bagaż? – Zapytałam, wbijając wzrok w brukowaną drogę pod moimi stopami. – Zachowujesz się jakbym była właśnie takim bagażem albo przenośną zabawką. Najpierw zabierasz mnie w jakieś miejsce i znikasz sobie, zostawiając mnie samą. Potem znowu się pojawiasz i ciągniesz mnie gdzie indziej. Jeśli moje towarzystwo ci przeszkadza, po prostu mnie zostaw. Jeśli masz coś do załatwienia, proszę bardzo, idź to załatw. Nie będę ci przeszkadzać.
 Skończywszy mówić, spróbowałam wyrwać rękę z jego uścisku, ale Ayato tylko go wzmocnił.
- Głupia – mruknął, uderzając mnie lekko wolną dłonią w głowę. Właściwie, to przypominało to bardziej klepnięcie.
 Zaskoczona podniosłam na niego wzrok i znowu moim oczom ukazał się ten sam uśmieszek. Chociaż może teraz był trochę łagodniejszy…
- Już wszystko załatwione. Brakuje tylko ciebie, Naleśniku.
- Słucham?
- Musiałem sprawdzić kilka miejsc. Teraz mogę cię tam zabrać.
- Słucham? – Powtórzyłam, nie wiedząc, czy dobrze zrozumiałam.
- Słyszałaś! Nie każ mi tego powtarzać.
 Ayato odwrócił wzrok, a jego dłoń zsunęła się z mojego nadgarstka ujmując mnie normalnie za dłoń.
Mi się już miesza w głowie, czy Ayato właśnie wygląda na zawstydzonego?
- To co, idziesz wreszcie? – Mruknął, wciąż na mnie nie patrząc. Jednak teraz już mi to tak nie przeszkadzało.
- Idę, idę! – Oznajmiłam wesoło, ściskając jego dłoń.
 Ayato zabrał mnie do jednej z licznych knajpek i odebrał złożone tam wcześniej zamówienie. Dwie porcje jakiego dania? Oczywiście, że takoyaki.
 Usiedliśmy na jednej z ławek ustawionych wzdłuż uliczki, z talerzami na naszych kolanach. W tej części miasteczka nie było wielu osób, więc mogliśmy zjeść w spokoju, nie przejmując się przechadzającymi obok wampirami.
- Smacz-ne-go! – Zawołałam, przeciągając sylaby w charakterystyczny sposób.
 Ayato skinął głową i ochoczo zabrał się za swoją porcję. Dosłownie pochłaniał kolejne kulki. Kiedy ja dopiero zabierałam się za drugą, on już prawie, że skończył.
 Zabawne było obserwowanie tego aroganckiego, buntowniczego wampira, zajadającego z radością swoje ulubione danie. W tej chwili wyglądał na młodszego, bardziej niewinnego, zwykłego nastolatka.
 Zielonooki nagle przeniósł na mnie wzrok i odezwał się z pełnymi ustami:
- Nie jesz tego? Jeśli tak, to możesz mi to dać. Z chęcią zjem.
- Nie ma mowy, żarłoku! Zamierzam sama wszystko zjeść.
 Parsknęłam śmiechem, widząc wyraz jego twarzy. W kąciku jego ust znajdowały się pozostałości po sosie z takoyaki.
- Ubrudziłeś się – powiedziałam, tłumiąc w sobie następny atak śmiechu.
- Hmm? Gdzie?
- Tutaj, czekaj…
 Uniosłam rękę i starłam palcami sos z jego twarzy. Wampir zamrugał zaskoczony, po czym złapał mnie za dłoń i zlizał substancję z opuszków moich palców. Mogłam niemal wyczuć, jak w tym momencie moje serce wykonało gwałtowne salto. Ayato na tym nie poprzestał. Przeniósł się jedynie z ustami nieco wyżej, podwijając stopniowo moje rękawy. Wreszcie wampir zatopił kły w mojej ręce. Czując ból, wciągnęłam gwałtownie powietrze i przygryzłam dolną wargę. Jednak ból ten nie był tak straszny, czy też nie przeszkadzał mi tak bardzo, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Naprawdę się do tego wszystkiego przyzwyczajałam.
 Ayato oderwał wargi od mojej skóry i oblizał się, zadowolony. Zawstydzona szybko odwróciłam się, opuściłam rękaw i wróciłam do jedzenia swojej porcji.
- Jeśli się nie pospieszysz, to zjem również twoje takoyaki – ostrzegł Ayato, wskazując z uśmiechem na mój talerz.
- Chciałbyś, kolego. Chciałbyś.
 Wreszcie dokończyłam swoją porcję, co według Ayato „trwało wieczność” i kiedy tylko pozbyliśmy się pustych talerzy, zielonooki oznajmił, że pora na „dalszą drogę”.
Ku mojemu zdziwieniu, Ayato zaprowadził mnie do zamku. Teraz jeszcze w miarę pustego, z krzątającymi się jedynie pracownikami, pospiesznie niosącymi tace z jedzeniem i napojami, krzesła, świece oraz instrumenty.
- Czemu już tu przyszliśmy? – Zapytałam. – Jeszcze nie było nawet pokazu sztucznych ogni.
- Wiem – odparł krótko. – Po prostu chodź.
 Wspięliśmy się po krętych schodach wyżej o jakieś dwa piętra. Zamek był naprawdę ładnie urządzony, jednak nie zachwycałam się nim tak bardzo, gdyż rezydencja Sakamakich była niemalże na takim samym poziomie. Dziwne, ale byłam już przyzwyczajona do takich miejsc.
 Schody doprowadziły nas do niewielkiego korytarza utrzymanego w barwach purpury i złota. Na jego końcu znajdowały się pojedyncze drzwi. Ayato podszedł do nich i bez wahania położył dłoń na rzeźbionej klamce.
- Zaczekaj!
- O co chodzi? – Odwrócił się w moją stronę, marszcząc brwi.
- Emm… jesteś pewny, że możemy tak po prostu tu sobie wejść?
Wampir prychnął i pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Czasami naprawdę za dużo myślisz…
- Hej! Co to miało znaczyć?
- Nie przejmuj się tak wszystkim. Skoro cię tutaj przyprowadziłem, to znaczy, że możemy tutaj przebywać. Zresztą, nie wiem, czemu niby nie moglibyśmy…
 Pchnął drzwi i naszym oczom ukazało się spore pomieszczenie utrzymane w tych samych barwach, co korytarz. Niemal całą powierzchnię ścian przysłaniały regały zastawione książkami, a centralną część pokoju zajmowały niewielki stolik oraz ustawione wokół niego kanapy i fotele.
- Co to za miejsce? Oprócz tego, że wygląda jak biblioteka…
- To akurat nie jest ważne.
 Nawet nie rozejrzawszy się po pokoju, Ayato zamknął za nami drzwi i ruszył w kierunku olbrzymich okien. Od razu podreptałam za nim, ciekawa, o co może mu chodzić.
 Zerknąwszy na mnie przelotnie, otworzył szklane drzwi, prowadzące na duży balkon. Tak, rozmiarami przypominał mały pokój. Otaczała go rzeźbiona, marmurowa barierka i roztaczał się z niego widok na całe miasteczko. To naprawdę było coś niesamowitego.
- Wow… - westchnęłam z zachwytu, podchodząc do barierki i rozglądając się.
- Zadowolona?
 Przeniosłam wzrok na stojącego obok mnie Ayato. Uśmiechał się, krzyżując ramiona na klatce piersiowej. Potaknęłam z zapałem ruchem głowy.
- Bardzo. Skąd wziąłeś taki pomysł?
- Czy to ważne? – Wampir odwrócił wzrok.
Zaśmiałam się, spoglądając na nocne niebo. Ile jeszcze swoich stron pokaże mi Ayato?
-
Chyba zaraz powinni zacząć strzelać, prawda?
 Nie dane mi było usłyszeć odpowiedzi. Ayato bowiem nagle przyciągnął mnie do siebie. Zaskoczona oparłam dłonie na jego klatce piersiowej.
- Ayato? O co-
 Chłopak przerwał mi, nakrywając moje usta swoimi. Musiałam przyznać, że był to skuteczny sposób na uciszenie mnie.
- Nie dość, że za dużo myślisz, to jeszcze za dużo gadasz – oddech Ayato łaskotał moją skórę.
- Hmph – zdążyłam mruknąć, za nim nasze wargi ponownie się złączyły. Odruchowo zamknęłam oczy, czując ramiona oplatające się wokół moich pleców oraz talii. W tej samej chwili rozległ się charakterystyczny dla fajerwerków odgłos.
 Oderwaliśmy się na chwilę od siebie, by spojrzeć na rozbłyskujące najróżniejszymi kolorami niebo. Organizatorzy Vandead Carnival się nie powstrzymywali. Sztuczne ognie były wspaniałe.
- Piękne… - mruknęłam, przysunęłam się jeszcze bliżej wampira, skracając maksymalnie dzielącą nas odległość. Mogłoby się to wydawać dziwne, prawda?
 Ayato uśmiechnął. Jednak nie był to jego typowy, arogancki uśmieszek. Nie mogłam oderwać oczu od jego przystojnej twarzy i cudownych, jadowiciezielonych oczu. Nie musiałam długo czekać, na to, czego oczekiwałam. Ayato uśmiechnął się jeszcze szerzej, po czym po raz kolejny mnie pocałował, na tle rozświetlonego sztucznymi ogniami nieba.
 Miałam nadzieję, że to co nas łączy, okażę się czymś prawdziwym i trwałym. Chciałam by takie chwile się nie kończyły, bym mogła trwać u boku Ayato w nieskończoność. Czułam, że moje uczucie do niego, z każdym dniem staje się wciąż silniejsze. Modliłam się, by działało to w dwie strony.

środa, 4 lutego 2015

Diabolik Lovers: Rozdział 15

 I voilà! Oto nadchodzi 15 rozdział historii o naszych wampirkach i pewnej dziewczynie. Wiem, że wstawiam go z opóźnieniem, ale miałam ostatnio pewne problemy ze skupieniem się na pisaniu. Ale! Wreszcie mam ferie, więc i czas jest :3 Jak zwykle, dziękuję za wszystkie komentarze - te zachęcające do pisania, jak i te przypominające o upływającym, obiecanym terminie.
 Tak jak wcześnej była mowa, wydarzenia z tego rozdziału rozgrywają się podczas Vandead Carnival. Niestety nie miałam okazji zagrać w ową grę, więc jest to moja własna wersja wydarzeń. Pojawiają się nowe postacie, a wraz z nimi nowe pytania. Jak nasza Natsuki poradzi sobie na imprezie dla samych wampirów? Przekonajcie się, czytając ten rozdział ^^





Karnawał w świecie nieśmiertelnych

 Po raz ostatni przejrzałam się w lustrze zawieszonym na jednej ze ścian w moim pokoju. Jako, że nie miałam najmniejszego zamiaru ułatwiać tym wszystkim krwiopijcom dostępu do substancji płynącej w moich żyłach, wybrałam ubrania, które zakrywały jak najwięcej ciała. Byłam więc ubrana w szary sweterek, jasnoniebieskie rurki  i czarne botki.  Do tego zostawiłam rozpuszczone włosy i delikatnie podkreśliłam oczy czarną linią.
- Gotowa? – zapytał zniecierpliwiony Ayato.
- Już, już – mruknęłam.
 Pospiesznie zgarnęłam do ręki czarną skórzaną kurtkę i odwróciłam się w stronę wampira. On nie przejmował się wymyślnymi strojami, założył na siebie swoje zwyczajne sportowe buty, ciemne spodnie, purpurową bluzę i czarną kurtkę.
 Stłumiłam w sobie chęć westchnięcia. Ayato nawet w tak zwyczajnych ciuchach wyglądał niesamowicie przystojnie. Czasami zastanawiałam się, ile dziewczyn może się w nim potajemnie podkochiwać.  Chociaż, tak właściwie, to żadnemu z braci Sakamaki niczego nie brakowało i pewnie każdy z nich miał swój wianuszek fanek.
 Pokręciłam głową, czując narastające we mnie dziwne uczucie. Razem z Ayato dołączyliśmy do reszty znajdującej się w holu.
- Nareszcie – westchnął Reiji. – Czy wy zawsze musicie wszystko tak długo robić, kiedy jesteście razem?
 Na tą uwagę, moje policzki momentalnie się zaróżowiły.
- Nie przesadzaj – prychnęłam, odwracając wzrok.
- No właśnie – odezwał się Laito. – Daj im się na…
- Ani słowa! – Przerwałam mu w pół zdania, woląc nie wiedzieć, co chciał powiedzieć. Wampir oczywiście zareagował śmiechem.
- Spokojnie, Maleńka. Wiesz, że twoja mina wszystko zdradza?
- Ty…
- Czy możemy już iść? – Zapytał ze zrezygnowaniem najstarszy z braci. – Naprawdę wolałbym robić coś innego, niż tam iść, więc miejmy to już za sobą.
- A ja chcę już kupić swoje słodycze – poparł go Kanato.
- Po prostu chodźmy… - mruknął Subaru.
- O, właśnie. A jak się tam dostaniemy? – Zapytałam, zaciekawiona. Czy limuzyną dałoby się dojechać do innego świata?
- W bardzo prosty sposób - odparł Ayato. – Daj rękę.
- Huh?
 Spojrzałam zaskoczona na wampira, jednak posłusznie wyciągnęłam rękę w jego stronę. W chwili, gdy tylko jego palce oplotły się wokół mojej dłoni, sceneria się zmieniła. Tak. Tak po prostu. W jednej chwili stałam w holu w rezydencji Sakamaki, a w drugiej na chodniku, w świetle rzucanym przez uliczne latarnie. Nie było żadnego wciągania przez czarną dziurę, żadnych obłoczków, dymu ani spadania z wielkich wysokości. Przypominało to raczej zmianę tła za pomocą green screen’u.
- Gdzie jesteśmy? - Rozejrzałam się zaciekawiona. Staliśmy przy zwykłej drodze, z dwóch stron otoczonej drzewami. Wzdłuż niej ciągnęły się staromodne latarnie, a wokół panowała przerażająca cisza. Z pewnością nie chciałabym wylądować w takim miejscu całkiem sama.
- Jak to gdzie? Witaj w świecie demonów, Naleśniku.
- Hej, nie zostawajcie w tyle! – Doszło nas wołanie Laito.
 Ayato wydał z siebie niezadowolone westchnięcie, po czym zacisnął mocniej palce wokół mojego nadgarstka i pociągnął mnie za sobą.
 Weszliśmy w boczną, wyłożoną żwirem dróżkę. Prowadziła pomiędzy drzewami do widocznej już grupy budynków, nad którymi górował zamek z licznymi, wysokimi wieżami.
 Po krótkim czasie, spędzonym na marszu i luźnych rozmowach, stanęliśmy przed potężną, metalową bramą. Na wiszącej nad nią tabliczce widniał napis: „Vandead Carnival”.
 Przy bramie stał młody mężczyzna w garniturze i ciemnych, zaczesanych do tyłu włosach. Skrupulatnie sprawdzał coś w pliku dokumentów, które trzymał w rękach.
- Wasze zaproszenia – mruknął, nawet na nas nie spoglądając.
 Reiji odchrząknął, podtykając mężczyźnie pod nos śnieżnobiałą kopertę. Ten wreszcie podniósł swój znudzony wzrok znad kartek. W chwili, gdy dostrzegł kopertę, jego oczy otworzyły się szerzej. Szybko powiódł wzrokiem po naszej grupce, po czym wyprostował się jak struna. Obserwując jego reakcję, już myślałam, że zaraz nam zasalutuje.
- Ah, panowie Sakamaki! Proszę o wybaczenie – skłonił się nisko, by zaraz ponownie się wyprostować i otworzyć przed nami bramę. – Zapraszam i życzę miłej zabawy.
 Gdy byliśmy już dostatecznie daleko od faceta w garniturze i miałam jako taką pewność, że nas nie usłyszy, zerknęłam zaciekawiona na braci.
- Jesteście tutaj aż tak szanowani?
- W końcu nasz staruszek jest nie tylko słynnym politykiem w ludzkim świecie – odparł Shuu.
- Ale również aktualnym Królem Wampirów – dopowiedział Reiji.
- Więc można powiedzieć, że pochodzicie z królewskiej rodziny – podsumowałam. – No nieźle…
- Czy teraz widzisz nas w lepszym świetle, Maleńka?
- Och, jaaasne – prychnęłam, przewracając oczami. – Od teraz będę się wam nawet kłaniać.
- Hmm… to nie jest taki zły pomysł – na twarzy Laito zagościł szeroki uśmiech. – Mogłabyś też…
- Zamknij się – warknął Subaru.
- Ooo, czyżby znowu włączyła ci się opcja psa obronnego?
- Uspokójcie się obaj – rzucił Reiji, posyłając kłócącym się braciom groźne spojrzenie. – Albo poniesiecie konsekwencje swojego zachowania.
Kanato zachichotał, poprawiając kamizelkę na pluszowym ciałku Teddy’ego.
- Ktoś będzie miał kłopoty…
 Westchnęłam i zerknęłam kątem oka na Ayato. Wydawał się jakiś nieobecny. Wciąż rozglądał się wokół, jakby czegoś szukał.
- Hej, wszystko w po… - nie dane mi było jednak skończyć. Wampir nagle po prostu zniknął.
- Nienawidzę tych waszych sztuczek…
- Hej, hej, co to za smutna mina, Maleńka?
 Laito znalazł się tuż obok mnie i jakby nigdy nic, objął mnie ramieniem. Posłałam mu spojrzenie spode łba.
- Jesteśmy na karnawale, trzeba się bawić!
- Zostaw ją w spokoju – polecił Subaru, zerkając ostrzegawczo na Kapelusznika.
- Obaj. Dajcie sobie spokój – mruknął Shuu.
 Laito westchnął ciężko i niechętnie odsunął się ode mnie.
- Zero zabawy z wami.
 W międzyczasie dotarliśmy na niewielki placyk z fontanną pośrodku. Całe to miejsce otoczone było krzakami kwitnących pomimo późnej pory kwiatów, a oświetlenie stanowiło tu kilka staromodnych latarni. Zresztą, innych chyba tutaj nie mieli.
 Po lewej stronie placyku znajdowało się kilka przenośnych budek z jedzeniem, a po prawej – coś w stylu ogromnej altanki z parkietem, podestem dla orkiestry i dachem podpartym na zdobionych kolumnach. Od placyku odchodziło również kilka innych, bocznych alejek prowadzących do dalszych atrakcji.
Reiji przystanął przy fontannie i spojrzał na swój zegarek.
- Dochodzi dwudziesta pierwsza godzina, czyli zaraz nastąpi oficjalny początek Vandead Carnival. O dwudziestej czwartej odbędzie się pokaz sztucznych ogni, a zaraz po nim rozpocznie się bal na zamku. Spotykamy się tutaj, w tym samym miejscu przed wschodem słońca. Kogo nie będzie na czas, wraca do domu sam. Jasne?
 Gdy tylko usłyszał potakujące pomruki, zniknął. Rozejrzałam się szybko, ale wszyscy pozostali poszli w jego ślady.
- No jasne, zostawcie jedyną ludzką dziewczynę na pastwę losu w świecie demonów. Czemu nie? Nie krępujcie się!
 Westchnęłam ciężko i opadłam na najbliższą ławkę. Podparłam łokcie na kolanach, wbijając wzrok w szumiącą fontannę. Nie widziałam wielu lu… wampirów odkąd tu przyszliśmy i zastanawiałam się, czy powinnam się z tego cieszyć, czy raczej zamartwiać.
- I co ja mam sama robić w świecie demonów? – Zapytałam samą siebie. W końcu nie było tam nikogo poza mną. – Nie znam tego miejsca, a wszystkich gdzieś wywiało… Idioci.
 Nagle przypomniałam sobie, że od faceta przy wejściu zwinęłam ulotkę z mapką i planem imprezy. Wyciągnęłam ją i rozprostowałam na kolanach. Moim oczom ukazała się niewielka ilustracja.
- Mazeross Main Street, Mazeross Dark Street, Saint nore Park, Castle… - odczytałam kolejno nazwy poszczególnych lokacji. – Gdzie ja mogę być… chyba gdzieś w okolicy Głównej albo Parku… Argh! Mało pomocna ta mapa.
 Przejrzałam jeszcze z pewnym sceptycyzmem plan Karnawału i ponownie wsunęłam kartkę do kieszeni kurtki. Odchyliłam się na oparciu ławki, spoglądając na rozgwieżdżone, nocne niebo.
- Superplan  na najbliższe kilka godzin: siedzieć w tym samym miejscu na ławce i czekać aż któryś z braciszków łaskawie się zjawi. Chociaż w sumie mogłabym jeszcze skoczyć do tej budki po jakieś jedzenie…
 Moje fascynujące rozmyślania przerwał mi odgłos kroków i jakiś znajomy głos. Odwróciłam się w stronę jego źródła i… znieruchomiałam.
 Jasne, blond włosy ułożone w charakterystyczny sposób, różowa bluza, masa bransoletek, specyficzna aura idola… Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Kou. Kou Mukami pojawił się na karnawale dla wampirów w towarzystwie trzech innych chłopaków. Najwyższy z nich miał jasne, brązowe włosy spięte w kucyk. Najniższy ubrany był w za duży, rozciągnięty sweter, a każda odkryta część jego ciała pokryta była bandażami i plastrami. Ci dwaj nie przykuli zbytnio mojej uwagi. Jednak ostatni z nich, wysoki, ciemnowłosy chłopak już z daleka wywołał u mnie niepokojące uczucie.
 Kou odwrócił się od swoich braci i wtedy jego wzrok padł prosto na mnie. Doskonale widziałam, jak na chwilę go zatkało. Szybko jednak przywdział na twarz typowy dla niego uśmiech i machając na swoich braci, podszedł do ławki na której siedziałam.
- Hej, Kotku, co ty tutaj robisz? – Zapytał blondyn głosem wręcz ociekającym radością.
 Przełknęłam nerwowo ślinę, po czym podniosłam się powoli z ławki. Na stojąco mogłam mieć chociaż jakieś minimalne szanse na ucieczkę w razie czego, prawda? Gaz pieprzowy, gaz pieprzowy… dlaczego nie wzięłam ze sobą gazu pieprzowego?! Albo może lepiej czosnkowego…
- Cześć, Kou – zmusiłam się do uśmiechu. – Mogłabym zapytać cię o to samo.
Idol parsknął śmiechem, jakby był to najlepszy żart jaki usłyszał w przeciągu ostatnich kilku godzin.
- Chyba nie miałaś jeszcze okazji poznać moich braci, prawda? Tak więc, przedstawiam ci Azusę, Rukiego i Yumę – to mówiąc wskazywał kolejno na chłopaka w bandażach, czarnowłosego i giganta w kucyku.  – Chłopaki, poznajcie Natsuki Komori, dziewczynę o głosie anioła – to mówiąc mrugnął do mnie.
- Taa, hej, miło mi was poznać – odezwałam się zdecydowanie ciszej niż zazwyczaj. Pod uważnymi spojrzeniami pozostałej trójki czułam się jak sarna otoczona przez wilki. Pod wpływem impulsu, zerknęłam na czarnowłosego. W tej samej chwili tego pożałowałam.
 Gdy tylko nasze spojrzenia się skrzyżowały, poczułam dreszcz przebiegający mi po plecach. Jego szare oczy wpatrywały się we mnie z taką intensywnością, jakby mógł przejrzeć mnie na wylot. Serce załomotało mi w piersi i to wcale nie w taki sposób jak przy Ayato. W tym przypadku był to raczej przejaw strachu. Miałam przerażające wrażenie, że skądś znam tego chłopaka. I to lepiej niż mogłoby się wydawać. Nagle, na jego twarzy pojawił się pewny siebie, onieśmielający uśmieszek.
- Mam nadzieję, że ta znajomość okaże się dostatecznie ciekawa – oznajmił spokojnie. W odpowiedzi skinęłam tylko głową. Nie rozumiałam swojego irracjonalnego strachu akurat przed nim. Przecież nie pamiętałam bym kiedykolwiek wcześniej go spotkała (no chyba, że gdzieś w szkole) ani by cokolwiek mi zrobił.
- Zapoznaliście się już? Tak? To świetnie. Natsuki, jesteś tu sama? – Kou jak zwykle zadziwiał mnie swoim megapozytywnym nastawieniem. Łatwo można się domyślić, skąd te całe rzesze jego fanek.
- Ech, na to wychodzi – odpowiedziałam wzruszając ramionami.
Przeklęci Sakamaki, jak ja ich dorwę…
- To może w takim razie zabawisz się z nami?
- Z… wami?
- Tak. Chodź!
 I nim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować, blondwłosy idol zaciągnął mnie do „altanki”. Nawet nie zauważyłam, kiedy pojawili się tam inni goście i orkiestra, która teraz wygrywała spokojną, wolną melodię.
 Kou odwrócił się do mnie przodem, ze swoim zniewalającym uśmiechem na ustach.
- Zatańczysz ze mną, Kotku?
- Zatańczyć? No nie wiem… Nie mam odpowiedniego stroju ani…
- Och, nie daj się prosić!
 Chłopak pociągnął mnie w swoją stroją stronę, sprawiając tym samym, że o mały włos zderzyłabym się z jego klatką piersiową. Nie słuchając moich protestów, oplótł jedną rękę wokół mojej talii, a drugą chwycił moją wolną dłoń.
- No już, rozluźnij się, Kotku. Przecież nic ci nie zrobię.
- Mhm…
 Odetchnęłam głęboko, uspokajając się. Przecież to tylko Kou. Lubiłam go i nie spodziewałabym się, że miałby mi coś zrobić.
- Gotowa? – Zapytał z uśmiechem.
- Gotowa – odparłam, odwzajemniając jego uśmiech.
- W takim razie, pozwól, że poprowadzę – oznajmił, po czym powiódł mnie ostrożnie po parkiecie.
 Po chwili krążenia po „altanie”, kołysania się w rytm muzyki i wykonywania niezliczonej ilości idealnych obrotów, mogłam stwierdzić, że Kou był naprawdę zadziwiająco dobrym tancerzem. Rozluźniłam się już całkowicie i zaczęłam cieszyć się tańcem. Ręka Kou na mojej talii przestała mi już przeszkadzać, chociaż nie mogłam wyzbyć się uczucia, że wolałabym tak tańczyć z Ayato.
 W pewnej chwili Kou przyciągnął mnie bliżej do siebie i nachylił się do mojego ucha.
- Więc, co ludzka dziewczyna robi na Vandead Carnival, Kotku?
- Czyli jesteś jednym z nich…
- Zgadza się.
 Jego oczy jeszcze przed chwilą takie radosne, stały się teraz śmiertelnie poważne.
- Co tu robisz? – Ponowił pytanie, zakręcając mną w szalonym piruecie.
- Zostałam zaproszona – odparłam zgodnie z prawdą.
- To dziwne. Jeszcze nigdy nie zaproszono tu na żadną imprezę żadnego człowieka. No chyba, że wiesz… w formie dania.
 Wlepiłam przerażony wzrok w jego kryształowoniebieskie tęczówki.
- Żart!
- Nieśmieszny! – Oznajmiłam, specjalnie nadeptując mu obcasem botka na stopę.
- Sorki, sorki! Nie gniewaj się, Kotku. Ale powiedz… przyszłaś tu z braćmi Sakamaki, prawda?
 Skinęłam głową, ponownie dając mu się prowadzić w tańcu. Muzyka nieco się zmieniła i nasze kroki przyspieszyły.
- Co cię z nimi łączy?
- Nic specjalnego – mruknęłam wymijająco. – Skąd ta ciekawość?
- Znikąd. Tak jakoś, często cię z nimi widuję.
 Przez chwilę wydawało mi się, że jego prawe oko przybrało z lekka czerwony odcień. Szybko jednak odrzuciłam tę myśl od siebie, zrzucając winę na grę światła.
- Ach, właśnie! Przypomniało mi się – Kou zmienił temat. – A propos tej twojej prośby… Spotkamy się w któryś dzień i omówimy szczegóły, co ty na to?
- Brzmi okay.
- To świetnie – Kou ponownie rozpromienił się w szerokim uśmiechu, prowadząc mnie przez parkiet w coraz szybszym tempie, zręcznie wymijając inne pary.
Boże, proszę, pozwól mi tylko przeżyć tę noc w jednym kawałku.

niedziela, 25 stycznia 2015

One shot: Zakochany Demon

 Tak, tak, wiem... Wszyscy oczekują na kolejny rozdział Diabolik Lovers, a ja po raz kolejny zamiast tego, wyskakuję z czymś nowym... Przykro mi, ale taka już jest moja wena. Niezależna i wybredna, a czasami nawet wredna. Ale mniejsza, chęć napisania tego opowiadania pojawiła się u mnie, kiedy zaczęłam oglądać "Makai Ouji: Devils and realist", a jakoże dawno nie napisałam żadnego one shot'a... ta daam! Mam nadzieję, że to opowiadanie spodoba się również osobom, które nie są zaznajomione z mangą lub anime o "Księciu Piekieł". Zapraszam do czytania ^^
P.S.: Następny rozdział  DL pojawi się najprawdopodobniej pod koniec przyszłego tygodnia.






Zakochany Demon

 Czy demon może dostać depresji? Taka myśl nie dawała spokoju Leonardowi, gdy z niepokojem obserwował swego pana. Sytry był szanowanym szlachcicem, demonicznym hrabią, który dowodził sześćdziesięcioma zastępami piekielnymi i był kandydatem na zastępcę Lucyfera. A tymczasem od kilku dni prawie wcale nie ruszał się ze swojego fotela i pochłaniał jeszcze większe ilości słodkości niż zazwyczaj. W dodatku przez cały czas zdawał się być na zmianę zamyślony lub rozdrażniony.
- Panie… - zaczął ostrożnie lokaj, wsuwając się do pokoju hrabiego.
- Dobrze, że jesteś – odpowiedział mu cichy głos. – Przynieś więcej ciastek.
 Na twarzy lokaja niemal niezauważalnie drgnął jeden z mięśni. Przez te wszystkie lata tak się starał… Zwiedził niemalże cały ludzki świat, był we wszystkich krajach słynących z dobrej kuchni, nauczył się przygotowywać tak wiele, najróżniejszych i najbardziej wykwintnych dań… A jego pan wciąż wolał słodycze! Demon z trudem opanował rosnącą w nim złość.
- Tak jest, panie. Jednakże… przyszedłem tu w innej sprawie.
- O co chodzi?
- Pan Baalberith chce cię widzieć, panie.
 Dopiero teraz jasnoniebieskie oczy zaszczyciły lokaja spojrzeniem. Wydawało mu się, czy w oczach swego pana przez ułamek sekundy dojrzał przebłysk strachu? Nie zdążył niestety poznać odpowiedzi na to pytanie, ponieważ twarz Sytry błyskawicznie przybrała wyraz neutralnej maski.
- Dobrze, dziękuję za wiadomość. Możesz odejść.

***
 Sytry potulnie opadł na kolana przed tronem Króla Pająków, nieprzyjemnego Księcia Zachodu. Opuścił skromnie wzrok na misternie zdobioną posadzkę i zapytał cicho:
- Chciałeś mnie widzieć, wuju?
- Owszem – odpowiedział mu głęboki głos. – Ale co to za skromność? Podnieś głowę, moja śliczna laleczko.
 Demon przesunął palcami po bladym policzku Sytry. Ten przygryzł nerwowo dolną wargę, po czym niechętnie podniósł wzrok.
- W jakiej sprawie chciałeś mnie widzieć, wuju?
 Baalberith cofnął rękę, mierząc swojego bratanka wzrokiem ciemnozielonych oczu. Jego usta wygięły się w kpiącym uśmiechu.
- Doszły mnie słuchy o twoim podejrzanym zachowaniu ostatnimi czasy.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz…
 Książę Zachodu chwycił Sytry brutalnie za podbródek, zmuszając go tym samym do spojrzenia mu w oczy.
- Naprawdę myślisz, że możesz mnie okłamać, moja marionetko? – wysyczał, napawając się tym przerażeniem w pięknych, niebieskich oczach. – Chodzi o jakąś ludzką kobietę, mylę się?
 Nie mylił się. Sytry był autentycznie zdumiony. Wiedział, że nie uda mu się utrzymać tego długo w tajemnicy, ale jednocześnie nie spodziewał się, że jego wuj odkryje to tak szybko. Chociaż może sam był sobie winien…
 Prawda była taka, że jakiś czas temu, pewna ludzka dziewczyna przykuła jego uwagę. Sam nie wiedział czemu. Jednak, jeszcze żaden człowiek nigdy tak go nie zainteresował. Sytry nie mógł się powstrzymać, by nie schodzić (a robił to ostatnio dość często) do ludzkiego świata tylko po to, by ją zobaczyć. Obserwował ją, gromadził o niej informacje… ale mimo to, wciąż nie zaspokoił swojej ciekawości. W dodatku jego myśli wciąż krążyły wokół niej. Nie mógł pozbyć się jej obrazu ze swojego umysłu. Chciał się z nią spotkać, chciał z nią porozmawiać, chciał… Już sam nie wiedział czego tak naprawdę chciał.
 Widząc jego reakcję, Baalberith parsknął śmiechem. Ponownie rozparł się wygodniej w swoim tronie.
- To czemu, w takim razie, po prostu nie zejdziesz do świata ludzi i jej nie uwiedziesz? Zaspokoisz swoje potrzeby i po problemie. Z twoimi zdolnościami nie powinno to raczej zająć dużo czasu.
 To prawda, Sytry posiadał dość ciekawą zdolność – na jego życzenie każda kobieta bez namysłu zrzuciłaby z siebie ubrania i oddałaby mu się. Doskonale o tym wiedział, ale jednak… Nie chciał tego robić. Czuł, że nie byłoby to prawidłowe.
- N-nie, wuju – mruknął cicho.
 Uśmiech spełzł z twarzy Baalberitha.
- Słucham? Co ty powiedziałeś?
- Powiedziałem: nie! – Sytry podniósł głos, a w jego oczach zalśniła nagła złość. – Nie zrobię tego!
- Czy ty zgłupiałeś do reszty?! – starszy demon uderzył pięścią w podłokietnik swojego tronu. – Czego ty niby oczekujesz?! Nie mów, że uległeś uczuciu do jakiejś śmiertelniczki! – Ostatnie słowo niemalże wypluł z pogardą. – Chcesz skończyć jak Gilles de Rais, który do tej pory świruje, gdy ktoś tylko wspomni Joannę d’Arc? A może tak jak Camio? Mam ci przypomnieć co stało się z jego „ukochaną”? Zestarzała się i umarła. Bo była tylko śmiertelniczką! Radzę ci się szybko z tego otrząsnąć. To tylko głupota, której ulegają słabeusze. A teraz zejdź mi z oczu. I radzę zapamiętać ci moje słowa.

***
 Sytry nie miał zamiaru słuchać swojego wuja. Już następnego dnia ponownie udał się do świata ludzi. Dzięki swoim wcześniejszym wizytom, doskonale orientował się w aktualnej modzie dwudziestego pierwszego wieku. Błyskawicznie zamienił swój szlachecki strój na zwykły, biały T-shirt oraz czarną kamizelkę, spodnie i buty. Zmienił również długość mlecznobiałych włosów, które teraz sięgały mu mniej więcej do połowy pleców.
 Przejrzał się w jednej ze sklepowych witryn, po czym sprawdził godzinę na markowym zegarku, który pojawił się na jego lewym nadgarstku i uśmiechnął się zadowolony.
 Doskonale znał Jej plan dnia i wiedział, w które dni  i o jakiej godzinie wychodziła regularnie na miasto wraz ze swoimi przyjaciółmi. Rozejrzał się po mijającym go, kolorowym tłumie. I wreszcie ją dostrzegł. Szła w towarzystwie dwóch rówieśniczek, opowiadając im coś, na co te co chwila reagowały chichotami i szerokimi uśmiechami.
 Na sam jej widok na twarzy Sytry zagościł mimowolny uśmiech, a jednocześnie poczuł się dziwnie zdenerwowany. Odwrócił się więc i udawał, że ze skupieniem ogląda przez szybę wystawę w sklepie z męskimi ubraniami. Nie było to trudne, gdyż kilka ciuchów naprawdę mu się spodobało.
 Jednak, gdy tylko wyczuł jej obecność za swoimi plecami, musiał się odwrócić. Nawet na niego nie spojrzała, zbyt pochłonięta rozmową z koleżankami. Przez to także, nie zauważyła zdradliwej nierówności chodnika. Potknęła się i zderzyłaby się z betonem, gdyby nie interwencja Sytry.
 Jego ciało zareagowało, zanim jeszcze zdążył to przemyśleć. Błyskawicznie znalazł się przy dziewczynie, łapiąc ją w ostatniej chwili. Zdziwił się, jak lekka była.
 Dzięki tej sytuacji, wreszcie mógł przyjrzeć się jej z bliska. Przesunął wzrokiem po jej drobnym, smukłym ciele, po jasnej skórze, delikatnych rysach twarzy, złotych pasmach włosów, muskających jego ramię. I wreszcie zatrzymał się na szeroko otwartych, szmaragdowych oczach.
 Wreszcie otrząsnął się i pomógł dziewczynie wrócić do pozycji pionowej.
- Wow… znaczy… dzięki – wykrztusiła, przygładzając swoje ubranie.
- Nie ma za co – odpowiedział, wciąż nie mogąc oderwać od niej wzroku.
 Koleżanki dziewczyny zaczęły szeptać między sobą i szturchać ją. Widocznie się im spieszyło. Jednak ona wciąż stała w tym samym miejscu, wpatrując się w Sytry z nieskrywanym zdumieniem. 
- Czy my… spotkaliśmy się już kiedyś? – zapytała niepewnie, marszcząc czoło.
- Nie, nie wydaje mi się.
- W takim razie miło było cię poznać… - urwała, gdyż nie znała przecież jego imienia.
- Nazywam się Sytry. Sytry Cartwright – odpowiedział bez zastanowienia, uśmiechając się.
- To dość ciekawe imię – zaśmiała się. – Jestem Willa Twining.
- Twining? – powtórzył zaskoczony Sytry.
- Taa… Pewnie kiedyś już słyszałeś to nazwisko? Moja rodzina jest stara jak świat… No, w każdym razie, muszę już iść. Do zobaczenia, Sytry!
 Dziewczyna pomachała mu na odchodnym, uśmiechając się do niego szeroko. A on wciąż stał zdumiony tym, czego się dowiedział.
- Do zobaczenia… - mruknął.
 Trudno było mu w to wszystko uwierzyć. Znał barwę tych włosów, odcień tych oczu. Znał to nazwisko. A jednak wciąż z trudem to do niego docierało.  
 Natomiast Sytry wiedział jedno. To jednorazowe spotkanie mu nie wystarczało. Chciał więcej. Chciał o wiele więcej…

niedziela, 18 stycznia 2015

Diabolik Lovers: Rozdział 14

 No więc brawa dla mnie - ogarnęłam się i napisałam nowy rozdział w jeden dzień. A to już coś! Tym razem uderzam w kolejny nowy wątek: Do rezydencji Sakamaki przychodzi zaproszenie od ojca wampirów na Karnawał w Świecie Demonów. Tak, akcja jest wzorowana na "Diabolik Lovers: Vandead Carnival". Jeśli ktoś nie jest w temacie, a chciałby się dowiedzieć, czego może spodziewać się w następnych rozdziałach, zachęcam do obejrzenia poniższych filmików (i oczywiście, do przeczytania tego rozdziału!):





Zaproszenie

 Od tej dziwnej sytuacji w ogrodzie odczuwałam niepokój. Gdy tylko zostawałam sama, skóra mnie mrowiła zupełnie jakbym była obserwowana. Dlatego starałam się jak najmniej czasu spędzać bez towarzystwa. Może wydawać się to dziwne, ale z wampirami czułam się bezpieczniej. Przynajmniej wiedziałam, czego można się po nich spodziewać.
 Dziwne obrazy, które wtedy zobaczyłam, wciąż nie dawały mi spokoju. Nie byłam pewna czym one były, jakąś wizją? A może Cordelia znowu próbowała namieszać mi w głowie?
 A w dodatku, kim mogła być obserwująca nas wtedy postać? Obawiałam się, że może to Richter powrócił. Chociaż miałam wielką nadzieję, że to jednak nie on.
 Myślałam już, że od tych wszystkich myśli po prostu oszaleję. Miałam tego dość, chociaż z drugiej strony byłam ciekawa. Jednak chłopcy skutecznie odciągnęli moją uwagę od tego tematu.
 Gdy wieczorem następnego dnia siedzieliśmy wszyscy w salonie, Reiji odczytał oficjalne zaproszenie kierowane do nas wszystkich, którego autorem był sam Karlheinz Sakamaki. Kiedy skończył czytać, wszyscy mieli dość sceptyczne miny. Pierwszy odezwał się Ayato, który cały czas w najlepsze zajadał się takoyaki przygotowanymi przeze mnie.
- Hę?! Że niby… karze nam uczestniczyć w Karnawale?
- Ayato, nie mów z pełnymi ustami – skarcił go Reiji. – To prawdziwy brak manier.
- Zamknij się! Nie pluję tym na lewo i prawo, więc się odczep – burknął w odpowiedzi zielonooki. – Jeezu, ten stary i jego pokręcone pomysły…
- Zastanawiam się, czemu zależy mu tak na naszym uczestnictwie – odezwał się Kanato, przyciskając do siebie Teddy’ego.
- Kto wie? – Laito wzruszył ramionami. – Jego szaleństwo nie jest niczym nowym… Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby, na przykład, kazał nam się w tej chwili przenieść na Marsa.
 Porwałam z talerza Ayato jedno takoyaki i przysłuchiwałam się w dalszym ciągu ich rozmowie. Jak na razie nie rozumiałam zbytnio, o co chodzi, więc wolałam się nie wtrącać.
- Prawda, Maleńka? – nagle Laito zwrócił się bezpośrednio do mnie. – Też tak myślisz?
- Huh? – spojrzałam na niego zaskoczona. Tak naprawdę, to nie wiedziałam praktycznie nic o ich ojcu. – Hmm… z waszych historii wynika, że jest kimś naprawdę… albo bardzo dziwnym, albo strasznym.
- Racja, ten facet istnieje tylko po to, by się nad nami znęcać i nas ranić.
 Wysłuchując relacji braci, zaczynałam im co raz bardziej współczuć. Mieć ojca, którego nie obchodzi, co dzieje się z jego własnymi dziećmi... Ja nigdy tego nie zaznałam nawet, jeśli mężczyzna, który się mną opiekował tylko udawał mojego ojca.
- Laito, posuwasz się za daleko – oświadczył Reiji. – Ze względu na ojca, zamierzam przyjąć jego zaproszenie na „VanDead Carnival”.
- Tch… zamknij się! – warknął, dotąd milczący Subaru. – Karnawał… Myślę, że on ma naprawdę coś nie tak z głową! – Po czym, aby dać upust swojej złości, uderzył pięścią w ścianę.
 Jeszcze kilka miesięcy temu, może by mnie zaskoczyło jego agresywne zachowanie, jednak teraz byłam do niego już przyzwyczajona. Mimo to, wzdrygnęłam się mimowolnie.
 - Subaru, jeśli na tej ścianie będzie choć rysa, pieniądze na naprawę odbiorę z twojego kieszonkowego – oznajmił ze spokojem Reiji.
- Hę?! Nie przesadzaj! To już jest gnębienie!
- Niby z której strony to jest gnębienie? – Reiji uniósł pytająco brwi. – No cóż, w każdym razie, ja wezmę udział w „VanDead Carnival”.
- Kto by chciał uczestniczyć w czymś takim?! Ja nie idę – jakby na podkreślenie swoich słów, Ayato rozparł się wygodniej na kanapie obok mnie.
- Ja też nie chcę – poparł go Kanato.
- Zapowiada się nudno… Ja również chyba spasuję – Laito skrzyżował ramiona i odchylił się na oparcie swojego fotela.
- Oczywiście, ja też odmawiam – podjął Subaru. – Nie mam żadnego obowiązku, by tam iść.
- Ja też – przytaknął Shuu. – Nie mam czasu na gierki staruszka.
- Hmm… jeśli tak to w porządku.
- Co jest, Reiji? – Ayato spojrzał na niego zaskoczony. – Naprawdę tam pójdziesz?
- Tak, pójdę. Nieposłuszeństwo wobec ojca mogłoby się skończyć jakimiś problemami. Zresztą, Natsuki będzie mi towarzyszyć – oznajmił, spoglądając na mnie ze złośliwym uśmiechem.
- Słucham?! – można by powiedzieć, że szczęka mi z lekka opadła. Nie rozumiałam, po co Reiji miałby brać mnie ze sobą. – Chyba żartujesz!
- Przecież ona nie ma z tym nic wspólnego! – Zaprzeczył Subaru. – Dlaczego miałaby z tobą iść?!
- No właśnie! – wtrącił Ayato, odstawiając gwałtownie swój talerz. – Ona z tobą?!
 Reiji, jak zwykle zachował swój nienaturalny spokój.
- Nie mam wyboru. Powinienem zabrać ją ze sobą, bo tak wyraźnie jest napisane w zaproszeniu.
- Że co?! – krzyknęłam. Nie miałam najmniejszej ochoty iść nigdzie sama z Okularnikiem.
- Właśnie tak. Pójdziemy razem do Świata Demonów, a wy… - urwał i powiódł wzrokiem po swoich braciach. – Róbcie jak chcecie. Śmiało, zignorujcie polecenie ojca i przygotujcie się na karę.
 Ayato przeniósł wzrok z Reijiego na mnie, po czym ponownie na niego i warknął cicho coś niezrozumiałego pod nosem.
- … Jeśli Maleńka idzie, to ja też może pójdę – westchnął Laito.
- Laito, próbujesz uciec? – Kanato nagle się zdenerował.
- To nie tak – zaprzeczył szybko Kapelusznik. – Chodzi mi o to, że z Maleńką Karnawał może nie będzie taki zły…
- Hę? – obdarzyłam go zdziwionym spojrzeniem. – Co ty… Zaczekajcie chwilę!
- O co chodzi? – zapytał Shuu.
- Mówicie o tym całym wyjściu i moim towarzystwie, ale ja jeszcze nawet nie zdecydowałam czy zamierzam iść! A poza tym… O co w ogóle chodzi z tym całym Karnawałem w Świecie Demonów?
- Jak sama nazwa wskazuje, to Karnawał, głu-pia~ - Ayato nagle odzyskał humor. W odpowiedzi pokazałam mu język, po czym odwróciłam się do pozostałych, oczekując na dalsze wyjaśnienia.
- Chodzi mi o to, jak wygląda taki Karnawał.
- No więc widzisz – zaczął Reiji - wydarzenia zwane karnawałami zdarzają się nawet w Świecie Demonów. Tak naprawdę nie różnią się zbytnio od tych ludzkich, ale jeśli już by wnikać w szczegóły… to „VanDead Carnival” jest otwartym festiwalem dla wampirów w tamtym świecie. Innymi słowy, wszyscy uczestnicy tego Karnawału są wampirami.
Same wampiry?!
 Przełknęłam nerwowo ślinę. Skoro to impreza tylko dla krwiopijców to po pierwsze, dlaczego mam tam iść, skoro jestem człowiekiem? A po drugie, o ja biedna… Nie mogłam sobie tego wyobrazić. Niby na co dzień przebywałam z szóstką wampirów, ale cały Karnawał tylko dla wampirów… Ile ich tam może być? Dziesiątki? Setki? Poczułam dreszcz przebiegający mi po plecach. To się nie może dla mnie dobrze skończyć…
- Nie wyglądasz na zadowoloną – zwrócił się do mnie Subaru. – Jakoś pobladłaś.
- Taa… hmm… może to dlatego, że mam być jedynym człowiekiem na imprezie dla samych wampirów? Chyba nie chcę tam iść…
- Więc zostajesz, prawda? – zapytał Kanato, uśmiechając się nieznacznie.
- Z chęcią…
- Myślisz, że bym to wybaczył? – wtrącił się Reiji.
- Ehh, miałam nadzieję się wykręcić.
- Huuh, chyba nie mam wyjścia – mruknął zrezygnowany Shuu. – Pójdę z wami.
- Hee, nawet ty, nudziarzu, chcesz w tym uczestniczyć? – na twarzy Ayato pojawił się złośliwy uśmiech. – To prawdziwa rzadkość.
- To tylko dlatego, że prowokowane gniewu staruszka mogłoby się okazać kłopotliwe…
- Mądra decyzja, Shuu – stwierdził jego młodszy brat z uśmiechem.
- Niech będzie, też idę – poddał się Subaru.
- No, no, ty też? – Reiji wydawał się być co raz bardziej zadowolony.
- Po prostu nie mam nic lepszego do roboty, jasne?
- Subaru się o nią martwi, prawda? – dodał Kanato z rozbawieniem.
 Spojrzałam zaciekawiona na białowłosego. Zastanawiałam się, czy to prawda. W końcu Subaru dość często stawał w mojej obronie… Kątem oka zauważyłam, że twarz Ayato nagle spochmurniała.
- Hę?! To nie tak! – zaprzeczył tymczasem najmłodszy z braci.
- Haha, Subaru jest taki uroczy, czyż nie? – zaśmiał się Laito, a ja nie mogłam powstrzymać uśmiechu wypełzającego na moje usta.
- Coś ty powiedział?! Zabiję cię!
- Okay, okay – odezwał się pojednawczo Reiji. – Koniec drażnienia Subaru. A reszta… - spojrzał wyczekująco na Ayato i Kanato. Sama również wbiłam błagalny wzrok w Ayato, mając nadzieję, że jednak zmieni zdanie. Wampir zerknął na mnie, po czym westchnął dramatycznie.
- Tch… jeśli wszyscy idą, to ja też.
 Usłyszawszy to, posłałam mu szeroki uśmiech. Wyraz jego twarzy nieco złagodniał, chociaż wciąż wydawał się być naburmuszony.
- W takim razie ja też pójdę – zgodził się Kanato. – Tak się składa, że znajduje się tam mój ulubiony sklep ze słodyczami.
- No i wychodzi na to, że ostatecznie wszyscy dobrowolnie idziemy – Laito wydawał się rozbawiony całym tym obrotem spraw.
- Cóż, to to, na co liczył ojciec – stwierdził Reiji.
- Taa… więc uzgodnione, wszyscy idziemy. Świetnie. A teraz idę spać – oznajmił Shuu, ziewając. Tym samym zakończył nasze „spotkanie”.
 Szczerze powiedziawszy, to trochę się tym całym Karnawałem martwiłam. Miałam być jednym, jedynym człowiekiem, otoczonym przez stado wampirów. Jeśli w dodatku wszystkie będą takie żądne krwi… Wzdrygnęłam się. Nie wiedziałam, czego mogłabym się spodziewać na tym festiwalu. A wątpiłam, żeby Sakamaki cały czas mnie pilnowali. Myśl o tylu nadnaturalnych istotach w jednym miejscu, napawała mnie przerażeniem.
 A w dodatku, „VanDead Carnival” miał odbyć się w Świecie Demonów. Parę razy słyszałam o tym miejscu, ale nigdy tam nie byłam. I naprawdę wolałabym żeby tak zostało…
- Co ty wyprawiasz? – usłyszałam zdziwiony głos.
 Podniosłam głowę i zobaczyłam Ayato, stojącego w drzwiach mojego pokoju. Wampir rozejrzał się zdezorientowany po pokoju.
- Co tu się stało?
 Cóż, nie dziwiłam mu się. Mój pokój wyglądał bowiem, jakby przeszło przez niego tornado. Jedna z szaf była otwarta na oścież i wszędzie, dosłownie wszędzie – na łóżku, toaletce, podłodze – walały się moje ubrania.
- Emm… nic takiego. Szukałam czegoś odpowiedniego na Karnawał.
 Wampir uniósł brwi, patrząc na mnie pytająco.
- No co? Nie ma żadnych wymagań, co do stroju?
- Nie. Idziesz tak jak chcesz.
- Serio? Żadnych yukat ani nic?
- Nie – powtórzył. – Dlaczego chcesz utrudniać sobie życie?
- Nie utrudniam… Eh, tak czy siak muszę coś wybrać – odwróciłam się zamyślona w stronę porozrzucanych stert ubrań.
- Dziewczyny…
- Mówiłeś coś?
- Może… - nagle jego oddech połaskotał skórę na mojej szyi.
- Kolego, ja tu muszę ogarnąć ten bajzel, więc proszę cię bardzo, żebyś mnie nie rozpraszał.
 Spróbowałam mu się wymknąć, ale wampir był szybszy. Chwycił mnie za ramię i obrócił w swoją stronę, a ja cofając się, potknęłam się o porzucony na podłodze but i byłabym wyrżnęła na podłogę, gdyby nie oczywiście Ayato.
 Chłopak uśmiechnął się do mnie, trzymając mnie w swoich ramionach. Korzystając z pozycji w jakiej się znalazłam, przytknął usta do mojej szyi. Musiałam przygryźć dolną wargę, by nie wydać jakichś niestosownych dźwięków, gdy przesuwał językiem po mojej skórze.
 Widząc moją reakcję, zaśmiał się cicho i podciągnął mnie do pozycji stojącej. Lewą rękę oplótł wokół mojej talii, a prawą przytrzymywał tył mojej głowy.
- Jesteś pewna, że ciuchy nie mogą poczekać? – wymruczał mi do ucha.
- No, może chwilkę… - odparłam, wtulając się w niego.
  Nigdy nie spodziewałabym się, że mogłabym czuć się tak… bezpiecznie w ramionach jakiegokolwiek wampira. Tym bardziej nie myślałam nigdy o tym, że mogłabym w jakimś się zakochać. Bo teraz wiedziałam już na pewno. Zakochałam się w Ayato. Z jednej strony napawało mnie to dziwnym szczęściem, a z drugiej… niepewnością. Wciąż nie wiedziałam, co on tak naprawdę o mnie myśli? Jak długo to co nas łączy wytrzyma? Jaki rodzaj relacji teraz między nami zaistniał?
 Jak zwykle miałam tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi… Postanowiłam jednak choć przez chwilę o tym,  a nawet o niczym nie myśleć, oddając się przyjemności jaką dawało mi trwanie w uścisku Ayato.